W cieniu zawodników ultra zawsze jest ich support, a bez niego pokonanie takiego dystansu w takim czasie wydaje się niemal niemożliwe. Kinga Kwiatkowska, na co dzień partnerka Jarka, była też jego najbliższym wsparciem podczas TOR450. O kilka słów uzupełnienia do przygody widzianej oczami Jarka poprosiłem zatem również ją.
Z Kingą Kwiatkowską rozmawia Jan Nyka, zdjęcie główne, Pieninu Ultra-Trail, Karolina Krawczyk.
Jan Nyka: Kinga, pamiętasz ten pierwszy moment, kiedy zobaczyłaś go na pierwszym punkcie?
Kinga Kwiatkowska: Tak, bardzo dobrze. To było po mniej więcej jedenastu godzinach biegu. Mieliśmy wyliczone, o której się pojawi, a on przybiegł… półtorej godziny wcześniej. Wyszło tak, że wpadliśmy na punkt praktycznie razem z nim. Ucieszyłam się, że zdążyliśmy, ale też że widzę go spokojnego, konkretnego, „w grze”. Już wtedy był w pierwszej piątce. Za nim pojawiło się dwóch kolejnych zawodników, a on ‒ bez spiny, bez nerwów ‒ wiedział, co ma zjeść, co zabrać, czego potrzebuje. Dla mnie to był świetny prognostyk na resztę biegu.
Jak zmieniał się Jarek z punktu na punkt ‒ fizycznie i mentalnie?
Przez pierwsze dwa, trzy dni widziałam narastające zmęczenie, ale jednocześnie pełną gotowość: „chcę to zrobić, idę dalej”. Nie było w nim rezygnacji. Miał kryzysy, ale nie wysyłał sygnałów, że „to już koniec”. Spokój w jego oczach bardzo mnie uspokajał. Dopiero na ostatnim punkcie zobaczyłam Jarka naprawdę „na granicy”. Uciął sobie krótką drzemkę, wstał… i dosłownie słaniał się na nogach. Musiałam go podtrzymywać ‒ on sam nie czuł, że jest z nim aż tak źle. Z jednej strony wiedziałam, że ruszy dalej, z drugiej ‒ jako partnerka i pielęgniarka ‒ widziałam, jak bardzo jest wyczerpany i ile ryzyka jeszcze przed nim.
No właśnie, jesteś pielęgniarką. Czy miałaś momenty, w których medycznie zapaliła ci się czerwona lampka?
Dwa razy. Pierwszy, gdy zadzwonił i powiedział, że „zrobił sobie dziurę w kości piszczelowej”. Nie widząc rany, słysząc tylko taki komunikat, trochę się przeraziłam. Na szczęście na punkcie okazało się, że to do opatrzenia, ale nie dramat. Drugi raz ‒właśnie po ostatnim punkcie. Obserwowałam na trackerze, że nagle bardzo przyspiesza, buduje przewagę, a ja miałam przed oczami człowieka, który przed chwilą ledwo stał. Do tego zaczęły się telefony: że ktoś go goni, że ja podaję mu złe informacje, że miał udar, że chyba przerwali bieg. Trudno było mi to zweryfikować, bo nic z tego nie widziałam ‒ tylko słyszałam. Wiedziałam, że jest skrajnie zmęczony, odwodniony, że mózg pracuje w zupełnie innym trybie.
Zaraz po przybyciu do bazy Cogne pierwsza Live base 155 km i 11 tyś up. zdjęcie: Kinga Kwiatkowska
Jak Ty przeżywałaś tę ostatnią noc, kiedy wiedziałaś o jego halucynacjach i dezorientacji?
Starałam się mówić bardzo prosto i jasno, potwierdzać rzeczywistość: gdzie jest, ile ma do punktu, że bieg trwa, że nikt za nim nie jest wcale tak blisko, jak mu się wydaje. Dopiero z jego późniejszej relacji wiem, jak mało wtedy do niego docierało. On był już w innym świecie. Opowiadał, że „widzi” na przełęczach bliskie osoby, że czuje, jakby one chciały go zatrzymać i powiedzieć: „już nic nie musisz, możesz zejść z trasy, bieg i tak jest przerwany”. To były bardzo silne obrazy obronne. W pewnym momencie zadzwonił do Pabla ‒ nie do mnie, żeby mnie nie martwić ‒ tylko po to, żeby ktoś z zewnątrz potwierdził mu, że to wszystko dzieje się naprawdę.
Czy ten kilkudniowy ultramaraton emocji zmienił Twoje patrzenie na własne bieganie?
Upewnił mnie, że nie chcę brać udziału w tak długich zawodach jak Jarek. Biegi do 100–150 km w zupełności mi wystarczają. (śmiech) Patrząc na niego, widziałam, jak cienka jest granica pomiędzy skrajnym wysiłkiem a realnym zagrożeniem ‒ fizycznym i psychicznym. To jest balansowanie na skraju świadomości, w świecie, gdzie sen miesza się z jawą. Podziwiam ludzi, którzy to robią, ale sama wolę zatrzymać się wcześniej.
To była ciężka noc – śnieg, lód, wiatr, mocne podejście i ciężkie zejścia, które finalnie zwieńczył piękny wschód słońca. zdjęcie: Jarek Gonczarenko
Jaką jedną radę dałabyś osobom, które chcą wspierać bliskich w tak ekstremalnych zawodach?
Przede wszystkim trzeba naprawdę znać tę osobę i jednocześnie zachować spokój. Słuchać, ale filtrować to, co mówi ‒ bo w skrajnym zmęczeniu wszystko jest przerysowane. Nie panikować i nie rzucać od razu: „zejdź z trasy, to nie ma sensu”. Ja raczej mówiłam Jarkowi: „jeśli poczujesz, że to idzie w złą stronę, możesz w każdej chwili się wycofać i nic się nie stanie”. Druga rzecz: warto upewnić się, że zawody mają dobrą opiekę medyczną. Świadomość, że na punktach są ludzie, którzy w razie potrzeby zatrzymają zawodnika, bardzo pomaga ‒ i jemu, i nam, tym po drugiej stronie telefonu.