Pierwsza pomoc podczas biegania po górach

Góry, 08.01.2021

Jak się za to zabrać, kiedy ktoś jest w potrzebie?

Tekst o ratownictwie górskim zamówili nasi prenumeratorzy, którzy na zamkniętej grupie Kingrunner ULTRA Team w odpowiedzi na pytanie, o czym chcieliby poczytać w kolejnych wydaniach, sami zaproponowali ten temat. Zastanawialiśmy się dość długo jak go ugryźć, by był on pewnego rodzaju wyciągiem soku z żuka – dotyczącego bezpieczeństwa biegaczy w górach.

Tekst: Marcin Kowalczyk, zdjęcie główne: Jacek Deneka / Ultralovers

Tym bardziej teraz, kiedy na dworze zimniej, ścieżki zaczynają być oblodzone, generalnie warunki trudniejsze. Wiemy też dobrze, że natura człowieka jest jaka jest i prewencja, na którą powinniśmy kłaść nacisk, często jest przez nas bagatelizowana, bo przecież komu jak komu, ale nam się nic złego nie przytrafi.

I wtedy odezwał się do nas z podobnym pomysłem jeden z naszych czytelników  Marcin Kowalczyk. Marcin jest cichym bohaterem ostatniej edycji Zamieci, gdzie wraz dwójką przypadkowych biegaczy skutecznie udzielili pomocy innemu uczestnikowi biegu. Ten przykład jest najlepszym dowodem na to, że warto być przygotowanym na takie sytuacje. Również na treningach ta świadomość, wiedza i odpowiednie minimalne wyposażenie może uratować życie Twoje lub innego biegacza.

Szczyrk, 25 stycznia 2020, godziny poranne. Jest mroźno, wschodzi słońce. Grupa biegaczy rozgrzewa się na starcie Zawieruchy. Kilka komunikatów organizatora, sprawdzenie wyposażenia obowiązkowego, start! Lecimy. 

Biegam amatorsko, ale tego dnia postanowiłem, że zacznę mocniej, bo start był z samego rana, temperatura poniżej zera i trzeba było się jakoś rozgrzać. Pierwsze kilometry to podbieg uliczkami Szczyrku. Przez 3–4 km na dłuższych prostych wciąż widziałem czołówkę biegu, co mnie totalnie zdziwiło jako amatora biegania po górach. „Ale co tam”, pomyślałem, „aura sprzyjająca, świeży śnieg, umiarkowany mróz i świeci słońce. Mam nowy sprawdzony sprzęt i czuję, że jest dobry dzień, więc zamierzam to wykorzystać!” W lesie po kilkuset metrach wzniesienia zrobiło się ciepło i biegliśmy w słońcu. Kolejne sześć–siedem kilometrów to wąska leśna ścieżka i stawka zawodnicy się rozciągnęła. Trasa była też dość szybka, co motywowało do dynamicznego biegu. Warunki idealne, byłem przekonany, że to dobry dzień.

Moje bardzo optymistyczne, wręcz bojowe nastawianie zostało jednak całkowicie zmrożone na 8. kilometrze, kiedy leśna ścieżka przeszła w szerszą drogę. Pamiętam, że w jednej chwili z myśli „jest fajnie, lecimy” musiałem nagle przejść na tryb „niech mnie ktoś uszczypnie, to się nie dzieje naprawdę”. Kilka mocnych wdechów zajęło mi przyjęcie faktu, że to, co widzę, to nie są omamy. W osłupieniu przez kilka sekund przyglądałem się, jak ktoś z biegu reanimuje człowieka. Wiedziałem, że akcja musi trwać już chwilę, bo osoba reanimowana jest przykryta folią NRC, a resuscytacja najwyraźniej trwa, a nie się rozwija. Kolejne myśli, jakie przychodziły mi do głowy, to to, że biegacz, który reanimuje, wie co robi. Pomyślałem też, że choć nigdy nie byłem w takiej sytuacji, to mam przygotowanie i powinienem pomóc. Przypomniało mi się ze szkoleń z pierwszej pomocy, że zawsze należy się zatrzymać i zapytać, czy potrzebna jest dodatkowa pomoc, czy zawiadomiono służby ratunkowe, czy wiemy, gdzie jesteśmy i czy dobrze wskazano naszą lokalizację. Oraz ocenić, czy będę pomagał, czy przeszkadzał. Szybko to ustaliliśmy, ale przez myśl przeszło mi jeszcze, że może lepiej będzie pobiec dalej. Nie patrzeć na to, co się dzieje, bo widok osoby bez oznak życia od kilku minut w warunkach zimowych jest przerażający. Ale przecież na szkoleniu mówili też, że w takich okolicznościach nie wiesz, czy za chwilę ty nie będziesz potrzebny. Szybka decyzja, zostaję – może trzeba będzie się zmienić, może przyda się moja kurtka albo cokolwiek, nawet jakiś mały gest, który chociażby zagrzeje do walki kolegę, który był pierwszy na miejscu zdarzenia. Lecimy… Tym razem z resuscytacją krążeniowo-oddechową. 

Pierwsza pomoc nigdy nie była mi obojętna. Zawsze chciałem wiedzieć, jak należy się zachować w razie wypadku, a zrodziło mi się to chyba podczas rozmów z bieszczadzkimi goprowcami oraz dzięki kumplowi, który na co dzień jest ratownikiem medycznym. Pierwsze zetknięcie z tym tematem miałem lata temu na szkoleniu z pierwszej pomocy w górach w warunkach zimowych, na które trafiłem jako laureat konkursu fotograficznego o tematyce górskiej. Przez kilka dni szkolenia bardzo dużo się nauczyłem. Jak znalazł w tej sytuacji. Byłem też na bezpłatnym szkoleniu organizowanym przez straż pożarną we Wrocławiu. Wystarczyło się zapisać – do wyboru było kilka terminów. Dużo też dał mi kurs lawinowy w Tatrach oraz program pierwszej pomocy organizowany przez pracodawcę, gdzie ćwiczyliśmy na fantomach. Każda okazja do ćwiczeń jest dobra, bo nabyte umiejętności z pierwszej pomocy warto co jakiś czas przećwiczyć. Ale wszystko to była tylko teoria, bo na szkoleniach nigdy nie miałem takiego tętna i adrenaliny jak w tamtym momencie, mimo że od dłuższej chwili stałem w miejscu i na pewno nie była to już euforia spowodowana zawodami.


Adam nie wykazywał oznak życia. Nie miał wyczuwalnego tętna i nie oddychał  sprawdzaliśmy to wiele razy. Ciało miał dokładnie takie, jak opisywano na szkoleniach, czyli totalnie wiotkie. Na zmianę reanimowaliśmy go we trzech, bo niedługo po mnie dobiegł kolejny biegacz, który także postanowił pomóc. Było czuć, że pracujemy jak maszyna. Głośne liczenie ucisków, pytania czy potrzebna zmiana, ktoś podrzucił dodatkową folię NRC, bo pierwsza się porwała. Kiedy byłem w trakcie „przerwy”, zauważyłem, że mija nas tłum biegaczy, który biegł za nami. Mimika twarzy osób przechodzących obok na widok tego, co się dzieje, mówiła sama za siebie. Ktoś podszedł i zapytał, czy potrzebna jest dodatkowa pomoc. Na zmianie próbowałem dbać o to, by ciało Adama okryte było folią NRC. Pamiętam moment, jak spod folii wystają mu tylko buty, a kolega uciska klatkę piersiową. Mocny widok i ta myśl, że to mógł być każdy z nas.  
 
Kiedy w końcu pojawił się GOPR, ulżyło mi. Wiedziałem, że przyłączą się osoby wyszkolone, że będzie bardzo potrzebny defibrylator, bo serce nie pracuje. I że będziemy mogli oddać Adama w dobre ręce. Chwile trwało podłączenie AED, intubacja, ale na szczęście zajmował się tym już GOPR. Kilka minut jeszcze byliśmy na miejscu, wciąż pomagając, ale kiedy pojawiły się komunikaty AED „wyczuwalna akcja serca” i gdy zauważyłem, że klatka piersiowa Adama zaczyna sama się unosić, stwierdziłem, że chyba czas na nas. Przemarznięty byłem okropnie, a kolana bolały mnie od mocnych ucisków klatki piersiowej. Potwierdziliśmy z GOPR, że jest OK, że helikopter jest w drodze i możemy kontynuować bieg. Szliśmy przez chwilę w grupce, ktoś powiedział: „Biegnijmy razem, już bez wyników. Po prostu trzymajmy się razem”. Sam nie wiedziałem, co powinienem zrobić. Wiedziałem natomiast, że jak za chwilę nie pobiegnę, to sam zamarznę na kość. Na miejscu zdarzenia byliśmy ok. 20 min, zdążyliśmy się nieźle wychłodzić. Do najbliższego punktu pomiarowego na Salmopolu było jeszcze 7 km. Biegliśmy powoli i rozmawialiśmy, a w oddali słyszałem odgłosy przelatującego helikoptera LPR. „Dobra robota”, ktoś powiedział, „zrobiliśmy, co do nas należało”. Lecimy dalej, trzeba się rozgrzać. Na 10. lub 11. kilometrze fotograf organizatora. Po biegu na zdjęciach widziałem przykuty do ziemi wzrok każdego z nas. To było poruszające. Zastanawiałem się wtedy co dalej z chłopakiem, którego reanimowaliśmy.

Później się rozminęliśmy, każdy miał inne tempo. Próbowałem wrócić myślami do pozytywnej euforii sprzed zdarzenia. Pogoda była świetna. Na Skrzycznem skrzypiący śnieg, mocne słońce, brak wiatru, a w oddali góry z mgłą w dolinach. Jednak mimo sprzyjającej aury do końca biegu myślałem głównie o jednym. Na przełęczy Salmopol ktoś z teamu organizatora powiedział, że Adam w helikopterze odzyskał przytomność. To było budujące. Na mecie spotkałem ekipę od reanimacji, przybiliśmy piątkę i chwilę rozmawialiśmy, po czym wspólne zdjęcie i do domu. To było mocne wydarzenie, ale – co najważniejsze  wiedzieliśmy, że zrobiliśmy to, co do nas należało. Pozostało już tylko trzymać kciuki. 

Przez dwa kolejne tygodnie często myślałem o tym, co się stało. Wiedziałem, że Adama wprowadzono w śpiączkę farmakologiczną, że jest w ciężkim stanie. Ale po kilku dniach spływały już tylko dobre informacje. Wiedziałem, że go wybudzono ze śpiączki, że sam oddycha, że wraca kontakt i że jest świadomy. Kolana bolały mnie jeszcze przez długi czas, ale kiedy moje fizyczne symptomy „przygody” z Zawieruchy zniknęły, Adam wracał do zdrowia. Wiem, że dziś jest na dobrej drodze. Biega pod okiem lekarzy, ma dobre wyniki. Może na Zamieci znów przybijemy piątkę na mecie, tym razem w pełnym składzie bez helikopterów i przerwy w biegu na 8 km. Sytuacja napędziła wszystkim sporo strachu, wiem też, że Adam miał dużo szczęścia. Chociażby to, że wypadek zdarzył się dokładnie w miejscu wyjścia wąskiej leśnej ścieżki na drogę dojazdową pobliskiego przekaźnika i GOPR miał ułatwiony dojazd. Trafiło też na świadków przeszkolonych z pierwszej pomocy oraz posiadających przy sobie wyposażenie obowiązkowe, co było istotne. Wiem też, że nie zawsze tak musi być, dlatego warto mieć umiejętności niesienia pierwszej pomocy, bo tego typu zdarzenia mogą przytrafić się w każdym momencie  niekoniecznie podczas biegu. Często szkolenia są bezpłatne, trzeba tylko poszukać, zapisać się i poświęcić kilka godzin.

 

Moje przygotowanie teoretyczne do udzielania pierwszej pomocy poszerzyło się o doświadczenie praktyczne z dobrym zakończeniem. Ale czy tak by było, gdybyśmy nie mieli pojęcia o ratowaniu? Zostałbym przy zdarzeniu czy pobiegł dalej? Mam dodatkowe przemyślenia na temat tego, co warto mieć przy sobie, co wiedzieć i co sprawdzić przed biegiem, żeby w razie czego wiedzieć jak pomóc. Uważam, że każdy powinien zadbać o bezpieczeństwo osób dookoła, bo być może kiedyś przytrafi się sytuacja, kiedy ktoś inny będzie wiedział, jak się zachować, kiedy nam coś się stanie. Albo że będziemy umieli pomóc samemu sobie, będąc niekoniecznie na zawodach. Na biegu zorganizowanym zawsze ktoś się pojawi prędzej czy później, ale np. na samotnym treningu gdzieś daleko tak się nie stanie. Często trenuję sam na odległych górskich szlakach i wiem, że np. zimą kiedy z jakiegoś powodu zostanę unieruchomiony, minie dużo czasu, zanim ktoś do mnie dotrze. Czy wystarczy wtedy folia NRC i czy na pewno mam ją ze sobą? Czy będąc w lesie po zmierzchu, będę potrafił dokładnie wskazać, gdzie się aktualnie się znajduję? 

Pierwsza pomoc może się przydać w każdym momencie w przestrzeni publicznej. Dodatkowo zajmujemy się sportem, w który jest wpisane ryzyko kontuzji lub nawet coś poważniejszego, co pokazuje przykład z ostatniej edycji Zawieruchy. Warto wykonywać chociażby rutynowe badania oraz mieć świadomość, jak się zachować w razie wypadku. 

Powyższe rady dotyczą głównie zorganizowanych biegów górskich. Pomyśl zatem, że na treningach jesteś pozostawiony często sam sobie. Udzielenie ci jakiejkolwiek pomocy będzie dużo trudniejsze. Bądź odpowiedzialny i ciesz się bieganiem. A ten tekst – mamy nadzieję – przypomni ci, że warto myśleć o prewencji i wyrobić sobie pewne nawyki. One mogą uratować życie i zdrowie tobie lub komuś innemu.  

IWONA GÓROWSKA – biegaczka i ratownik Bieszczadzkiej Grupy GOPR

Chyba najważniejsze jest to, aby pamiętać, że góry są nieprzewidywalne, a my jesteśmy tam tylko gośćmi. Folia NRC, bandaż, czołówka, telefon, coś do jedzenia, picia to rzeczy, o których raczej już nie trzeba przypominać. Wiadomo, wypadki chodzą po ludziach, pogoda zaskakuje. Ale na wiele sytuacji mamy wpływ. Bieganie zimą w górach jest inne niż latem, bardziej wymagające i dla rozważnych. Do plecaka należy wrzucić więcej rzeczy, spodnie przeciwwiatrowe, kurtkę, dodatkową bluzkę, rękawiczki (nawet dwie pary), czapkę. Warto dorzucić małe ogrzewacze chemiczne, które w sytuacjach awaryjnych naprawdę potrafią pomóc. Jedzenie i picie. Jak jest zimno, wydaje nam się, że tego nie potrzebujemy. Potrzebujemy. Nasz organizm zużywa energię, by nas ogrzać, a my musimy mu jej dostarczać w pożywieniu. Wypadków zimą w górach jest mniej niż latem, ale jak już są, to często z poważniejszymi konsekwencjami. Akcje ratunkowe są cięższe i dłuższe, a zwykłe skręcenie kostki może przerodzić się w zagrażającą życiu hipotermię. Dlatego tak ważny jest odpowiedni ubiór, czasem aż nadto rzeczy w plecaku, sprawdzenie aktualnych warunków pogodowych, informacji o zamkniętych szlakach, zagrożeniu lawinowym, zostawienie komuś informacji o tym, gdzie się wybieramy. Obowiązkowo zainstaluj w telefonie aplikację RATUNEK, która jeśli tylko ma odrobinę zasięgu, w razie wypadku czy zabłądzenia może wysłać ratownikom dane odnośnie do m.in. naszej dokładnej lokalizacji. No i trzeba jeszcze mieć szacunek zarówno do gór, jak i własnego zdrowia. Czasem warto się wycofać.

Agnieszka Korpal  biegaczka, uczestniczka rajdów przygodowych  jedna z organizatorek Zimowego Ultramaratonu Karkonoskiego

Sprzęt obowiązkowy na biegach zimowych to bardzo przemyślany zestaw. Pamiętajmy, że organizator nie robi biegaczom pod górkę, a jedynie wyprzedza fakty i wymienia sprzęt, który w każdym momencie może się przydać. Lista jest przygotowana tak, aby każdy z was czuł się bezpiecznie z tym, co mprzy sobie. Zimą w górach warunki pogodowe mogą się bardzo szybko zmienić, trzeba być na to przygotowanym. Poza tym wystarczy jakiś kryzys na trasie, słabsze tempo, skręcenie kostki i o skrajne wychłodzenie nietrudno. Latem taka sytuacja to pikuś, zimą to już nie przelewki. Są osoby, które rzadko biegają w górach zimą i nie znają dobrze działania swojego organizmu w takich temperaturach. Nie lekceważmy tego. Kilka ZUK-owych edycji pokazało, jak bardzo cały ten sprzęt się przydaje. Pamiętam wiele sytuacji z biegu, kiedy ktoś na mecie dziękował za ogrzewacze chemiczne, które miał w plecaku, albo kurtkę z kapturem, w której normalnie nie biega, a teraz nie wyobrażał sobie jej nie mieć. Jeden z biegaczy pożyczał rękawiczki od sędziów na Śnieżnych Kotłach, już po 10 km nie miał czucia w dłoniach. Na ZUK-u podchodzimy do tego bardzo poważnie, sprzęt sprawdzamy nawet nie w biurze zawodów, lecz przed samym wejściem do autobusów, by mieć pewność, że nikt niczego nie zapomniał. 

Kingrunnera tworzą biegacze. Dodaj swój artykuł.

pozostałe artykuły