Biegacz amator

Kirgiskie opowieści o bieganiu i nie tylko

Warszawa, 30.09.2016

Miłośnikom górskich biegów ultra Piotra Dymusa przedstawiać chyba nie trzeba. Fotograf sportowy, na którego zdjęcia czeka się jak w dzieciństwie na wigilijne odwiedziny Mikołaja. Połowa z nas marzy o tym, by odnaleźć się na jednym z jego zdjęć. Piotr razem z drugim Piotrkiem, Hercogiem, i paroma innymi osobami w sierpniu pojechał do Kirgizji, wspierać Herciego podczas przygotowań w dwóch górskich biegach na Pik Lenina, górę o wysokości, bagatela, 7134 m n.p.m. W rozmowie z portalem KR Piotrek Dymus opowiedział o tej wyprawie trochę więcej.

KR: Piotrek, jaki jest Twój osobisty rekord wysokości?

D: Jakieś 6800 m n.p.m. W 2001 roku byłem na trzymiesięcznej wyprawie do Ameryki Południowej, tam wszedłem na szczyt Mercedario, położony w Andach Środkowych, w Argentynie, na północ od Aconcagui. Nie spędziłem tych trzech miesięcy w górach, udało mi się zobaczyć tej Ameryki nieco więcej.

Dlaczego nie Aconcagua zatem? Najwyższy szczyt kontynentu?

Z prostego powodu – nie lubię tłumów. Na Aconcaguę chodzą wszyscy, a Mercedario jest trochę z boku, to bardziej kameralna góra, choć niewiele niższa. Zresztą pomysł na jej zdobycie przyszedł mi do głowy po lekturze książki Wyżej niż kondory Wiktora Ostrowskiego, jednego z Polaków, którzy w latach 30. jako pierwsi zdobyli jej szczyt. Choć potem okazało się, że wcześniej zrobili to Inkowie – złożyli tam ofiary.

Czyli jednak rekord nie padł na ostatniej wyprawie. Dla przypomnienia, w sierpniu fotografowałeś biegaczy w trakcie Chudego Wawrzyńca, a potem praktycznie z biegu poleciałeś do Kirgizji. Opowiesz coś o tym wyjeździe?

Plan powstał już jakiś czas temu, razem z projektem Piotra Hercoga „Hercog Mountain Challenge”, który zakładał jego start w kliku biegach wysokogórskich. Herci w planie miał wiosenny udział w biegu na Elbrus, sierpniowe dwa biegi na Pik Lenina i kolejny raz Elbrus we wrześniu. Ze względów zawodowych wykluczyłem od razu wyjazd wrześniowy – to dla mnie zawsze pracowity miesiąc na polskim podwórku. Byliśmy razem w Gruzji przed Redfox Elbrus Race, w sierpniu Herci miał zaplanowane starty w obu biegach rozgrywanych w ramach Lenin Race (Skyrace i Skymarathon). Jestem członkiem teamu supportującego Piotrka i odpowiadam za oprawę fotograficzną jego działań.

Logistyka była raczej typowa dla takich wyjazdów. Polecieliśmy do Osz, gdzie czekała na nas już wynajęta agencja, która organizowała nam wyprawę. Jeden dzień poświęciliśmy na dotarcie do bazy pod Leninem. Nie prowadzi tam oczywiście żadna stała droga, ostatnie dwie godziny to jazda po pełnej nierówności szutrówce z prędkością 10‒15 km/h, gdzieś daleko od cywilizacji. Sama baza to takie małe miasteczko w dolinie, ale na wysokości 3600 m n.p.m., pełne stałych namiotów dla turystów i namioty techniczne. W sezonie zawsze jest tam dużo ludzi.

Ponieważ do bazy dociera się w jeden dzień z miasta położonego na wysokości ok. 1000 m n.p.m., początkowo sam pobyt w bazie daje się we znaki, bo różnica ok. 2500 m w tak krótkim czasie jest jednak obciążeniem dla organizmu. Głowa boli. Do pierwszego obozu, położonego na 4400 m, idzie się z bazy ok. 12 km i tu dociera się już do lodowca. Piotrek, który był pod Leninem już 20 lat temu, wspomina, że wtedy lodowiec zaczynał się znacznie wcześniej, a dolina polodowcowa jest nie do poznania, więc i tam daje się zmiany klimatyczne zauważyć. Do obozu idzie się więc po rumowisku, a dalej po górskim zboczu. Trudności technicznych nie ma żadnych, ale można poczuć przedsmak terenu wysokogórskiego. Góry są na wyciągnięcie ręki – tak się przynajmniej wydaje, bo wysokości i odległości są wciąż spore.

W górach wysokich najważniejsza jest aklimatyzacja, co dotyczyło całej ekipy wspierającej Piotrka. Tu fajerwerków nie ma, trzeba stopniowo zdobywać wysokość. I generalnie wtedy nie robi się nic. Po prostu się siedzi w namiocie i czeka, aż krwinki się wyprodukują [śmiech]. Trzeba wnosić szpej do wyższych obozów i w nich po prostu być. To niestety było głównym powodem, dla którego Piotrek w końcu nie wystartował w biegu głównym, Lenin Skymarathon, nie miał wystarczającej aklimatyzacji. W dodatku tam też pojawiają się trudności techniczne, a wysokość robi swoje. A im lepszą masz aklimatyzację, tym szybciej idziesz. W trakcie wyjść aklimatyzacyjnych udało nam się wejść trochę powyżej obozu trzeciego, czyli ok. 6100–6200 m n.p.m.

A jakie były Twoje cele podczas tej wyprawy?

Ja przede wszystkim chciałem z fajnego wyjazdu przywieźć dobry materiał zdjęciowy. Nie tylko z zawodów, bo te trwają po kilka godzin, czy jeden dzień, lecz z całego pobytu na miejscu. Zresztą efekty mojej pracy było widać, czy to na fanpejdżu Piotrka na FB, czy moim koncie instagramowym.

No właśnie, nie nudziło Ci się trochę? Te same krajobrazy, ten sam model, pewnie te same ciuchy biegowe? Przez trzy tygodnie? Poza zawodami oczywiście?

Ubrań akurat Piotrek miał sporo! [śmiech] Jak już robiłem zdjęcia, to mi się nie nudziło. Ale ponieważ dużą część tego wyjazdu zajmowało aklimatyzowanie się, to faktycznie było nieco nużące. Na szczęście można pójść w dolinkę obok i okolica już wygląda inaczej. Sporo zależało od pogody, która na tym wyjeździe była dość kapryśna. Pochmurna, nijaka, słońce jakoś tam się przebijało, ale mimo wszystko nie były to dobre warunki do zdjęć.

Fotografowanie w trakcie takiego wyjazdu nie było jednak łatwe z innego powodu. Powierzchnia, po której można było się przemieszczać, była stosunkowo niewielka, bo góra jest duża, ale wysoka. Pojawiają się zatem trudności  techniczne. Na wysokości 5000 m, gdzie tlenu jest dwa razy mniej niż na poziomie morza,  wszystkie operacje sprzętowe, przemieszczanie się itp. zajmują dwa razy więcej czasu i energii, nawet mimo aklimatyzacji wszystko odbywa się wolniej. Organizm działa gorzej, a to wpływa na pracę. Tak jak na biegaczy, bo zawody na Piku Lenina nie polegają przecież na bieganiu, tylko szybkim podchodzeniu zwłaszcza te między bazą a szczytem.

Sprzęt fotograficzny też swoje waży pewnie.

Tak. Do sprzętu biwakowego, który nosiłem, musiałem dodać fotograficzny – dwa body, trzy obiektywy. Więc kiedy koledzy nosili po jednym plecaku, ja chodziłem z dwoma, bo w jeden się nie mieściłem, był za mały. To też wymagało ode mnie lepszej logistyki, żeby tym sprzętem bez straty na jakości zdjęć operować.  Jest to już wtedy inna fotografia niż to, co się robi np. w polskich górach. Nawet zestaw minimum, który zabierałem najwyżej, ważył ok. 4 kg. Gdy dołożysz do tego sprzęt biwakowy, ubranie, jedzenie, nagle okazuje się, że tego jest po prosto bardzo dużo. Ale wiem już, co mogę na przyszłość poprawić.

Nowością natomiast dla mnie była rola profesjonalnego fotografa w takich górach. Nie robiłem zdjęć dla siebie, tylko miałem określone zadanie do wykonania – dokumentację wyjazdu i stworzenie materiałów atrakcyjnych dla sponsorów wyjazdu i mediów.

Było coś, co sprawiło Ci tam trudność?

Przede wszystkim brak tlenu. Ale też w czasie tego wyjazdu męczyły różne infekcje żołądkowe, a za tym też szło słabe samopoczucie. Paradoksalnie najlepiej poczułem się, kiedy już pod koniec wyjazdu podczas zawodów wyszedłem powyżej pierwszego obozu, do dwójki i trójki. 

Czyli kwestia zmiany wody? Bo tam już musieliście topić śnieg i jeść żywność liofilizowaną?

Tak, woda powyżej była ze śniegu, a ta w bazie pochodziła z ujęć, ale nie wiadomo, na ile są one czyste. Liofy też są bardziej sterylne. W bazie jest bardzo dużo ludzi, dużo zwierząt, całkiem prawdopodobne, że moje problemy były z tym związane. Od ludzi też łatwo było się czymś zarazić.

Byliście przez większą część wyjazdu w męskim gronie, abstrahując oczywiście od bazy pełnej ludzi. Jak to znosiliście? ;)

Daliśmy radę! [śmiech] Ogromnym pozytywem tego wyjazdu była właśnie strona towarzyska. Z Hercim znamy się od lat, z Wojtkiem Grzesiokiem, czyli Kanionem też już byliśmy wspólnie na kilku wyjazdach. Był jeszcze z nami Igor Ziatkowski, znany Wam być może Eryk Lubos z synem, a pod koniec wyjazdu dojechała do nas Paulina Wierzbicka, z którą też dość długo się już znamy.  Eryk wcześniej nie miał nic wspólnego z górami, więc na tym wyjeździe udało mu się pobić jego osobisty rekord wysokości, kiedy szedł na niewielki szczyt o wysokości 5100 m.

Cel sportowy w Kirgizji miał Piotrek, reszta chciała po prostu fajnie spędzić czas w górach.  W bazie pod Leninem trudno być samemu. Jak już mówiłem, to małe miasteczko, złożone z kilkunastu mniejszych obozowisk, jest tam bardzo dużo ludzi, z wielu krajów, także z Polski. Właśnie dzięki chłopakowi z Polski, który pożyczył mi okulary lodowcowe, mogłem chodzić wyżej – swoje niestety zostawiłem na noc w namiocie jadalnym i ktoś je sobie pożyczył.

Piotr Hercog wziął udział w zawodach Lenin Race, jak już powiedzieliśmy wcześniej. Powiesz o nich coś więcej?

Pierwszy start w ramach Lenin Race, czyli Lenin Skyrace to bieg między bazą a I obozem (wys. 4400 m n.p.m.) i z powrotem, meta w bazie, czyli trzeba pokonać dystans ok. 23, 24 km. W Europie byłby to bieg wysokogórski, nie organizuje się biegów w takich warunkach. Około 4 km biegnie się szeroką, zieloną doliną, w pionie jakieś 200 m w górę, do tzw. Cebulowej Polany. Ten fragment to łagodne podejście. Stamtąd trzeba zakosami po piarżyskach, wydeptanymi przez ludzi i zwierzęta ścieżkami dotrzeć do Przełęczy Podróżników.  A dalej wąską ścieżką trawersuje się grzbiet już do jedynki, z widokiem na lodowiec i Lenina. Teren nie jest trudny technicznie, to nie jest Bieg Ultra Granią Tatr. Biegaczy startujących nie było jakoś dużo, więc nie było też problemu z ich mijaniem się na tej wąskiej ścieżce.

I ten bieg Piotrek wygrał w cuglach?

Miał nieco ponad 5 minut przewagi nad drugim Kazachem i 17 nad trzecim Rosjaninem. Ten start to rzeczywiście było bieganie. Zwłaszcza droga w dół była typowo biegowa. Były tak takie miejsca, gdzie można było sporo zyskać albo stracić, umiejąc zbiegać. Aklimatyzacja też dawała bardzo dużo, bo te 4400 m n.p.m. to jednak już dość wysoko.

Natomiast drugi bieg – Lenin Skymarathon – to już dłuższa historia. Ponieważ dociera się tam na szczyt góry, wszystko zależy od pogody, dlatego termin biegu był przesuwany. Wiadomo, że biegacze są ubrani inaczej niż wspinacze, dużo lżej, dlatego każda zmiana pogody może doprowadzić do niebezpiecznych odmrożeń, mimo że każdy ma ze sobą sprzęt obowiązkowy chroniący go na taką ewentualność. Zdarzało się też, że ze względu na panujące na górze warunki trasa była skracana. Na początku naszego wyjazdu datę biegu wyznaczono na 27 sierpnia, czym dłużej tam byliśmy, tym bardziej ją zmieniano. W końcu bieg przesunięto na 25 sierpnia. Niestety, kiedy nie ma się wystarczającej aklimatyzacji, taka zmiana terminu robi ogromną różnicę. Bo przed startem trzeba dać organizmowi jakieś dwa dni na regenerację, odbudowanie zapasów energii, wtedy nie robi się nic. Więc aklimatyzacji też już nie. 

Piotrek dokonał rozsądnego wyboru. Pomiędzy oboma biegami nie było zbyt dużo czasu, dlatego lepiej było skupić się na jednym. Regeneracja po biegu na takich wysokościach musi być dłuższa. W Lenin Skymarathon udział brał za to Piotrek Karolczak, który nie był w naszej ekipie, ale też startował w zawodach. Jemu w trakcie biegu do grani udało się dotrzeć, ale został z niej cofnięty ze względu na przekroczony limit czasowy. Niestety, był pierwszym z grupy, której nie udało się wejść – a był w klasyfikacji generalnej czwarty.

Poleciłbyś Lenina biegaczom?

Teoretycznie Lenin to łatwa góra, choć takie mówienie jest zdradliwe. Nie ma tam trudności technicznych, które eliminowałyby przeciętnego turystę, nie trzeba mieć umiejętności wspinaczkowych. Ale jeśli coś się stanie, to już jest źle. W trakcie naszego wyjazdu o 5 rano zeszła lawina. W zasadzie nie wiadomo czemu, może wiał zbyt mocny wiatr. Ta lawina zasypała ścieżkę podejścia z pierwszego obozu do drugiego – gdyby stało się to w dniu zawodów, a te startowały o godz. 4 rano, mniej więcej w czasie zejścia lawiny byliby w tym miejscu biegacze. I skończyłoby się to tragicznie.

Lodowiec także znajduje się między I a II obozem. Jak to lodowce mają w zwyczaju, ten także pracuje, ma szczeliny, też na nim swojego czasu trochę ludzi zginęło. Niestety, można mieć pecha.

Na grani nie byliśmy, a to ona tak naprawdę stanowi główne trudności na tej górze. Jest stosunkowo długa, a trzeba ją pokonać w drodze na szczyt i w czasie powrotu z niego. Czyli trzeba być świeżym w momencie dojścia na grań, żeby starczyło sił na powrót. I dlatego też statystycznie niewiele osób osiąga wierzchołek z tych wszystkich, którzy górę atakują.

Chciałbyś wrócić w te góry i zrobić jeszcze taki projekt?

Na Lenina to już może niekoniecznie, na mnie kompletnie nie działa magia liczb i gorączka szczytu. A liczby i szczyty przyciągają ludzi. Ale chętnie jeszcze bym gdzieś pojechał. Np. na adventure race w Patagonii, żeby nie siedzieć też w miejscu i nie robić nic, a więcej się przemieszczać, przemierzać przestrzeń. Miałem okazję odwiedzić tamte rejonu podczas wspomnianej na początku trzymiesięcznej podróży do Ameryki Południowej. Wiatry nad patagońskimi szcyztami potrafią tworzyć fenomenalny z fotograficznego punktu widzenia spektakl. Dla mnie byłoby to naprawdę fajne wyzwanie.

Kingrunnera tworzą biegacze. Dodaj swój artykuł.

pozostałe artykuły