O tripie w krainie deszczowców

Szkocja, 25.03.2019

To nie będzie opowieść o wygranej czy o zawodach marzeń, tylko raczej o biegowym tripie po Szkocji, którego głównym celem był start w zawodach w ramach Salomon Skyline Scotland. A wszystkie plany zweryfikowała pogoda.

Tekst: Iwona Turosz, Mateusz Górowski

Zdjęcia: Jacek Deneka, No Limits Photography, archiwum autorów.

Tekst ukazał się drukiem w magazynie ULTRA#20.

Przylecieliśmy na lotnisko i co za oknem? Pada. Wysiadamy z samolotu – ooo, nie pada! Wychodzimy z lotniska – bardzo pada. Kończymy rozbijać namiot – nie pada. Welcome Scoootland!

Tamte wyspy od zawsze kojarzyły mi się z deszczem. Gdy tylko zapisaliśmy się na zawody i kupiliśmy bilety, od razu nastawiłam się, że będzie mokro i może często padać. Ale żeby aż tak? Żeby aż tak wiało, prawie cały czas padało i było tak zimno!? Po takiej wycieczce definicja deszczu zmienia się diametralnie…

Do Szkocji przylecieliśmy we wtorek w nocy, także mieliśmy dwa dni na dotarcie do Kinlochleven – małego miasteczka, które od czwartku na kilka dni zamieniło się w szkocką stolicę biegów górskich. I tu powstała wyjazdowa zasada nr 1 – łapać stopa po właściwej stronie drogi i we właściwym kierunku. Do lewostronnego ruchu trzeba się przyzwyczaić. Na szczęście gładko poszło i już w środę wieczorem byliśmy na miejscu. Ostatni odcinek pokonaliśmy z jednym z wolontariuszy, który zawiózł nas pod samo biuro zawodów, a w następne dni witał nas na mecie.

Czwartek to dzień, kiedy zaczynają się pierwsze biegi – Momores Vertical, w których bierze udział Mateusz. Pogoda szkocka. Pada, leje, nie pada, przebłysk słońca. Start o godzinie 14. Zawodnicy wyruszają na trasę co 30 lub 60 sekund w zależności od wybranej godziny.

Tu parę słów od Mateusza:

„Mój start wyznaczono na 15:24. Jakieś 15 min wcześniej zjawiłem się w strefie, na miejscu dostałem czip montowany na rękę i słowa otuchy od pomocnych wolontariuszy. Gdy ustawiałem się na linii, dowiedziałem się, że czip przykłada się do czytnika. Przypomniano mi, abym nie zapomniał tego zrobić na szczycie. Krótkie odliczanie na zegarze i równo o 15:24:00 wystartowałem. Najpierw kawałek asfaltem (jakieś 500 m), następnie ładną szutrową ścieżką, a dalej zaczęła się zabawa na wąskim kamienistym szlaku. Początkowe 2,5 km jest stosunkowo łagodne, następnie zaczyna się podejście na przełaj po stromej trawie. Tutaj przekonałem się, że zabranie kijków nie było takim głupim pomysłem. Robiło się coraz stromiej i zimniej, ostatnia ścianka i… Oczom ukazuje się, jakże by inaczej, mgła – normalnie byłby tam piękny grzbiet, ale niestety tym razem pogoda postanowiła pokazać, kto tu rządzi. Silny wiatr, poziomo padający zmrożony deszcz i słabiutka widoczność, a do szczytu jeszcze około kilometra. Grzbiet jest dosyć techniczny, skalny, choć wydaje się być cały biegowy. Ostatnia ścianka okazuje się nie być ostatnia i trzeba jeszcze trochę przycisnąć. Pokonuję ostatni podbieg po śliskich kamieniach, przykładam czip do czytnika i już mogę dychnąć. Tutaj pogoda też nie dała się udobruchać, szybko zakładam spodnie, kurtkę i uciekam, żeby nie zamarznąć. Pokonanie tej samej trasy w dół wcale nie jest dużo prostsze, za to można pokibicować. Na dole po oddaniu czipu dowiedziałem się, że pokonałem tę trasę w 57:50 min, co dało mi 108. miejsce. Muszę przyznać, że spodobała mi się taka forma rywalizacji, na pewno jeszcze stanę na starcie jakiegoś verticalu”.

No dobrze, teraz ja. Mimo że pada, to coś trzeba robić, więc również wskakuję w biegowe ciuchy i ruszam w góry. Plus jest taki, że śpimy na kampingu, gdzie mamy pomieszczenie do suszenia mokrych rzeczy, więc nie martwię się, że przed startem nie wyschną. A jeśli nawet tak by się stało, to przecież i tak zaraz pewnie będą mokre, bo też ma padać.

Mateusz zawody ma już za sobą, szczerze mówiąc, trochę mu ich zazdrościłam, bo spodobała mi się formuła startu w 30-sekundowych odstępach. Ale teraz kolej na mnie. Spakować na następny dzień plecak, udać się na kontrolę sprzętu oraz odebrać pakiet. W biurze skrupulatnie sprawdzane są wszystkie elementy wyposażenia obowiązkowego, łącznie z podeszwami butów. Do plecaka zostaje przyklejony nadajnik GPS, w którym w razie potrzeby wystarczy przytrzymać jeden przycisk, by wezwać pomoc. Świetny patent. No i ładne koszulki dają, ale zostawiamy je jako czyste na powrót do Polski.

No dobrze, pakiet odebrany, plecak spakowany, budzik nastawiony, bo start o 7:00. Jesteśmy już w śpiworach, tylko Mateusz jeszcze szpera po internecie, szukając jakichś zdjęć z biegu. Przez przypadek natrafia na kluczową informację, że ze względu na trudne warunki atmosferyczne (wiatr, duże opady deszczu oraz możliwy śnieg w najwyższych partiach) start zostaje przesunięty na godzinę 10:00, a trasa skrócona i zamieniona na alternatywną. Tak naprawdę to na początku dotarło tylko do mnie, że start o dziesiątej, więc się ucieszyłam, ale jak już zrozumiałam, że trasa jest zmieniona, to cała moja radość gdzieś się ulotniła… Z pięknej przygody, jaką sobie wyobrażałam – pierwotnych 52 km i 4000 m przewyższenia – zrobiło się 47 km i zaledwie 1600 m pod górę. Patrząc na profil, widzę, że pierwsza połowa jest fajna – bo nie została zmieniona jakoś bardzo, widać przewyższenie. Ale druga? Płasko, widać na profilu jakieś małe pofałdowania. Próbuję sobie wyobrażać, że będzie jak w Beskidzie Niskim albo na połoninach, pagórki góra–dół. Próbuję sobie to jakoś tłumaczyć, ale, kurczę, naprawdę odechciało mi się tego całego biegania.

Bez najmniejszego entuzjazmu wstałam rano, na spokojnie zjadłam śniadanie i poszliśmy na start. Totalnie brak flow! 10, 9, 8, 7… 2, 1, start! Kawałek asfaltem i wbiegamy w góry. Myślę, nie jest źle! Zaczynają pojawiać się widoki, pomału przebijam się do przodu. Gdyby taka była cała trasa, to byłby czad! Pięknie tu! Wieje dość mocno, trochę błota, duże kałuże, przejścia przez potok, ścieżki na razie podobne trochę do tych bieszczadzkich, trochę tatrzańskich. Mimo że dużo ludzi, biegnie się fajnie. To dopiero początek, a buty i spodnie już mokre po przekroczeniu potoku (woda sięgała do kolan). Jest chłodno, mocno wieje, daleko do komfortu – czyli na razie jest tak jak lubię. Widoki przewijają się naprawdę niesamowite, nawet, co do mnie niepodobne, wyciągam co chwilę telefon i robię zdjęcia! Aż w końcu nadchodzi najpiękniejszy moment – zbieg! Co to był za downhill! Najpierw zaczynał się niewinnie, po kamienistej ścieżce, zakosy w dół, potem trochę więcej błota, coraz więcej błota i trawy! Te szkockie trawy, o których opowiadają. Gdybym mogła tu przenieść choć trochę śmiechu i radości (no dobra, troszkę pomieszanej ze strachem, że przecież zaraz mogę zrobić sobie krzywdę), jakie mi wtedy towarzyszyły. Tak umorusana w błocie dawno nie byłam (spodnie prałam już dwa razy i nadal są brudne), tylu wywrotek i ślizgów podczas krótkiego zbiegu nigdy nie zaliczyłam. Bardzo strome trawy, co chwilę z jakimś uskokiem albo dziurą, miejscami skały. Gdy już nabiera się prędkości, to ciężko wyhamować przed następną pułapką. Nie ma u nas takiego terenu, więc ciężko porównać.

Ale wszystko co dobre szybko się kończy, to było ok. 12 km. Mimo że zbieg się skoczył, to jeszcze chwilę było fajnie. Bieganie nawet po płaskim, ale po szkockich podmokłych trawach, poprzecinanych potokami wcale nie należy do najłatwiejszych, bo nie wiadomo, kiedy noga wpadnie w jakąś dziurę. Dalej było sporo błota i dużo fanu (przynajmniej dla mnie). Doskonale zdawałam sobie sprawę, że pomału dobiega końca lepsza część biegu, więc chciałam wykorzystać ją na maksa, ciesząc się z wyprzedzania innych, niesamowitych widoków i terenu. Dolina Glen Nevis okazała się również piękna, na koniec był krótki, ale ostry podbieg, kolejny krótki techniczny zbieg i koniec dobrej zabawy. Zaczęło się od asfaltu, potem szutrowa stokówka, chwilę po terenie, znów stokówka, trochę asfaltu, płaska ścieżka i punkt odżywczy w miejscowości Glen Nevis. Jedyny na trasie. Tam złapałam garść orzeszków i pobiegłam dalej, nawet się nie zatrzymując. Czyli jesteśmy już za połową. Pojawiła się iskierka nadziei, gdy po krótkim asfaltowym odcinku wbiegliśmy do lasu, ale ta iskierka po 400 m zgasła, bo znów trafiliśmy na leśną szutrową drogę. Opadłam z sił, bo nie lubię tak biegać, człapałam cały czas, a po kolei wszyscy mnie wyprzedzali. Nie było tu samotności długodystansowca, ale trzeba było robić swoje, przesuwać się znów do przodu, mimo że już się nie chce, brakuje sił i tego całego flow. Chwilkę biegliśmy normalną ścieżką z widokami trochę jak w Karkonoszach, a potem dłuuuga dolina, podłoże jak w Kościeliskiej, tyko krajobraz trochę inny. Zdobyłam się w końcu na odwagę i zapytałam jednego z biegaczy, ile zostało kilometrów do końca. Jak powiedział, że 6 km (a nie 12 km, jak myślałam), to nabrałam wiary, że ta dolina i ten bieg kiedyś się skończą! I to nawet szybciej, niż się spodziewałam. Dodało mi to trochę energii, przypomniałam sobie znajome słowa „im szybciej biegniesz, tym krócej się męczysz”. Wcieliłam je w życie. W końcu pojawił się znajomy trzykilometrowy zbieg, po którym była META. Zbiegi zawsze cieszą, ale ten cieszył podwójnie, przede wszystkim dlatego, że to się skończy!

A tak to wygląda okiem kamery organizatora: link

Nie pamiętam nawet, w jakim czasie wbiegłam na metę, było to dla mnie całkiem nieistotne. Ale oczywiście zrobiłam to z radością i uśmiechem na twarzy. Bo mimo że nie tak wyobrażałam sobie te zawody, choć narzekałam na zmienioną trasę, to radość z samego biegu była naprawdę duża. Może nie było tej ultraeuforii, ale nie wszystkie zawody muszą być najlepsze.

W tym wszystkim nie pisałam o deszczu, bo pada cały czas z krótkimi przerwami. Póki nie leje ciurkiem i nie daje się jakoś specjalnie we znaki, to uznaję to za normalny krajobraz tego kraju.

Już po zawodach został nam jeszcze cały tydzień na dalszą część naszego szkockiego tripu. Zostajemy jeszcze jeden dzień w Kinlochleven, miasteczko dalej żyje zawodami. Następnego dnia odbywa się Ring of Steall – 29-kilometrowy bieg na technicznej trasie, która wiedzie m.in. przez grań Devil Ridge’s. Mimo że nie startujemy, to też wbijamy się w biegowe ciuchy i ruszamy w góry na wycieczkę, by przy okazji trochę pokibicować. Są tutaj szlaki, ale na pewno nie tak dobrze oznaczone jak u nas, ba, praktycznie wcale nie są oznaczone. Są też ścieżki, ale mniej wyraźne, czasem niespodziewanie się kończą, a czasem w rzeczywistości wcale ich nie widać, choć według mapy istnieją. Niesamowita jest wolność tych gór, można chodzić, biegać wszędzie, a jedynym ograniczeniem jest ukształtowanie terenu. Trzeba uważać, by nie wpakować się w jakieś skały. Korzystamy z tej wolności. Mimo że z daleka teren wydaje się prosty, ot, górka z trawiastym zboczem, to w rzeczywistości okazuje się całkiem niebanalna. Stromo, krzywo, co chwilę niespodzianka w postaci skałki albo dziury – bieganie w takim terenie wcale nie jest łatwe, o ile w ogóle można nazwać to bieganiem, szczególnie dzień po zawodach.

Żegnamy się z miasteczkiem, a miasteczko żegna nas oczywiście… deszczem. Zwijamy mokry namiot, pakujemy przemoczone ciuchy i przy akompaniamencie kibicującej wolontariuszki (była niesamowita, przez kilka godzin oklaskiwała i dopingowała zawodników na ostatnich 500 m przed metą) łapiemy stopa w kierunku wyspy Skye, kolejnego celu naszej wycieczki.

Ciężko ukryć to, że nie bardzo cieszą nas prognozy pogody, zgodnie z którymi w najbliższych dniach czekają nas największe opady z bardzo mocnym wiatrem. No cóż, na to wpływu nie mamy, więc działamy dalej. Kolejnych kilka stopów i w poniedziałek wieczorem docieramy na wyspę. Widoki po drodze są naprawdę piękne. Krajobraz co chwilę się zmienia. Poprzez zbocza gór poprzecinanych wodospadami, przez jeziora, po pofałdowany teren i znowu góry. Bajka. Widziałam trochę różnych miejsc, ale ten kraj naprawdę zaskakuje na każdym kroku, o czym jeszcze mamy przekonać się następnego dnia. Znajdujemy miejscówkę na nasz mały namiocik. Uff, znowu udało się wstrzelić w chwilę, kiedy nie pada, by rozłożyć domek. W Szkocji można legalnie rozbijać się na dziko, ale jest kilka zasad, których należy przestrzegać. To jednak wciąż kolejny plus do wolności tego kraju!

Chciałoby się napisać: obudził nas piękny, słoneczny dzień. Nie był on jednak ani słoneczny, ani piękny... Ale jak już tu jesteśmy, to chociaż spróbujmy coś zobaczyć. Padło na znane ze zdjęć oraz z top 10 tego kraju The Old Man of Store, a następnie przejście do kolejnego punktu na liście, czyli Quiaring. No fakt, pada, ale przecież czy przejdziemy 5 czy 20 km to i tak wielkiej różnicy nam nie zrobi – wszystko będzie tak samo mokre, a deszczowy dzień jakoś musi zlecieć. Zresztą przecież mamy plecaki, namiot i cały nasz dobytek ze sobą. Już po niecałych pięciu minutach zatrzymały się dwie dziewczyny, które jechały w tamtą stronę, więc szybko znaleźliśmy się na miejscu. Pogoda pod psem, a ludzi pełno! Ruszamy w dobrych nastrojach. Docieramy do tych pięknych skał, których przez mgłę jesteśmy w stanie zobaczyć tylko niepełny obrys. A może to nie one? Idziemy dalej, za jakiś czas powinno być odbicie na ścieżkę, która ma prowadzić do naszego celu. Trochę nastroje nam się zmieniają, zrobiliśmy może z 3 km, a gdzie tu do 20? Wieje, jest zimno, już chyba wszystko przemoczone, plecaki ciążą, ścieżki, która była na mapie, nie widać. Zresztą żadnej ścieżki nie widać. Wracamy. Przechodzimy tylko przez szczyt The Storr, z którego wieje takim złem, że aż boję się patrzeć w dół. Schodzimy z powrotem do drogi pokonani przez pogodę, praktycznie bez suchej nitki na sobie.

Tego dnia naprawdę mamy dość tego kraju i chcemy wracać do domu. Tylko że teraz to niemożliwe, więc jedyne, co nam się marzy, to ciepłe pomieszczenie i zrzucenie mokrych rzeczy. Już wiemy, że chcemy jechać na normalny kamping, gdzie będzie możliwość wysuszenia mokrych ciuchów. Trafiamy do Silgachan. Zajmujemy małe, obskurne pomieszczenie z pająkami, w którym są pralka i suszarka. No i w środku nie pada i nie wieje! Suszarka do ubrań – cudowne urządzenie! Po 40 min wyciągamy ciepłe i suche rzeczy, choć niestety nie wszystkie. Na zewnątrz jest mordor! Próby rozłożenia namiotu kończą się fiaskiem. Zanim udało się naciągnąć tropik, to w środku już była powódź, a wiatr o mały włos połamałby cały stelaż. No nie da rady. Zostało nam umościć sobie posłanie na posadzce… w damskiej toalecie.

Po tej nocy uciekamy z wyspy. Pole namiotowe wygląda jak pobojowisko, namioty połamane, wszędzie woda. Skye niestety nie okazała się dla nas przyjazna, na sam koniec łapiąc stopa w strugach deszczu, walczyłam jeszcze ze szkockimi muszkami! Krwiożercze midges! Małe, francowate muszki, których są tysiące, gryzą jak szalone, nie pozwalają ustać w miejscu ani wypić kawy na zewnątrz, o ile przez chwilę nie pada. Koszmar, moja twarz przez cały wyjazd wyglądała jakbym miała ospę!

Wracamy do punktu wyjścia, czyli w okolice Ben Nevis do małego miasteczka Glen Nevis. Zostały nam jeszcze cztery dni, a prognozy mówią, że ma tam być tam ciut lepiej niż na wyspie. Jest nawet szansa, że w przedostatni dzień może wyjść słońce. Już nie chcemy spać gdzieś w pięknych miejscach poza cywilizacją, tylko trafić na fajny kamping, z ciepłą wodą i suszarnią! Ech, jak punkt widzenia potrafi się zmienić… Może wtedy uda się znowu pobiegać i przetrwać zapowiadane na najbliższą noc huraganowe wiatry. Uff, namiot na szczęście wytrzymał, choć momentami zaczynało robić się „wesoło”.

Przed nami kolejny „piękny”, deszczowy dzień, ale teraz komfortowy, bo mamy prysznic i możliwość wysuszenia ubrań, wiec możemy wyruszyć na podbój pobliskich terenów. Pierwszy plan jest taki, by pobiec ścieżką, która faktycznie istniała, w górę doliny Glen Nevis, ale niestety po 2 km zatrzymał nas potok, a raczej prawie rwąca już rzeka płynąca z gór i przecinająca naszą ścieżkę. Nie zostało nam nic innego jak pobiec do najbliższego miasteczka Fort William, wypić tam kawę, kupić wino i wrócić, by móc się nim raczyć w malutkim, suchym namiocie.

I niech tu będzie clou całego wyjazdu, czyli wycieczka na Ben Nevis. W końcu zapowiadany stosunkowo ładny dzień, kiedy faktycznie przedzierało się słońce. Oczywiście z przerwami na deszcz! Zapakowaliśmy do biegowych plecaków chyba wszystko, co się dało. Na początku był deszcz, potem słońce, znów deszcz, tęcza, słońce, mgła, śnieżyca, słońce próbujące przedrzeć się przez tę mgłę, do tego bardzo silny wiatr, a temperatura odczuwalna grubo poniżej zera. Skończyło się na zimowym księżycowym krajobrazie i w końcu pojawił się szczyt, na którym spomiędzy mgły wyłaniał się Brytyjczyk grający na rogu. Totalna abstrakcja. Góry pokazały nam wszystkie swoje oblicza.

Tym akcentem powoli kończę opowieść o naszym szkockim tripie, podczas którego 20 stopami przejechaliśmy ok. 800 km. Szkocja pożegnała nas słońcem, a Polska dla odmiany przywitała deszczem, ale taki deszcz to nie deszcz…

Nie znam za bardzo angielskiego, ale słowo amazing towarzyszyło mi przez cały ten wyjazd. Mimo pogody, która dała nam trochę w kość i popsuła niektóre plany, mimo muszek, które potrafiły skutecznie uprzykrzyć życie, i mimo zmiany trasy biegu – wiem, że na pewno tam wrócimy. Na zawody, wspinać się, biegać, chodzić po górach… Oj, wrócimy.

Iwona Turosz, Mateusz Górowski
Zapaleni miłośnicy zdobywania wysokości: biegiem, na nartach, wspinając się na pionowe ściany. Ona: Ultramaratonka i twórczyni "Bez Igły". Ukończyła jedną z najtrudniejszych stumilówek Ronda Del Cimes w Andorze zajmując 4 miejsce. On: raczej wybiera krótsze biegi, od lat związany z Beskidzką 160.

Kingrunnera tworzą biegacze. Dodaj swój artykuł.

pozostałe artykuły