Są miejsca, które dobrze wyglądają na zdjęciach. Są też takie, w których naprawdę chce się pobiegać. Dolinki Krakowskie mają jedno i drugie. A kiedy jesienią na ich ścieżki wyrusza kilkuset biegaczy, a za bazę zawodów służy kultowa Brandysówka, wiadomo, że nie będzie to zwyczajny bieg. 24 października odbędzie się tutaj V edycja Smok Ultra Race – imprezy, która zamyka tegoroczny cykl Janosik Race Series
Tekst: Jerzy
Trudno wyobrazić sobie lepszą porę roku na spotkanie ze Smokiem. Dolinki Krakowskie jesienią mają w sobie coś z baśniowej krainy. Wapienne skały wyłaniają się spośród kolorowych drzew, ścieżki biegną raz dnem doliny, raz wspinają się na jej zbocza, a jesienne światło sprawia, że dobrze znane miejsca wyglądają zupełnie inaczej niż latem. Jest w tym wszystkim trochę magii, trochę tajemnicy i co dla biegacza najważniejsze, mnóstwo świetnego terenu do biegania.
Smok Ultra Race nie próbuje tej scenerii ujarzmić. Przeciwnie, korzysta z niej w pełni. To prawdziwy cross, a więc bieganie, w którym nogi i głowa przez cały czas muszą reagować na zmieniające się warunki. Nie ma tu długich, monotonnych odcinków, które pozwalają bezmyślnie przesuwać się do przodu. Są leśne ścieżki i dukty, kamienie, skały, wąwozy, podbiegi i zbiegi. Raz można puścić nogi, chwilę później trzeba skrócić krok i skupić się na tym, gdzie postawić stopę. Trasa nieustannie zmienia rytm.
I właśnie dlatego jej profile przypominają smocze zęby. Góra, dół, góra, dół, czasem niewielkie, czasem bardziej dotkliwe. Poszczególne podbiegi nie muszą być bardzo długie, żeby skutecznie przypomnieć zawodnikowi, że bieganie po Jurze różni się od biegania po płaskim. Tutaj nie wystarczy mocna łydka. Przydaje się również umiejętność zmiany tempa, technika, czujność i rozsądne gospodarowanie siłami. Możecie być pewni, że wasze mięśnie zapłoną czystym smoczym ogniem.
Od Smoczusia do Smoczyska
Organizatorzy przygotowali cztery dystanse, więc do smoczej krainy może wejść właściwie każdy. Najkrótszy Smoczuś to propozycja dla tych, którzy chcą spróbować szybkiego crossu, ale niekoniecznie mają ochotę spędzać na trasie kilku godzin. To około 12 kilometrów terenowej zabawy, która jak na smocze standardy przystało – wcale nie musi być łatwa. Nieco dłuższy Smoczek ma około 20 kilometrów i jest chyba najlepszym przykładem tego, czym w ogóle jest Smok Ultra Race: organizatorzy określają go jako trasę dla koneserów crossu i kwintesencję jurajskości. Trudno o trafniejsze określenie, bo na tym dystansie można poczuć właściwie wszystko, co najlepsze w Dolinkach Krakowskich.

Kto ma większy apetyt, może wybrać Smoka 30 km. To już solidna porcja jurajskiego biegania i prawdziwa smocza uczta. Trasa prowadzi między innymi przez Wąwóz Przecówki, okolice Doliny Szklarki, Smoczy Jar, Las Żarski, Dolinę Racławki i jej charakterystyczne skaliste zbocza, a po drodze pojawiają się kolejne miejsca, które sprawiają, że trudno myśleć o tym biegu wyłącznie w kategoriach sportowego wyniku. Jest w nim sporo odkrywania terenu.
Na tych, którzy chcą spotkania ze Smokiem w wersji naprawdę długiej, czeka Smoczysko – najdłuższy dystans, liczący około 47 kilometrów i blisko 2000 metrów podejść. I tutaj już nie ma co udawać: będzie bolało. Sama nazwa zobowiązuje. Co ciekawe, organizatorzy zwracają uwagę, że trasa może sprawiać wrażenie niepozornej podbiegi nie są przecież gigantyczne, a przewyższenie na papierze nie wygląda jak alpejska ekspedycja. Tyle że te wszystkie krótkie „zęby” potrafią się zsumować i pod koniec bardzo wyraźnie przypomnieć o sobie.

To zresztą jedna z największych zalet Smoka. Nie trzeba być ultrasem, żeby znaleźć tutaj coś dla siebie, ale nawet doświadczony ultras nie będzie się nudził. Można przyjechać po mocny trening, można potraktować zawody jako sprawdzian przed końcem sezonu, można walczyć o czas i miejsce, ale można też po prostu pobiec w jednym z najciekawszych terenów w okolicach Krakowa i cieszyć się tym, że pod stopami cały czas coś się dzieje. Oczywiście nie zabraknie również biegów i atrakcji dla najmłodszych smoczych pogromców. Biegi Cumelka potrafią rozgrzać do czerwoności skały monumentalnej Sokolicy, która góruje nad Doliną Będkowską.
Ostatnia jesienna przygoda
Jest jeszcze jeden powód, dla którego warto spojrzeć na Smok Ultra Race nieco inaczej. To finał Janosik Race Series. Po całym sezonie zmagań przychodzi moment, w którym zamiast kolejnego letniego startu dostajemy jesienną przygodę w Jurze. Trochę chłodniej, trochę bardziej kolorowo, trochę bardziej tajemniczo. I bardzo terenowo.
Bazą zawodów pozostaje Brandysówka, miejsce, które samo w sobie ma wyjątkowy klimat. Trudno wymyślić lepszy punkt startu i mety dla imprezy rozgrywanej w Dolinie Będkowskiej. Tutaj po biegu można już spokojnie zdjąć ubłocone buty, spojrzeć na tych, którzy jeszcze walczą na trasie, i poczuć tę szczególną atmosferę, która pojawia się zawsze wtedy, gdy grupa ludzi wraca z lasu z poczuciem, że naprawdę coś przeżyła.
Bo Smok Ultra Race nie jest biegiem, który daje się sprowadzić do tabelki: dystans, przewyższenie, czas, miejsce. Owszem, wszystkie te liczby są ważne. Ale po chwili i tak zaczynamy pamiętać coś innego: konkretny podbieg, skałę mijaną o poranku, ścieżkę wśród jesiennych drzew, szybki zbieg, moment, w którym nogi mówiły „dosyć” albo widok, który kazał na sekundę zwolnić.
24 października Smok po raz piąty wyjdzie ze swojej kryjówki. Jeżeli lubicie biegi, w których trasa ma charakter, teren potrafi zaskoczyć, a każdy kilometr wygląda trochę inaczej, Dolinki Krakowskie będą tego dnia miejscem, w którym warto się znaleźć. Wybierzcie dystans. Przyjedźcie do Brandysówki. Dajcie się wciągnąć (zapisy) w jesienną opowieść Jury.