Trening przed GSB x 2

Beskid Niski, 16.06.2020

Przed “koronawirusem” miałam w planach pokonanie samotnie Łuku Karpat. Od listopada przygotowywałam się robiąc treningi wydolnościowe i wzmacniające w moim miejscu zamieszkania, a od marca miałam rozpocząć weekendowe wyjazdy górskie. W zaistniałej sytuacji szybko zmieniłam plan na pokonanie Głównego Szlaku Beskidzkiego w tą i z powrotem. Dystans o połowę krótszy, ale zawsze coś. Treningi dostosowałam do „koronawiusowej sytuacji”. Od 11 marca jedyne podejścia jakie robiłam pod górę to na schodach w domu wchodząc z piwnicy na pierwsze piętro, a następnie schodząc, czasem nawet tak przez 2h. Jak już pojawiła się możliwość ruszenia w teren skrzętnie ją wykorzystałam choć prognozy nie były zachęcające. Z racji tego, że w górach zawsze nocuje pod namiotem (oprócz Tatr) nocleg nie był problemem, miałam jedynie obawy co do podróży autobusem.

Tekst: Dorota Szparaga, zdjęcia: Arletta i Tomasz z Krosna, archiwum autorki

Dzień 1

Długość trasy: ok. 26,37 km

Do góry: 1241 m

W dół: 1047 m

Trasa: Iwonicz-Zdrój - Lubatowa - Cergowa - Chyrowa - Polana

Startuje z Iwonicza-Zdroju, gdzie docieram o godz. 6.00 w piątek pierwszomajowy po nocnej podróży autobusem. Nadal jeszcze nie znalazłam idealnej pozycji do spania w autobusie więc muszę się trochę porozciągać aby wszystko wróciło na swoje miejsce. Ruszam dziarsko pustymi uliczkami Iwonicza. Trasa nie jest pasjonująca, bo do Lubatowej prowadzi asfaltem. W Lubatowej trafiam pomimo święta na otwarty sklep, gdzie oprócz zakupu wody i chałki ucinam dłuższą pogawędkę z Panią ze sklepu, którą zaciekawiło, że wędruję samotnie. Wspomina, że w zeszłym roku o tej porze turystów już było sporo. Podążam dalej asfaltem, ale już po drodze widzę w oddali Cergową.

Idę dość żwawo, bo na górze zaplanowałam kawę i śniadanie. Początkowo podejście jest stosunkowo proste, jednak natrafiam na śliski stromy kawałek, gdzie serce mocniej zabiło. Jak już wyszłam na prostą znajduję prześwit i z radością tam rozkładam swój kocyk piknikowy czyli folię nrc. Już się nie mogę doczekać kawy. Po udanym początku pierwsza „wtopa” - mam tylko zapałki, które nie chcą się zapalić. Zapomniałam zapalniczki. Przez 10 minut dzielnie walczę, bo tej kawy naprawdę mi się chce, ale w końcu się poddaje. Zjadam bułę i ruszam nieco podłamana. To co mi najbardziej niszczy psychę w górach to właśnie brak kawy. Nawet głód, zimno i zmęczenie mnie nie złamie. Brak kawy potrafi.

Do Cergowej docieram szybko, ale na wieżę nie włażę. Za Cergową koncertowo się gubię. Poleciałam jakąś drogą w dół. Wracam, ale szlaku nie mogę znaleźć. Wychodzi brak kawy i snu, patrzę na mapę i nie widzę. Znajduje w lesie ustronne miejsce i postanawiam się przez chwilę zdrzemnąć, a budzę się za 90 minut. Plus jest taki, że za 5 minut znajduje właściwą drogę. Dalej już idzie mi się całkiem sprawnie, ludzi zero, całe góry tylko dla mnie. Niestety przy pustelni Św. Jana, gdzie jest źródło i Kościół już napotykam turystów, ale na szczęście niewielu.

Od Św. Jana szlak prowadzi przez las do Chyrowej - uroczej wioski z cerkwią. Idę sobie luźnym krokiem, po lewej widzę tabliczkę teren prywatny, a potem z zagrody po prawej wybiega wataha psów i zaczyna mnie otaczać jak wataha wilków. Jakby to była Karpaty Rumuńskie, to bym się jakoś przygotowała. ale tutaj byłam kompletnie zaskoczona. Pierwsza myśl: wredny właściciel pola chce się pozbyć turystów przechodzących obok jego chaty. Robiąc hałas kijkami i drąc się na psy cofam się i finalnie wchodzę do wielkiej kałuży aż po kostki i na nic buty z goretexem, które specjalnie wzięłam na deszcz. Stojąc w kałuży widzę nagle w oddali właściciela. Chociaż z natury nie mam mocnego głosu wydzieram się jak szalona. Pan się kręci, ale nie reaguje. W końcu powoli do mnie się zbliża i odgania psy. Okazuje się przemiłym człowiekiem, który przygarnia porzucone przez ludzi psy i bardzo o nie dba. Wychodzę wreszcie z kałuży, ale psy stoją na czatach. Okazało się że awanturę rozpętały trzy młode psy, a potem zadziałała psychologia tłumu. Zapytałam czy jakiś sklep jest w Chyrowej bo zapalniczkę potrzebuje? Okazało się, że nie ale Pan zaoferował, że pójdzie po zapalniczkę. Poinstruował mnie, że do psów mam mówić i nie straszyć ich kijkami. Jak poszedł znów wylądowałam w kałuży. W efekcie wyszłam na plus bo miałam zapalniczkę, ale na koniec jeszcze zostałam uszczypnięta w pośladek przez najbardziej zadziornego. Idę dalej spokojnie a tu z “Szyjówki” (agroturystyka) wybiegają kolejne dwa psy tym razem “miejskie”, a za nimi szybko właściciel. Tym razem bez uszczerbku na ciele się obyło. Mijam szybko cerkiew i po przejściu drogi zaczynam podejście od czasu do czasu odwracając się żeby podziwiać dolinę w której jest Chyrowa. Zapowiadali deszcz więc przyśpieszam. Planuje nocleg w punkcie widokowym Polana (641 m.n.p.m) Niestety zanim tam dotrę rozpoczyna się konkretna ulewa. Zanim rozłożę namiot już jestem nieco mokra. W dobrej kondycji psychicznej trzyma mnie fakt posiadania tak cennego dobra jak zapalniczka. Włażę z radością do namiotu. Gotuje wodę. Herbata i kaszka z nerkowcami sprawia, że mój poziom szczęścia szybuje w kosmos. Próbuje stłumić myśli o mokrych butach, w których będę chodzić przez kolejne dwa dni.

Dzień 2

Długość trasy: ok. 26,07 km

Do góry: 1059 m

W dół: 1218 m

Trasa: Polana - Góra Grzywacka - Kąty - Przełęcz Chałubowska - Kąty

Moja zazwyczaj sprawdzająca się prognoza pogody ze strony www.yr.no wskazywała, że warto wstać na wschód słońca. O godz.5:15 wychylam głowę z namiotu, a tu wszędzie mgły więc idę na dalszą drzemkę. O 7:00 budzi mnie piękne słońce, co daje nadzieje na przesuszenie rzeczy. Na pobliskich krzakach rozwieszam wszystko co się da - przypomina to wyprzedaż garażową. Rozkładam swój „złoty kocyk” gdzie wcinam śniadanie i wyciągam swój arsenał zabawek do rolowania. To moja tajna broń na rozluźnienie spiętych mięśni. Roluje stopy, nogi, plecy. No i oczywiście wygrzewam się na słoneczku. Ok. 9:00 ruszam. I tu napotykam na kolejne słabe oznaczenie szlaku. Na Górze Grzywackiej witają mnie niskie chmury i cudny widok na dolinę. Tutaj poznaje dwójkę fotografów z Krosna Arlettę i Tomasza, a na pamiątkę dostaje potem super zdjęcia. W dolinie jest miejscowość Kąty z atrakcją turystyczną w postaci sklepu ABC. Kupuje towar luksusowy jakim są „sardynki w pomidorach”, prażoną kukurydzę oraz wodę a następnie na tyłach sklepu znajduje stolik i ławkę i tam urządzam piknik. Potem się okazuję się, że rozłożyłam się na „prywatnym stoliku” pracowników wynajmujących lokal w tym samym budynku co sklep. Najedzona po korek ruszam na Kamień i już obmyślam gdzie będę nocować. O wodzie już nie muszę myśleć bo zapas mam. Docieram około 3km za przełęczą Chałubowską i wracam z powrotem do swojego zaplanowanego miejsca noclegu – pól przed Kątami.

Miejsce idealne na wschód i zachód słońca, ale chmury nie pozwalają w pełni wykorzystać uroków tego miejsca. Spożywam w spokoju „luksusową kolację”- kaszkę z migdałami, białkiem i owocami liofiliozowanymi, które podbijają smak. Potem na luzie rozbijam namiot a przed snem obowiązkowo roluje kark dużą rolką. Dzięki temu sprzętowi śpię jak małe dziecko w przeciwieństwie do wcześniejszych wypadów pod namiot, gdzie w nocy budził mnie najmniejszy szelest.

Dzień 3

Długość trasy: ok. 36,51 km

Do góry: 1556 m

W dół: 1400 m

Trasa: Polana - Góra Grzywacka - Kąty - Przełęcz Hałbowska - Droga na Desznicę - Kąty

Dzień rozpoczynam od podejścia do wschodu słońca nr 2. Wstaje o 4:30, zwijam szybko namiot żeby się na kogoś nie napatoczyć i przenoszę się na idealne miejsce na podziwianie wschodu słońca. Robię wystawne śniadanie na moim kocu piknikowym (bułki z serem kozim i kawa 3 w 1) i czekam aż słońce wyłoni się zza chmur. Po pół godzinie poddaje się i ruszam dziarsko, bo dziś najdłuższy dzień. Trasę już znam więc idzie jak z płatka. Ważne, że nie pada. O 12:00 mam już zaplanowany posiłek przy pustelni św. Jana bo tam jest woda. Idealnie wbijam się na mszę (tam też jest kościół). Nie mam śmiałości przeciskać się przez grupę zamaskowanych wiernych, więc spragniona siadam przy jednej ze stacji Drogi Krzyżowej i czekam cierpliwie aż msza się skończy. Pojawia się nadzieja, jak słyszę końcowe błogosławieństwo ,ale szybko gaśnie jak się zaczyna się dodatkowe błogosławieństwo. A tak dobrze szło czasowo. Zostawiam plecak i ruszam na drogę krzyżową choć nie miałam tego w planach. W międzyczasie msza się kończy więc pędzę do źródła, a tam oczywiście wierni z mszy stoją w kolejce. W końcu zdobywam wodę, schodzę z drogi Krzyżowej aby zrobić miejsce innym i przenoszę się na odległą ławkę nieopodal Kościoła, gdzie wreszcie mogą zagotować wodę na kawę i „prawie w spokoju” zjeść kanapki. W sumie w Pustelni, która w niedzielę jej kompletnie nie przypomina, spędzam 2 godziny.

Dalej idę bez przygód w pięknych okolicznościach przyrody i prześwitującym przez chmury słońcu. Zatłoczoną wieżę na Cergowej szybko omijam i docieram do Lubatowej z celem zakupienia wody w lokalnym sklepie. Z Lubatowej nie mogę wyjść, bo zagadają mnie miejscowi – widać, że dawno turysty nie widzieli. Do Iwonicza docieram około 18:30 i lecę na przystanek autobusowy bo tam widziałam ulotki o pizzy. Ku mojej rozpaczy nie ma ani jednej. Zrezygnowana dostrzegam rozmokłą za przystankiem. Szczęśliwie da się odczytać numer. Moja radość pryska jak się dowiaduje, że ta pizza jest w Iwoniczu 7km dalej, a Pani nie dowozi. Na szczęście znajduje pizzerię na miejscu, oczywiście dostarczają tylko jedzenie na wynos. Na ironię losu pizza jest do odbioru w barze „Na górce”. Stamtąd łapię fajny skrót na rynek i tam lokuje się w altance. Gdyby nie czasy zarazy nie byłoby to możliwe. Zamierzam tu spędzić czas do autobusu czyli do 23:45. Robi się coraz zimniej, więc opatulam się w śpiwór i rozgrzewam się herbatą.

Na deptaku dziewczyna w różowej bluzie jeździ w koło. Myślałam, że względu na temperaturę i zarazę altanka będzie bezpiecznym miejscem jako poczekalnia ale około 21:30 zaczynają się po rynku przewijać pojedyncze grupki młodzieży tej spokojnej i mniej spokojnej. Jak pierwsza z nich wbija do altanki, postanawiam zmienić lokal. Kieruje się w stronę przystanku obok Kościoła, bo przecież tam nikt imprezy nie będzie robił. Tym razem stereotyp się nie potwierdza i widzę z oddali grupę imprezującej młodzieży. Schronienie znajduje pod figurką Maryji przy źródle Jóźefa. Wybrałam to miejsce, bo tam jest kamerka i użyje jej jako argumentu w dyskusji z potencjalnym agresorem. Poziom adrenaliny tak mi skoczył, że już nie czuje zimna. Siedzę sobie spokojnie, a tu nagle podchodzi młody chłopak w słuchawkach. Mówi grzecznie dobry wieczór, chwile się modli i odchodzi. Ja w międzyczasie myślę czym się bronić. Nie dane mi spokojnie poczekać. Zmieniam lokalizację na przystanek przy kościele wcześniej sprawdzając czy młodzież skończyła imprezę. Tam będzie bezpieczniej bo po drugiej stronie ulicy w trzech oknach świecą się światła, więc w razie czego będę krzyczeć. Na szczęście nikt mnie nie zaczepiał. Cieplutki autobus przyjechał wcześniej, ale adrenalina trzymała mnie jeszcze przez pół nocy. Taka refleksja mnie naszła, że w górach nie czuje strachu, jednak w miastach owszem. Staram się nie wracać samotnie o tak późnych porach, ale tym razem nie miałam wyboru, bo wiadomo dlaczego kursy autobusowe są ograniczone, a jazda samochodem po trzy dniowej wyrypce skończyłaby się zaśnięciem za kierownicą.

Kingrunnera tworzą biegacze. Dodaj swój artykuł.

pozostałe artykuły