Droga do UTMB. Odcinek 58

Przysłup, 28.02.2018

Zaczynając podsumowanie 58. tygodnia naszych wspólnych przygotowań do UTMB patrzę na siebie i Marcina Świerca, na okoliczności, w jakich się znajdujemy, i myślę sobie, że to naprawdę niewiarygodne, że ci dwaj goście ze zdjęcia mają jeden cel. Bo na tę chwilę nasze drogi przygotowań zupełnie się rozjechały. U mnie, w Beskidzie Niskim, jest minus 20, u Marcina, w Afryce – pewnie ze 40 na plusie. On pędzi po bieżni w zawrotnym tempie, ja przedzieram się przez zaspy niczym śnieżny ślimak. Ale wiecie co? Wcale się tym nie przejmujemy. Bo w tych całych przygotowaniach najważniejsza jest przecież dobra zabawa. A jej na naszej Drodze do UTMB nie brakuje!

Poniedziałek

Nie będzie zaskoczenia. Tydzień jak zwykle zaczynamy od dnia wolnego. Tylko rano joga à la Magdalena Ostrowska-Dołęgowska, potem basen, sauna i można odpoczywać. Czyżby?! Nie tym razem! Najpierw trzeba nanieść grubszego drewna, bo mróz trenował przez ostatnie dni jeszcze mocniej niż ja i w chacie zaczyna się robić zimno. Nawet sople skręcają się z zimna! Trzeba też trochę popracować, bo nowe ULTRA samo się przecież nie napisze. I tak oto minął mi wolny dzień. Słodko!

Wtorek

„To co lubisz”, napisał mi Marcin w cotygodniowej rozpisce. A co lubię? Oczywiście siłę biegową! Tym razem mieszałem skip A z B i z podbiegami. Super sprawa taki miks! Dzięki niemu odżyłem, bo wcześniejsze 8 km to była mordęga dla ciała i duszy. Obżarłem się przed wyjściem na trening makaronu z sosem paprykowym, paciara nie zdążyła się strawić, i przeżywałem prawdziwe katusze z zawrotami głowy włącznie. Dopiero podwyższone tętno na podbiegach wyrwało mnie z dramatycznej sytuacji. Siła biegowa rządzi!

Środa

Jestem w filmie. Jakiś czas temu gościłem u przyjaciela i wydawcy ULTRA, Jamesa, i obejrzeliśmy z jego żoną odcinek serialu „Lustra”. Jego koncepcja jest taka, że każda część jest zupełnie niezależna od pozostałych, w każdej grają inni aktorzy, a akcja każdego jest osadzona w innych realiach. Tym razem śledziliśmy losy bohatera uwięzionego w świecie zdominowanym przez ekrany. Wyznaczały mu one rytm życia: usypiały, budziły, nakłaniały do aktywności, towarzyszyły w działaniu etc. Ekrany były wierniejszymi towarzyszami jego życia niż otaczający go ludzie. I nagle, w środę, 21 lutego 2018 r., poczułem się dokładnie tak jak on. Po raz pierwszy w życiu (poza wizytami w Sportslabie) zdecydowałem się na trening na bieżni mechanicznej (w Fabryce Sportu w Gorlicach). Z jednej strony 12 km pokonane (w miejscu) w tempie 4:14 min/km w otoczeniu trupiego światła i tępych basów z wielkich głośników, rozstawionych po obu stronach wielkiego ekranu, było okropnym doświadczeniem, ale z drugiej – pozwoliło mi poznać rzeczywistość na jaką nigdy do tej pory się nie załapałem, a która jest codziennością większości społeczeństwa. Wychodząc, zastanawiałem się, kto tutaj funkcjonuje w alternatywnej rzeczywistości - ja czy „oni”…

Czwartek

Warszawa, smogowa królowa. Do miasta, w którym spędziłem większość życia, po raz kolejny przyjechałem jako gość. O 8 rano wsiadłem w batmobil (naprawdę, taki prawdziwy, pożyczyłem od Batmana!) i o 15 byłem na spotkaniu na warszawskim Służewcu, czyli w popularnym Mordorze. Spotkałem tam moje mordki kochane, czyli Jamesa i Rossiego, i jeszcze jedną panią, z którą mamy nadzieję zrobić wkrótce coś fajnego, biegowego. Jeszcze tylko wieczorem 15 km rozbiegania, parę rytmów i lulu!

Piątek

Wspinanie w Cruxie z Batmanem i z częścią ekipy kilimandżarońskiej, czyli Maćkiem i Iwoną. Efektem naszego spotkania były nie tylko nabite buły, ale też amatorskie wideoprodukcje charytatywne, które już niedługo ujrzą światło dzienne. Stay tuned, Batman & Robin nadchodzą!

A po południu polskim światem trailowym wstrząsnęła wiadomość, że Marcin dołączył do międzynarodowego BUFF Pro Teamu. Brawo, Trenerze, duma! Więcej o tym wydarzeniu przeczytacie TUTAJ.

Sobota

Po dniu wolnym od biegania, trzeba było porządnie się zmęczyć. A – jak wiadomo – na wysiłek najlepsze… Łazienki. Król Poniatowski popukałby się w głowę, jakby zobaczył, że latam 15-minutówki w tempie <4:10 min/km. Nie korzystniej byłoby upolować jakiegoś pawia albo złowić karpia, zamiast tak się męczyć?! Ja jednak wolałem dać sobie po garach, a zjeść dopiero później. Na szczęście z zagranicy przyjechała akurat najukochańsza Mama i nakarmiła jak za dziecięcych lat. To były zdecydowanie: najmocniejszy trening i najpyszniejszy obiad w tym roku. Mniam!     

Niedziela

-15 stopni + 20 km = piękny początek dnia. Długie wybieganie w spokojnym tempie 5:30 min/km z przyjaciółmi, zakończone ciastkami w jedynej w swoim rodzaju cukierni u Kozaka, to najczystsza przyjemność. Wprost przeciwnie do 6 h spędzonych w autobusie, który dowiózł mnie o północy na ukochane południe. Beskid Niski przywitał mnie 20-stopniowym mrozem i śnieżycą. Witaj, przygodo!

Kingrunnera tworzą biegacze. Dodaj swój artykuł.

pozostałe artykuły