140 minut Andrzeja Witka

29.10.2022

Jak sam mówi o sobie, jest pasjonatem biegania, który każdego dnia dąży do pokonywania kolejnych barier. Od 10 lat na drodze do osiągnięcia zaplanowanego wyniku w ulicznym maratonie, zachwyca wynikami w biegach górskich, potwierdzając swój poziom medalami mistrzostw Polski. Nam zdradza, jak udaje mu się utrzymać motywację i skupienie na celu, jak radzi sobie z codziennym treningiem, jak znalazł się zarówno w bieganiu, jak i w górach, i co zrobi, gdy już pokona maraton w mniej niż 2:20.

Rozmawiała: Ola Belowska, zdjęcia: Jacek Deneka Ultra Lovers, Jordi Saragossa, Joao M. Faria / Golden Trail Series

Ola Belowska: Andrzej, jak udał się urlop? 

Andrzej Witek: W drugiej połowie miesiąca faktycznie byliśmy z Asią, moją żoną, na Korfu. To był pierwszy raz w tym roku, kiedy opuściliśmy dom nie w związku z jakimiś biegami czy obozami, tylko jak normalni ludzie pojechaliśmy na wakacje, żeby poleżeć nad basenem. (śmiech) Odpocząłem od biegania – zarówno pod względem fizycznym, jak i psychicznym. 

OK, urlop urlopem, ale Twój sezon biegowy jeszcze się nie skończył, prawda?  

To dobre i trochę niewygodne pytanie. Plany startowe na jesień zakładały, że nawet teraz, kiedy rozmawiamy, będę na Maratonie Ślężańskim, zamiast tego jednak prowadzę trening zastępczy, mam drobne problemy z łydką i przemodelowałem całą jesień. Z takich pewnych punktów, czyli zawodów, na które jestem zapisany i planuję do nich podejść, to pod koniec października wyjazd na Azory na finał biegów Golden Trail National Series. Na grudzień planuję także maraton w Walencji. To wszystko zależy jednak od tego, jak szybko uporam się z łydką.

zdjęcie: Jacek Deneka / Beskidzki Topór

Mam nadzieję, że się uda – żebyśmy i my mieli o czym pisać. Andrzej, przejdźmy jednak do głównego liczbowego motywu, który się z Tobą wiąże – 140 minutami. To czas, który chcesz uzyskać w klasycznym biegu maratońskim. Powiesz nam, skąd to się wzięło? Czytałam o zakładzie z kolegą… 

To nawet nie był zakład, ale pewność siebie, kiedy faktycznie rzuciłem taki czas w bardzo serdecznej atmosferze, przy napitkach wyskokowych. 140 minut wydawało mi się w tamtej chwili czymś wymagającym, ale zupełnie w moim zasięgu. Już następnego dnia zostałem sprowadzony na ziemię – kiedy wyszedłem pobiegać, zrozumiałem, że to nie będzie takie proste. Przeliczając te 140 minut na tempo biegu, wyszło ok. 3:20 min/km, co wydawało mi się osiągalne, bo ile można biec jeden kilometr? Ale następnego dnia, kiedy przebiegłem już kilka kilometrów z prędkością ok. 5:00 min/km, zrozumiałem, że to nie będzie takie łatwe. Kości jednak zostały rzucone, dlatego podszedłem do maratonu jako ciekawej przygody. Rozpocząłem przygotowania i… po prostu polubiłem bieganie. To nie jest tak, że przy tym sporcie trzymał mnie tylko zakład. Byłem wtedy na początku studiów na wrocławskim AWF, co fajnie pasowało. Na uczelni zdobywałem wiedzę z zakresu wysiłku fizycznego, którą mogłem potem weryfikować na treningach. Sam dla siebie byłem królikiem doświadczalnym. Zacząłem sporo czytać o teorii treningu, co też pozwoliło mi troszkę łatwiej przebrnąć przez studia jako prymus. Choć wydaje mi się, że przez moje 10 lat biegania zaliczyłem wszystkie możliwe błędy. (śmiech) Chyba nie ma lepszej nauki niż ta na własnych błędach. Można przeczytać dziesięć książek, ale dopiero gdy doświadczy się czegoś na własnej skórze, człowiek zaczyna kiwać głową i doradzać innym.  

Jakie masz najbardziej wstydliwe albo spektakularne błędy w ultra? (śmiech)  

Moje flagowe błędy… Kiedyś na DFBG, kiedy byłem już mogłem pochwalić się dobrymi wynikami, startowałem na dystansie 68 km. Średnio zapoznałem się z trasą. Dość szybko wyszedłem na prowadzenie, biegłem na czele grupy. Dobiegłem do krzyżówki, na której trzeba było skręcić w prawo, aby wykonać dodatkową pętelkę i dopiero po niej wrócić na trasę główną. Zobaczyłem jednak strzałkę z oznaczeniem trasy prowadzącą prosto – były to właściwe oznaczenia, ale już dla tych, którzy pokonali tę dodatkową pętelkę, a ja byłem jeszcze przed nią. Pobiegłem jednak prosto, skracając trasę. Akurat w ten sam weekend w Lądku Zdroju odbywała się inna impreza – Bike Marathon – bardzo podobnie znakowana. Więc nieświadomie skręciłem na trasę rowerową… Dopiero ok. 50. kilometra z 68-kilometrowej trasy! – zorientowałem się, że nie rywalizuję. Nie miałem zegarka z GPS, dlatego korzystałem z profilu narysowanym na numerze startowym. Niestety już wiem, że z tego nie da się niczego wyczytać, jeśli się ktoś zgubi. (śmiech) Docierałem na punkty odżywcze, w ogóle nieprzygotowane, które dopiero wolontariusze zaczęli rozstawić. Pomyślałem wtedy: boże, jacy są nieogarnięci! Prestiżowe zawody, ja walczę o zwycięstwo, a oni nie są gotowi na najszybszego zawodnika! Tyle tylko, że oni byli gotowi na najszybszego zawodnika, ale on miał nadbiec dwie godziny później, bo tyle zajęłoby mi pokonanie tej dodatkowej pętelki. Coś zaczęło mi grać dopiero, kiedy spotkałem ludzi z innego dystansu, np. z 240 km. Wtedy faktycznie pomyślałem, że to jednak za szybko. Dotarłem do Lądka, zostałem zdyskwalifikowany, więc była to spektakularna wtopa. Zostało jednak doświadczenie i fajna anegdota do opowiadania. 

Czy miałeś jako dziecko jakiś kontakt ze sportem? Czy to bieganie pojawiło się faktycznie dopiero na studiach?  

Można powiedzieć, że miałem solidne fundamenty, choć nie trenowałem np. lekkoatletyki. Pochodzę ze Szklarskiej Poręby… 

zdjęcie: Julia Ciechanowicz

Kolebka!  

No tak, ale ja nie miałem pojęcia, że ktoś tam biega do czasu, aż wyprowadziłem się ze Szklarskiej! (śmiech) Naprawdę! Młodzi ludzie w Szklarskiej w wieku 14–16 lat nie mają pojęcia, że tam jest jakaś Droga pod Reglami, Zakręt Śmierci. Jak ktoś biegnie, to raczej myślą sobie: jakiś wariat! Sam też nie miałem tej świadomości. Szklarska Poręba jako małe miasteczko nie miało do zaoferowania zbyt wiele atrakcji, więc to właśnie sport był okazją do spędzenia czasu z rówieśnikami. Od świtu do zmierzchu byliśmy na boisku, nie przeszkadzało nam, że trawa była do pasa, albo trzeba było 2 km iść na to boisko. Po prostu spędzaliśmy razem czas i to było super. Graliśmy w podchody, chodziliśmy po niemieckich sztolniach, po lasach. Dziś rodzicom jeżyłby się włos na głowie! Jednak w wyniku takich zwyczajnych aktywności byliśmy naprawdę wysportowani. Gdy trafiłem do gimnazjum, w szkole pojawił się przedstawiciel klubu piłkarskiego. Zaczęliśmy z klubem Woskar Szklarska Poręba jeździć na mecze piłki nożnej – to był ważny etap, który spowodował, że potem w bieganiu było mi łatwiej. Były dwie kategorie wiekowe, a ja byłem na tyle dobry, że najpierw rozgrywałem swój mecz – z juniorami młodszymi, a potem grałem w kolejnym – w starszej drużynie. Potrafiłem więc trzy godziny biegać po boisku, a sam byłem wniebowzięty, że mogę więcej pograć. Ten sport to było dla mnie całe życie, uwielbiałem go. Gdy byłem już w trzeciej klasie gimnazjum, miałem sportowy epizod w klasie mistrzostwa sportowego. Nauczyciel WF zawsze doceniał to, że na każdą propozycję udziału w grze czy zawodach byłem chętny, dlatego zaproponował też mi zawody w biegach przełajowych. Okazało się, że w biegu przełajowym byłem na tyle wysoko w klasyfikacji końcowej, że pokonałem kilku chłopaków z klasy sportowej, którzy trenowali sporty wytrzymałościowe. Wtedy też zaczął wędkę zarzucać trener z klasy sportowej, mówiąc mi o tym, że będę świetnym sportowcem i zwiedzę kawał świata... Oczywiście złapałem się na tę wędkę. (śmiech) Tam rozpocząłem treningi biatlonu, które z perspektywy czasu oceniam jako lekkie – sport w wersji zabawowej, zresztą wówczas uprawiało go może 40 osób – taka egzotyka. Jednak cała szkoła średnia i przygoda z ocieraniem się o sport profesjonalny były fantastyczne, bardzo to sobie cenię i mam z tego okresu wielu świetnych znajomych, przyjaciół i mnóstwo wspomnień. 

Andrzej, ja wciąż będę wracać do tych 140 minut… Twój ostatni rekord z królewskiego dystansu to 2:23. Zostały Ci trzy minuty – niby mało, a jednak wciąż dużo. Czy po tylu latach, które poświęciłeś na osiągnięcie tego celu, chcesz to docisnąć do końca? Czy jednak coraz więcej gór w Twoim życiu? 

Wciąż to właśnie maraton w 2:20 jest moim głównym celem. Ale to nie jest tak, że jestem 24 godziny na dobę nakręcony na ten wynik. Że budzę się rano i na suficie widzę licznik odmierzający czas. To jak w życiu, są wzloty i upadki. Miałem taką stagnację wyników na poziomie 2:29. Robiłem bardzo mocne jednostki treningowe, trenowałem jak wyczynowcy, tylko wyniki miałem jak amator. Dojrzałem jednak do tego, że oczywiście cel jest bardzo istotny, ale najważniejsza jest ta droga i wszystko to, co się na niej przydarza. Jeżeli ktoś mnie pyta, czy to, że osiągnę wynik 2:20, sprawi, że na starość będę szczęśliwym człowiekiem, odpowiadam, że to nie ma znaczenia, bo wszystko to, co osiągnąłem do tej pory już powoduje, że w pewnym sensie jestem spełniony. Ale wciąż uważam, że mam rezerwy na 2:20. Mój obecny PB, 2:23, jest z 2019 r., sprzed ery karbonowej. A widać jednak, że ta technologia – oczywiście w takim zakresie, w jakim można z niej legalnie korzystać – pomaga w wynikach. 

A jak Ci się już uda, to co?  

Mam sto scenariuszy w głowie! Czasem myślę, że wtedy od razu zamknę bloga! To by była pewna klamra. Ciągną mnie góry… Nie da się utrzymać cały czas koncentracji na 2:20 w maratonie. Po drodze robiłem różne rzeczy, żeby od tego maratonu uciec. Jest to jednak taki niewdzięczny bieg, że masz przed sobą trzy–cztery–pięć miesięcy ostrych przygotowań, podczas których musisz zachowywać koncentrację na jednostkach, a później masz jeden dzień, strzał na wynik i biegniesz np. 2:35. Fajny wynik, OK. I wszystko zaczyna się od nowa, robisz cały cykl, biegniesz 2:33. Super! Jest życiówka! Jednak to zmęczenie jest tak duże, że nie da się tego robić, tylko myśląc o tej jednej rzeczy. Dlatego sam po drodze starałem się szukać rzeczy, które będą mnie motywować. Taką motywację dał mi Wings for Life, całkiem nieźle się do tego startu przygotowałem. Odbywał się jeszcze na starych zasadach, auto przyspieszało troszkę wolniej niż wtedy, pokonałem chyba 67 km. To też była jakaś odskocznia od maratonu, która jednak pomogła utrzymać trening na takim poziomie, by wciąż sportowo się rozwijać. Z górami było podobnie. Czułem stagnację wyników w maratonie i zacząłem szukać motywacji gdzie indziej. Postanowiłem wystartować na 100 km w Krynicy podczas Biegu 7 Dolin. 

Kiedy podchodzisz do czegoś nowego w życiu, czujesz niepewność, nieco adrenaliny. Budzisz się i zastanawiasz: kurczę, co mnie czeka? To taki dreszczyk emocji, który bardzo lubię. Mam nadzieję, że to doświadczenie górskie, które obecnie zdobywam, oraz ta koncentracja przełożą się efektywnie na maraton.  

Grudniowa Walencja bardziej na przetarcie czy na życiówkę?  

Przetarcie. Tu chodzi o podtrzymanie biegania na asfalcie. Czasem znajomi pytają mnie: Andrzej, biegniesz półmaraton, jak jesteś przygotowany? A ja odpowiadam: gdy będzie dobry dzień i wszystko zagra, to pobiegnę 1:10, a jak nie zagra, to pobiegnę 1:11. (śmiech) Pukają się wtedy po głowie, bo to w zasadzie żadna różnica, a jednak dla kogoś ocierającego się o swoje maksimum, to różnica jest spora. Mam świadomość, że te trzy minuty, które zostały mi do urwania w maratonie, to jednak dużo. Tego nie da się zrobić ad hoc, musi się zgrać bardzo dużo czynników sprzyjających, by osiągnąć taki docelowy czas. Teraz – z solidnego przygotowania sześcio–ośmiotygodniowego jestem w stanie pobiec maraton w 2:25. 

zdjęcie: Jacek Deneka / Tatra SkyMarathon

Pisałeś na blogu, że trenując sam, miałeś czasem okresy przetrenowywania się. Zastanawiam się, jak sobie z tym radziłeś psychicznie?  

Nie wiem, czy mogę powiedzieć, że byłem kiedyś tak przetrenowany, że odbiło się to na moim zdrowiu. Fakt, że poza samym celem wynikowym w sporcie i treningu kręci mnie eksperymentowanie. Kiedyś podążałem takim tropem, że czym mniejsza masa ciała, tym lepsze wyniki. Przy wzroście 180 cm w tej chwili ważę 67–68 kg, czuję się z tą wagą dobrze i w górach dosyć dobrze mi się biega. Jednak przed maratonem, schodzę do 63–64 kg. Był taki okres w moim życiu, kiedy postanowiłem sprawdzić, gdzie jest granica. Zszedłem z wagi poniżej 60 kg. Poza tym, że wyglądałem jak śmierć (śmiech), było mi ciężko funkcjonować w społeczeństwie, bo podczas różnych spotkań w głosie znajomych czułem takie zawieszone pytanie, czy wszystko OK. Czy nie jestem chory… Dopiero po jakimś czasie, gdy poszerzyłem wiedzę, zorientowałem się, że wpędziło mnie to w kłopoty hormonalne. A co śmieszne, ja lubię jeść. W zasadzie to ja lubię żreć! (śmiech) Zrobiłem to tylko dla poprawy wyników. 

A czy się przetrenowałem? Był czas, gdy było mi ciężko. Nie pochodzę z zamożnej rodziny, dlatego na studiach pracowałem na półtora etatu. Popełniałem podobne błędy do innych ambitnych amatorów – prowadziłem naprawdę bardzo ciężki trening, rozkręcałem wtedy bloga. A przygotowanie każdej publikacji zajmuje dużo czasu – wy, dziennikarze, najlepiej o tym wiecie. Czytanie tekstu to ok. 5 minut, a przygotowanie może zająć parę godzin. Robiąc to wszystko na raz, potrafiłem wychodzić na trening o 4:30 rano. Biegać z czołówką, robić biegi tempowe, bardzo byłem nakręcony na to, by suma w tabelce w excelu zaświeciła się na zielono. To dawało mi spokój psychiczny. Teraz, gdy analizuję swoje stare dzienniczki treningowe, widzę, że wiele razy jakiś trening trzeba było odpuścić, wykonać go w innej wersji. Ale gdy człowiek jest młody, trudno jest to wszystko zaakceptować. Dlatego wciąż powtarzam, że uczyć trzeba się na swoich błędach, bo to najwięcej kosztuje, ale jest też najcenniejsze. Choć nieraz biegałem dużo objętościowo czy wykonywałem intensywne jednostki, nigdy nie skończyło się to kontuzją, która wyłączyłaby mnie na długi czas z biegania. Gdy biega się samemu, bez trenera, niestety nie jest się obiektywnym. 

Obecnie sam pracuję jako trener, pomagam innym w treningu, ale powtarzam: osoba, z którą mam największe problemy, to ja sam. Bo tracę rozsądek, zawsze chce się zrobić więcej. Widzę to też po osobach, które w rok chcą zmienić swoje życie. Do tej pory nie robiły nic, a po tym roku chcą być maratończykami. Więc w treningu mają wszystko: interwały, cross, bieg tempowy, długie wybieganie, co weekend wyjazd w góry, a popołudniami stabilizacja, siła maksymalna, jazda na rowerze, sauna, masowanie, rolowanie i rozciąganie. To się nie może udać. Nadmierna ambicja powoduje drobne problemy. Stąd też przed tym sezonem podjąłem decyzję, by ktoś spojrzał na mnie z boku, racjonalnie i pokazał mi, które elementy mogę poprawić, a które powinienem wyeliminować z treningu. 

Czy Ty jako biegacz nie potrzebujesz uznania? Jakiejś formy poklasku? 

Potrzebujemy uznania. To naturalny mechanizm psychologiczny każdego z nas. Potrzebujemy uznania środowiska, bo to daje nam poczucie komfortu, pewność siebie. Kiedy 10 lat temu ktoś był maratończykiem, wiedziała o tym cała wioska, to było coś wow! W tej chwili każdy chyba w gronie rodziny czy znajomych ma maratończyka. To nie jest niczym niezwykłym. Zostanie maratończykiem nie daje już takiego poczucia uznania, szukamy dalej rzeczy atrakcyjnych. I tu pojawia się ultra. Z jednej strony je kocham, z drugiej natomiast chłodno oceniam całe środowisko. Właśnie dlatego, że biegacz ucieka w ultra w pogoni za większym uznaniem, zamiast popracować nad np. przesunięciem swojego poziomu w dajmy na to maratonie z 3:50 na 3:30. Dla kogoś, kto nie siedzi w środowisku biegowym, różnica 20 minut kompletnie nic nie znaczy. A gdy ktoś robi pięciokrotnego Ironmana, to wzbudza u tych samych osób podziw, mimo że w tym wyczynie nie ma punktu odniesienia. Oczywiście jest to wow, należy to podziwiać i szacunek bezsprzecznie się należy. To jednak pokazuje, co nas kręci – coś, co jest jeszcze bardziej ekstremalne. I tak jest z ultra. Ludzie wolą w nie uciec, bo jest bardziej wow! Pewnie z czasem też straci na wartości, wokoło będzie coraz więcej ultramaratończyków, rekordy będą bite. Tak dzieje się teraz choćby z Kilianem – oczywiście nie odbierając mu niczego, bo jest najlepszym biegaczem górskim w historii i nie ma o czym mówić, ale słyszę czasem takie pytanie: Andrzej, zobacz, że gdzie teraz nie pojadą chłopaki z elity biegów górskich, to Kilian traci swoje rekordy. No tak, ale zazwyczaj w większości biegów nie miał potrzeby z nikim rywalizować, bo był na tyle mocny, że kończył w swoim tempie. Był gościem z innej planety!

zdjęcie: Joao M. Faria / GTS Madera 2022

Teraz biegasz pod opieką trenera Andrzeja Orłowskiego – w teamie „aniołków Orłowskiego”. (śmiech) Jak układa się wasza współpraca? 

Chyba diabełków! (śmiech) Muszę na początku powiedzieć, że trener Andrzej ma bardzo wysokie kompetencje, dużą wiedzę i takiego… trenerskiego nosa, jak to się mówi w sportowym żargonie. Czuje i wie, co robi z danym zawodnikiem. Dużo skorzystałem na naszej współpracy. Trener wprowadził kilka elementów. W treningu do maratonu jest powtarzalny cykl, a w biegach górskich jest natomiast tyle kombinacji treningów i możliwości przeprowadzenia różnych jednostek jest mnóstwo i one też zależą od charakteru samej rywalizacji. Trener usystematyzował też mój trening rowerowy, dla mnie rower był jednostką uzupełniającą, tymczasem obecnie staje się on jednostką główną na dany dzień z konkretnymi założeniami. Cenię też podejście trenera, jeśli chodzi o stosunek treningu do życia – a tego się najbardziej bałem. Jednak nie miałem nigdy takiej sytuacji, by trener powiedział: masz zrobić trening i mnie nic nie obchodzi, dlaczego miałoby się to nie udać. Jeżeli konieczna była zmiana planu, zawsze reagujemy tak, by dostosować do tego trening.  

Obecnie mamy trochę inny rodzaj współpracy – jak już wspomniałem, lubię eksperymentować, dlatego w kontekście maratonu sam jestem odpowiedzialny za swój trening, trener jedynie mi wskazuje kierunek na zasadzie doradztwa i eliminowania potencjalnych błędów. 

Napisałeś kiedyś, że masz w sobie sportową złość. Czy to też Cię nakręca? Czy to główna motywacja, obok tego celu? 

Jestem po prostu wytrwały. (uśmiech) Kiedyś usłyszałem takie pytanie, co bardziej motywuje sportowca, porażka czy wygrana? Ja niestety jestem w tej grupie, którą motywuje porażka. Kiedy jestem czegoś pewny, wystartuję, by osiągnąć dany cel, a nie udaje mi się tego zrobić, to po prostu czuję się upokorzony, jakbym dostał sportowy policzek. Odnajduję w tym bardzo dużo motywacji. Może jak będzie nas czytał jakiś psycholog, to może dopatrzy się w tym jakichś braków. (śmiech) Muszę jednak udowodnić sobie i pewnie też innym, że jednak jestem lepszy, potrafię coś zrobić lepiej – i w tym odnajduję motywację. Sukces mnie natomiast… rozleniwia. Odzywa się we mnie taki głos: „spisałeś się, chłopie, możesz sobie teraz poodpoczywać”. (śmiech)

zdjęcie: Jacek Deneka / Tatra SkyMarathon

Kiedy ostatnio tę złość poczułeś? 

W 2020 r. po Tatra SkyMarathon. To był bieg, na którym nie miałem prawa od siebie zbyt wiele oczekiwać, słabo przepracowałem wiosnę, świat wtedy zawirował. Nie miałem motywacji do mocnego treningu, nie mając na horyzoncie żadnych zawodów. Kiedy pojawił się ten bieg i okazało się, że odbędzie się w randze mistrzostw Polski, postanowiłem wziąć w nim udział. Dotarłem do mety na czwartej pozycji, choć w pewnym momencie zajmowałem drugą. Byłem zły i to mnie zmotywowało. Przez kolejny rok, aż do tegorocznej edycji, udało mi się zrealizować 99% planów, które miałem. 

A ta ostatnia sytuacja, gdy przez pomyłkę trasy straciłeś złoty medal, kiedy wyprzedził Cię Marciń Świerc? 

Dlatego powiedziałem, że 99%! (śmiech) Marcin tego dnia był najlepszy, bo bieganie w górach – jak każdy sport – to nie tylko mięśnie od szyi w dół, lecz także od szyi w górę. Marcin po prostu był lepszy, należało mu się to złoto. Suma wszystkich predyspozycji fizycznych i psychicznych spowodowała, że to on właśnie przekroczył linię mety jako pierwszy. Bardzo zresztą go szanuję za to, jak przez ostatnią dekadę rozwijał biegi górskie w Polsce. Na moje złoto przyjdzie kiedyś pora. Muszę być po prostu na tyle mocny, żeby zgubić trasę i wrócić na nią, wciąż utrzymując się na pierwszej pozycji. (śmiech) 

Chciałabym Ci powiedzieć, że spędziłam nieco czasu na Twoim blogu, przygotowując się do naszej rozmowy, i to był naprawdę dobry czas. Ciekawe, przemyślane i dobrze napisane – poprawną polszczyzną! – teksty traktujące nie tylko o treningu, lecz także sprawach okołobiegowych. Widzę, że masz ogromne wsparcie swojej żony w tym, co robisz, prawda? 

Nie byłoby mnie w tym miejscu, w którym jestem, gdyby nie Asia. Jest bardzo zaangażowana w cały projekt 140 minut. Kiedy przeprowadziliśmy się do Wrocławia, zainwestowałem sporą kwotę w aparat fotograficzny i oświadczyłem jej, że musi robić zdjęcia na bloga. A że była po studiach polonistycznych, to też się fajnie złożyło. Blog to naprawdę sporo pracy. Czasem biegnę zawody w dwie godziny, a potem przez pięć godzin pracuję nad tekstem – przecież to jest chore. (śmiech) To właśnie Asia jest pierwszym recenzentem moich tekstów, mogę też liczyć na korektę. 140 minut i cały ten projekt zaczął żyć razem z nami i oboje byliśmy w to zaangażowani. To nasze wspólne dziecko. Bez jej wsparcia nie byłbym w tym miejscu, w którym jestem – prowadząc własną działalność, utrzymując się z tego, co lubię robić, mając ten komfort w życiu, jaki mam.

Kingrunnera tworzą biegacze. Dodaj swój artykuł.

pozostałe artykuły