Rzecz o zawodów biegowych substytucji.

Jastrowie, 17.02.2021

Po sierpniowym Chudym Wawrzyńcu apetyty na ultra i góry urosły. Przerosły nasze ego, a w głowach zaczęły kiełkować plany na kolejne biegi. Pierwsza miała być Łemkowyna, tak żeby już w październiku mieć dwa starty (i mety) w limicie i spróbować dostać się na ZUK-a. Kiedy dzwoniłem do Agnieszki pod koniec lata znała tylko przybliżony termin uruchomienia zapisów, o dacie zawodów nawet nie wspominała. Jesień zrobiła, co zrobiła, nawet pisać się o tym nie chce. Z nadzieją patrzyliśmy na nowy rok i zaplanowane starty.

Chojnik/Rudawy wydawał się apetycznym kąskiem. Okolice Janowic poznaliśmy w maju, na obozie biegowym. Piękne skałki, w maju zielone, zimą miały pokazać swoje chłodne oblicze. No i istniał cień szansy na kwalifikacje na zimowe Karkonosze. Rudawy przełożono na marzec, a chwilę temu pojawił się wpis, że i Zimowy Ultramaraton Karkonoski nie odbędzie się w 2021roku. Wielka szkoda organizatorów, przeprowadzenie zawodów na wysokim poziomie to kilkumiesięczny wysiłek wielu osób, co gorsza wysiłek z niepewnym rezultatem.

Kiedy w kalendarzy poprzesuwanymi startami zapełniała się wiosna, postanowiliśmy że nie odpuszczamy a przygotowaną formę spożytkujemy jeszcze zimą. 13 lutego o 4.00 mieliśmy startować spod schroniska Szwajcarki. Teraz trzeba było znaleźć własną Szwajcarię i wytyczyć 60km trasę. Przygotowanie tracka i organizację biegu wziąłem na siebie. To mój teren, obiegany, choć na raty, znam też ludzi, którzy pomogą, wystawią szklankę ciepłego płynu na trasie.

TRASA

Zaczęło się od LUJ-a, (Leśny Ultra Jastrowski), kiedy po przebiegnięciu z Jastrowia pomiędzy naszyjnikiem jezior i dalej zalewu po obu stronach Gwdy, gpx-owy zapis wyrysował sprośny kształt. Nazwa sama się nasuwała, choć do dystansu ultra jeszcze brakowało. Blisko 20km odcinek aż się prosił o kontynuację i dalsze wybieganie. Warunki trasy dyktowała rzeka. Gwda oprócz swoich naturalnych fragmentów, w swoim biegu posiada szereg zapór i elektrowni wodnych, wybudowanych na początku XX wieku przez Niemców i działających do dziś. Same zapory jak i ciągnące się kilometrami rozlewiska: Zalew Grudniański, Jastrowski, czy Jezioro Ptuszowskie to hydrotechniczne cudeńka. Niemcy nie szczędzili pfenningów, rozwijali obszar, budując mosty, sieci kolejowe. W położonej nad rzeką fabryce tektury do dziś funkcjonują maszyny z lat 30-tych XX wieku. Zaraz za Gwdą swe zęby szczerzył Wał Pomorski, dla którego rzeka stanowiła swoisty pas przysłaniania i była świadkiem walk 45 roku, których ślady są wciąż widoczne.

Po minięciu Zalewu Jastrowskiego, pierwsza możliwość przekroczenia Gwdy jest w Grudnej, osadzie powstałej na zgliszczach przedwojennej wsi. Nie opuszczając lasu biegniemy dalej, na północ, by na około 18km odbić na wschód w kierunku naszej małej Szwajcarii. Szwajcarii Kiełpińskiej. Tu zaczną się pierwsze górki, Mała i Wielka Zamkowa na szczytach których, odkryto ślady po wczesnośredniowiecznych grodziskach. Dalej odcinkiem oznaczonym przez leśników jako „specjalny” kierujemy się w stronę Krzywej Wsi. Tam atrakcje są dwie: przepak - lotny punkt odżywczy w postaci peugeota Marcina vel Zwierzaka i najwyższa w północnej Wielkopolsce – Brzuchowa Góra, całe 208 m n.p.m.. Za Krzywą, z powrotem wracamy w las (w zasadzie będziemy tam ok. 80% trasy, asfaltu, o ile go zobaczymy pod śniegiem, jakieś 2km, reszta to gruntowe drogi polne). Do Kamienia i kolejnego punktu na 44km pozostało 10km. We wsi czekać ma pani sołtys, moja dawna znajoma, z czymś ciepłym co doda nam sił na ostatnią kwartę biegu. Awaryjnie jest jeszcze Adam i jego leśniczówka na 48 km. Awaryjnie bo to przecież już tak blisko. Za wysadzonym mostem (pamiątką z czasów  drugiej światowej) mają czekać ludzie z drużyny, pewnie tylko po to żeby pośmiać się z naszych żałosnych wyników i zszarganych wiatrem i mrozem facjat. Cóż tak motywuje jak rechot kolegów? Powrót do Jastrowia i koniec naszej anglosaskiej przygody z ponad 400 m wzniesień i tyleż samej ilości spadków.

DRUŻYNA

Chciałbym napisać że to wręcz Drużyna Pierścienia, mężni i dzielni wojowie, zaprawieni w walce, nie z pierwszej łapanki, ale do naszego opisu pasuje bardzie tytuł z Thorgala – Trzej starcy z kraju Aran.

Sławek biegł ze mną Chudego. Jest trenerem naszej grupy, prezesem klubu (łubudubu). Uparty i wytrwały, ale ostatnio nie miał czasu na dłuższe wybiegania zajęty pracą i remontem chałupy na totalnym odludziu. To leśnik, dawniej harcerz, na szczęście zima i śnieg mu nie straszne.

Andrzej biega jak może, a może najwięcej zimą, bo od wiosny do jesieni zasuwa w swoim, niemałym gospodarstwie. Żeby mu się nie nudziło między zbiorem a siewem postanowił robić biopaliwo ze słomy. Jak postanowił tak robi, to tego stopnia że mu maszyna połamała jeden palec dłoni na dwa tygodnie przed planowanym biegiem. „Nic to”- rzekł Andrzej, niechcący cytując swego imiennika Kmicica, gdy mu bok przypalili. „Obetnę a pobiegnę” zamykało temat.

No i ja. Niby do jesieni co niedziela dłuższy dystans. W tygodniu co się udało, siłownia, basen (zanim pozamykali), krótsze wybieganie ale pewności nie było i respekt przed trasą i naturą pozostawał. Zdrowy, motywujący. Liczyłem, że pamięć mięśniowa w noga została z letnich górskich zawodów.

Nie mogę zapomnieć o suportach: Teresie, Adamie i Marcinie. Marcin – lotnie, punkt, przepak, pomoc merytoryczna. Marcin jako jeden z pierwszych wybiegał małego LUJ-a, znał teren, wiedział gdzie nas szukać, miał świadomość że przyjdzie kryzys. Sam miał na koncie maraton za kołem podbiegunowym na Svalbardzie – norweskiej prowincji w Arktyce, chyba nawet z podium w swojej kategorii wiekowej. Kiedy rozmawialiśmy o bieganiu zimą, zawsze twierdził że „nie ważne jaki silnik, ważne żeby miał dobre chłodzenie”. Teresa stacjonarnie miała nas nakarmić i przekleństwem po śląsku wypędzić z chałupy w dalszą drogę. Adam, w starej leśniczówce, był punktem rezerwowym, bo jak wiadomo leśne licho nie śpi.

WALKA

Zaczęła się zanim jeszcze się zaczęła. Mieliśmy startować o czwartej rano, w sobotę. Termin dograny, punkty poustawiane. Cieszyła mnie myśl, że 2-3 godziny po starcie, kiedy wejdzie pierwsze zmęczenie, wzejdzie też słońce, doda nadziei i energii na dalsze 40 km. Pogrzeb w rodzinie poprzestawiał wszystko. Nie było opcji ze startem na drugi dzień (Walentynki) – ten termin odpadał u Sławka. Zdecydowaliśmy że lecimy w sobotę, najszybciej jak się uda. Przestawiłem przepak i punkty. Pożegnałem seniorkę-nieboszczkę Anielę, zrobiłem „przepak” rodziny do auta szwagra i pędem (jakieś 40km/h) po oblodzonej drodze, gnałem na linię startu, by wystartować około 13-tej, 13-tego.

Chłopaki już czekali, szybki banan (byłem bez konsolacji), plecak, strój i wylecieliśmy w pełne słońce i kopny śnieg. W głowach kołatała myśl że za 4-5 godzin nastanie mrok, dojdzie zmęczenie. Pewnie to pozwoliło nam urwać kilka minut i dobiec do Grudnej przed czasem. Łyk herbaty, jakiś żel i goniąc kulig polecieliśmy dalej. Popołudniowe słońce grzało nasze plecy, twarze zwrócone na północ owiewał mroźny wiatr. Gorzej zaczęło się ok. 16 kilometra. Kiedy rysowaliśmy traka z trasą, szukając kilometrów, droga wydawała nam się zacna, widoczna na satelitarnym zdjęciu, niczym chiński mur z kosmosu. I taka była, niestety od kilku tygodni odwiedzana wyłącznie przez zwierzynę, zasypana śniegiem do połowy łydki. Tempo siadło, kilka kilometrów walki, by znowu wejść na szlak ujeżdżony harvesterami.

Szwajcaria Kiełpińska. Minęliśmy górki zamkowe i polecieliśmy w stronę odcinka specjalnego. Drogowskaz w jedną stronę wskazywał – Trudna – 4km (nazwa miejscowości w gminie Lipka), w drugą jak sugerował Sławek, choć powinna być Łatwa – pojawił się napis Odcinek Specjalny 6km. Tu do sypkiego śniegu, doszły przewyższenia. Nie mogliśmy odpuścić, dzień się kończył, a czołówki zapakowaliśmy do przepaków. Przy zachodzącym słońcu wbiegliśmy do Krzywej Wsi. Ponieważ na Brzuchowej Górze spodziewaliśmy się maksimum zaśnieżenia, szybki łyk czegoś ciepłego, czołówka na głowę i zdobywamy wzniesienie. Posiłek i zmiana skarpet i butów na suche, zostawiliśmy sobie na chwilę po zejściu. Ciepły makaron zrobił robotę. Popity colą.  Następny postój  -  Kamień-  za jakieś 10 km.

Po drodze minął nas traktor. Jak się okazało jechał wyciągać zakopaną w śniegu osobówkę, co dobrze nie wróżyło. Wybiegliśmy z lasu. Polna droga, zawiana śniegiem do kolan, zredukowała prędkość do żenującej. We wsi dwa razy okrążyliśmy majdan zanim znaleźliśmy dom Teresy, sołtysowej. Zaskoczona, zapomniała że poprzekładałem termin biegu, w 2 minuty zorganizowała punkt odżywczy. Jeszcze nigdy na punkcie nie karmili mnie swojską kaszanką i pączkami (czwartek przed sobotą był tłusty). Co się okazało wizyta u Teresy była kluczowa. Mój telefon wysiadł od mrozu, sekundę po tym jak zadzwoniła do mnie żona i musiałem wyciągnąć go spod pachy i skarpetki i rozgrzać. Zegarek Sławka stracił energię. Andrzejowi coś strzeliło w plecach, myślał że już koniec i będzie dzwonił po transport. Dogrzał plecy, złamany palec, my elektronikę i wszystkie objawy ustąpiły. Do końca 15 km. To już na rzęsach damy radę. Po drodze odwiedziliśmy jeszcze Adama, starego znajomego z którym równo 11 lat wcześniej świętowałem urodziny mojej córki Heleny. Odradził drogę przez las, ruszyliśmy w stronę wiszącego mostu w okolicach Jastrowia. Ostatnie 5 km to już milczenie. Czy tak blisko mety może przyjść kryzys? Przemilczałem, żeby nie straszyć kompanów. Ostatnia pętla przy jeziorach, trasa którą znam na pamięć, nocą mogę tam biegać bez światła, wyliczyłem trasę żeby dopiąć 60km ale nie przesadzić za dużo. Wreszcie meta, gleba, dom i ciepła fasolka. Dochodziła 23-cia.

Tak zakończyła się nasza zawodów biegowych substytucja.

Tekst: Piotr Kozłowski, zdjęcia Martyna Dymek i uczestnicy biegu.

Kingrunnera tworzą biegacze. Dodaj swój artykuł.

pozostałe artykuły