Od Zjednoczonych Stanów Marzeń do Zjednoczonych Emiratów Arabskich, czyli kąśliwie z Marcinem Kęsym.

Poznań, 17.09.2018

Marcin Kęsy. Jeden z najlepszych przykładów na to, że miłość do biegania można odkryć nieco później niż inni, co nie oznacza bycia przegranym na starcie. Współkoordynator projektu PRO366 i autor bloga marcinkesy.pl. Już w styczniu stanie w szranki z najlepszymi w stolicy Zjednoczonych Emiratów Arabskich podczas maratonu w Dubaju, który jednocześnie będzie finałem jego autorskiego projektu KENZI. Jego wyniki w ostanich latach dają wiele do myślenia: Neapol Półmaraton  - 1:12:20, drugie miejsce w Wings for Life Poznań 2016 (61 km), 3. miejsce w Półmaratonie Karkonoskim, czy dwukrotnie osiągnięcie tego samego czasu podczas maratonu w Poznaniu (2015) i w Warszawie (2016) tj. 02:28:36. Jak każdy sportowiec chciałby więcej czasu poświęcać na treningi, co niekoniecznie idzie w parze z życiem zawodowym. A czasem wystarczy tylko spotkać odpowiednich ludzi w odpowiednim momencie, aby przyspieszyć spełnianienie swoich marzeń.

Szczerze o  marzeniach, dobrych ludziach i walce z samym sobą.

Rozmawiał: Paweł Kotecki

Zdjęcia: Archiwum Marcina Kęsego

 

Paweł: To będzie mój pierwszy wywiad dla Kingrunner Ultra, więc mam nadzieję, że mamy podobny poziom stresu, ale obiecuję – tanio skóry nie sprzedam.

Marcin: Zobaczymy. (śmiech)

Jak to możliwe, że pewnego dnia z osoby, która zarabia na życie będąc kelnerem, postanawiasz obrócić swój świat do góry nogami i zaczynasz startować z najlepszymi, walcząc o medale, wysokie miejsca na podium , a nawet starasz się bić pewne rekordy.

To nie była aż tak nagła decyzja. Od pewnego momentu dopiero zaczęła we mnie kiełkować, choć na początku nie wiązałem z bieganiem większej przyszłości. Miała to być jednorazowa przygoda z maratonem. Jeżeli pokonujesz  maraton w 4 godziny i 8 minut, to z jednej strony czujesz emocje, jakbyś zdobył mistrzostwo świata, a z drugiej – porównując  tabele  wyników – widzisz  swoje miejsce  w biegowym świecie. Byłem wtedy szarakiem i na samym początku tej biegowej drogi nie myślałem  o tym, aby startować z najlepszymi. To się gdzieś dopiero rodziło, wyniki poprawiały się z każdym startem i wzmacniała się we mnie wiara, że będę mógł dać sobie radę z tymi naprawdę mocnymi zawodnikami.

W 2010 roku podczas Poznań Maraton miałem w maratońskim debiucie wynik o prawie godzinę gorszy od Twojego, od półmetka to było dla mnie gehenna ,a jak to wyglądało u Ciebie?

Po debiucie nie miałem zaraz za metą tej świadomości, że coś boli, bo była euforia i zadowolenie. Dopiero po kilkudziesięciu minutach wróciłem do rzeczywistości i przyszła ta druga ściana.

A jak Twoja rodzina zareagowała na pierwszy maraton, a potem na decyzję, że będziesz podporządkowywał życie zawodowemu bieganiu?

Marcin : Ich pierwszą reakcją było: „Ok, przebiegłeś maraton i co dalej?”. Stwierdziłem, że przejdę na krótsze dystanse. Rodzina patrzyła na mnie jak na niezłego świra, gdyż na początku, jeszcze przed pierwszym maratonem, nie byłem takim entuzjastą biegania po mieście . Tak, przyznaję się bez bicia – byłem hejterem!

Hejterem?! Czy to oznacza, że pisałeś na portalach internetowych : „Do Lasu ! Wynocha z dróg, bo na zakupy nie mogę dojechać !”?

No aż tak to nie, lecz wśród znajomych zawsze zwracałem uwagę, że przy każdym biegu znowu jest zablokowane całe miasto. W związku z tym, że wcześniej to wszystko krytykowałem, do mojego startu przygotowywałem się po kryjomu. (śmiech) Aby nie wyjść na totalnego hipokrytę, wystartowałem nie mówiąc o tym nikomu. Zmieniłem zdanie. W Poznaniu jednak nie mamy aż tak zablokowanego miasta. Są trzy większe imprezy (przyp. red. Poznań Maraton, Półmaraton oraz Wings for Life) oraz kilka mniejszych. To jest super okazja dla sponsorów oraz dla kibiców, aby poznać bieganie, by zobaczyć z bliska, na żywo, jak wygląda rywalizacja zawodowców i amatorów. Łatwiej oczywiście trafić na stadion piłkarski , lecz warto też obejrzeć w akcji biegaczy. Są również biegowe opcje poza miastem, np. cykl City Trail, czyli leśne 5 km dla każdego.

Twoja historia przypomina mi w nieco historię Eddiego Edwardsa, brytyjskiego skoczka narciarskiego, który ze zwykłego szaraczka stanął do rywalizacji z najlepszymi na Igrzyskach Olimpijskich. Podobnie jak u niego, rodzina i przyjaciele, byli świadkami wielkiej przemiany. Ważyłeś przecież aż 103 kg! Czy bieganie było związane z brakiem akceptacji swojego ciała?

Jestem rocznikiem, który spędzał sporo czasu z kolegami na dworze, a nie przed komputerem. Byłem tak zwanym „szczuplakiem”, biegałem za piłką i pamiętam nawet takie sytuacje, że rodzice byli czasami wzywani do szkoły z powodu podejrzeń u mnie niedoboru masy ciała…

Oho! Znam ten ból! (śmiech)

Jestem z małej miejscowości, więc po szkole wyjechałem za pracą i zaczęło się dorosłe życie. A wraz z nim prowadzenie niezbyt higienicznego trybu życia. Klasyka.

Z tego co doczytałem w czeluściach sieci internetowej to miałeś być piłkarzem? Czemu więc bieganie bez piłki? Co nie wypaliło?

Miałem takie zakusy, aby grać. Kopałem w GKS Bełchatów, lecz tak byłem zafascynowany futbolem, że nauka poszła na drugi plan. Do akcji wkroczyli rodzice i powiedzieli, że dopóki nie wyjdę na prostą z nauką, mam szlaban na piłkę! Wyprostowałem sprawy w szkole, zaliczałem spore skoki wzrostu,  zacząłem więc grać w siatkówkę. Po trzech latach gry w Skrze Bełchatów, wróciłem do Poznania i rozpocząłem pracę w gastronomii. I zaczęło się wtedy tycie. Pracowałem do późnych godzin nocnych,  przestałem o siebie dbać. Gdy przyjeżdżałem do rodzinnego domu, rodzice widzieli, że zacząłem przybierać na masie. Mama była przeszczęśliwa, bo wreszcie był ze mnie taki pulchny pucuś. (śmiech)

Też pracowałem jako kelner i barista, wiem jak jest. Pomimo treningów widziałem przed lustrem spore zmiany na plus. (śmiech) A poza tym ciężko było łączyć tę robotę z treningami. I ten stan, gdy dobiegasz na metę maratonu, a w głowie masz zakodowany grafik, że za 3 godziny zaczynasz ośmiogodzinną zmianę w kawiarni.

(śmiech) Ja miałem takie przeboje, że potrafiłem wrócić do domu o szóstej, zrobić  30-stkę w maratońskich przygotowaniach i gnać zaraz potem do pracy. Takie były realia. Przestałem siebie lubić, lecz paradoksalnie ludzie mnie lubili, wyglądałem bardziej męsko, było mnie po prostu więcej. Jednak nie podobałem się sobie. Stwierdziłem, że czas na zmianę. Wiadomo, bieganie było najprostszą aktywnością, zawsze pod ręką, lecz nie wiązałem z tym żadnej przyszłości i nie planowałem wtedy zmiany całego życia. Czasem grałem też w tenisa. Wsiąkłem w bieganie, gdy przygotowywałem się do pierwszego maratonu. Pamiętam do dzisiaj, że na starcie spotkałem  starszego pana, który zapytał, czy to jest mój pierwszy start. Było to pewnie po mnie widać gołym okiem, bo nie byłem perfekcyjnie przygotowany. Źle ubrany, miałem nieodpowiednie obuwie i na kilometr było czuć, że jestem nowicjuszem. Przemiły pan poklepał mnie po ramieniu i powiedział, że jeżeli przebiegnę ten maraton, to mi się życie zmieni. I faktycznie tak było. Gdy ukończyłem ten bieg, to zaraz za metą przypomniały mi się jego słowa. Pomyślałem, że może zacznę to robić regularnie, bo to była naprawdę przyjemna sprawa. O wynikach nie było mowy, bo nie miałem pojęcia, jak je kręcić.

W jednym z wywiadów, były dyrektor Polskiego Radia – Kamil Dąbrowa, powiedział kiedyś, że udział w imprezach masowych takich jak bieganie, kolarstwo czy narciarstwo – zmienia polskie społeczeństwo. Czy ty też to zauważasz?

Świadomość w prowadzeniu aktywnego życia jest większa u osób z mojego pokolenia i młodszych, niż wśród równolatków moich rodziców. To rodzice angażowali się w utrzymanie domu oraz w pracę. Cieszę się, że ludzie z różnych pokoleń zaczęli się ruszać. Biegi, rowery, baseny, narty, kijki. Jest na to moda i to jest bezcenne. Sport stał się ogólnodostępny.  Przyjemne jest też w bieganiu przenikanie się dwóch światów – zawodowców i amatorów, że mogłem na przykład stanąć na linii startu z samym Mo Farahem.  Teraz sam jestem rodzicem i mam nadzieję, że moja postawa będzie małym ziarenkiem, by mój syn uprawiał jakąś dyscyplinę sportu.

Chciałbyś, żeby też biegał jak tata?

Pewnie, że bym chciał, ale nie mam chorej ambicji, żeby musiał za wszelką cenę robić to samo co ja. Niech sam wybiera, ja daję przykład.

Geny na starcie ma już bardzo dobre!

To się okaże. (śmiech) Mój tata był piłkarzem, ale nie wywierał na mnie presji, żebym ja też nim został. Poszedłem w jego ślady, ale ostatecznie wybrałem inną drogę. Zobaczymy jak będzie z moim synem, a jego wnuczkiem.

Co sądzisz w dobie mediów społecznościowych, gdzie Instagram czy Facebook zalewane są przez posty i profile osób, które doradzają jak biegać i trenować, a pod swoimi postami zbierają wielkie rzesze wyznawców i fanów? Widzisz w tym czystą radość, że ktoś chce zarazić innych swoją pasją, czy formę zagrożenia, że bez rzetelnej wiedzy lub doświadczenia sportowego może wyrządzić komuś tym krzywdę, na przykład poprzez źle dobrany plan treningowy ?

Wszystko trzeba skutecznie selekcjonować. Zależy jakie to doradztwo ma wymiar. Pewnie często ktoś kto ma doświadczenie, bo biega 10 lat i uważa, że ma wiedzę na temat biegania. Kiedy sam zaczynałem przygodę z bieganiem, to nie było tylu książek i trenerów personalnych. Wychodziłem w poniedziałek na trening i biegałem trochę szybciej. We wtorek ruszałem ponownie lub nie – jeżeli mi się nie chciało. Miałem małą wiedzę treningową, słuchałem za to swojego ciała. I gdy się buntowało, to zostawałem w domu. Teraz bywa inaczej, mniej słuchamy siebie, więcej mediów społecznościowych.

A czy Marcin Kęsy smuci się, gdy nie odpali GPS-a w zegarku lub nie włączy Endomondo? Trening niezapisany jest nieważny, jakby go w ogóle nie było? (śmiech)

Nie mam żadnej apki, prowadzę swój dzienniczek treningowy  w surowej excelowskiej wersji. Używam zegarka z GPS-em, lecz tego nie rejestruję, nie jestem jego niewolnikiem. Używając Instagrama czy Facebooka nie piszę o tym, na jakich prędkościach biegam, bo myślę, że to nikomu nic nie da. Może ktoś będzie chciał kopiować moje plany treningowe i co wtedy? To moje obciążenia, dobrane do mojego poziomu, wagi, możliwości, celu. Sam mogę zrzynać treningi od Henryka Szosta, lecz wiem, że takich wyników jak on, nigdy nie będę miał. To autodestrukcja. Trzeba robić swoje.

Współtworzysz drużynę biegową Pro366, jaką pełnisz w niej rolę?

Wychodzę z takiego założenia, że gdy ktoś pomagał tobie, a ja otrzymałem bardzo dużo wsparcia i wiedzy od swojego trenera, warto się nią podzielić. Na zajęciach z PRO366 nie opowiadam o ścisłej metodyce treningowej, bardziej skupiam się na tym, o jakie elementy uzupełnić trening, że trening może być przyjemny i zarazem efektywny, Oczywiście przychodzą do nas zawodnicy, którzy mają ochotę, by osiągać lepsze czasy, więc pozwalamy im rozwinąć skrzydła. Sam nie jestem wykwalifikowanym trenerem, więc wspieram się wiedzą swojego trenera „z papierami”.

Znam Waszą grupę z mediów społecznościowych, mam w niej prywatnie przez kilku znajomych, więc sporo wiem. (śmiech) Dla wielu członków pokonanie półmaratonu w 1:50 wywołuje euforię i spełnienie. Tworzycie grupę, która nastawia się na zabawę poprzez bieganie, czy staracie się przeciągać na siłę granice swojej wytrzymałości?

Członkowie naszej ekipy to ludzie w różnym wieku i z różnych grup społecznych. Pracują w różnych zawodach, na różnych stanowiskach, lecz na treningach wszyscy jesteśmy równi. Nie ma podziałów, to główna zasada. Także dzięki temu jest dobra atmosfera. Zawodnicy nawiązują nowe znajomości, spędzają czas prywatnie, nie tylko na ćwiczeniach, także na koncertach czy wspólnie świętując swoje urodziny. Czerpią z tego wszystkiego frajdę. Ich rekordy świata stają się moimi rekordami.

 

I właśnie z tej współpracy i satysfakcji powstał ten spontaniczny pomysł, aby pomóc Tobie przez akcję #Kenzi #RoadToDubai, w wystartowaniu w maratonie w Dubaju ? Z wykształcenia jestem meteoklimatologiem i uważam, że to dość odważna decyzja, choć wiem też, tak na pocieszenie, że w styczniu nie jest aż tak dramatycznie, jeżeli chodzi o upały. (śmiech)

(śmiech) Nie spodziewałem się  takiej reakcji i pomocy. Nie chcę tym startem nic nikomu udowadniać, tak jak nie zamierzałem nikogo w to angażować. Wszystko wyszło bardzo naturalnie, gdyż sami zawodnicy poczuli chęć wsparcia. Projekt jest mocno absorbujący, ale mam managera projektu, którym jest nasza „klubowiczka”. Dzięki temu mogę zająć się treningami i nie muszę ciągle myśleć o przygotowaniach do wyjazdu. Moim zadaniem jest teraz jak najlepsze przygotowanie do startu. A dlaczego Dubaj? Dubaj jest kojarzony z  elitarnym biegiem po bardzo dobrej, długiej, płaskiej  trasie, więc dla wielu – nudnej. Poziom jest bardzo wysoki i jest tam z kim się ścigać. Potrzebuję mocnej grupy, z którą mogę się rozpędzić, ponadto na dobrej na trasie, gdzie nie będzie wymówek, że był jakiś zakręt czy podbieg.

Jedyne co może Wam tam przeszkodzić to wielbłądy i piasek w oczy, lecz tego nie życzymy. Jesteś zawodnikiem mającym bardzo dobre wyniki, ale jednym z kilku z tej fali (przyp. red. Bartosz Olszewski, Łukasz Oskierko). Zacząłeś trenować kilka lat temu, a nie jak najlepsi zawodowcy – od dziecka. Czy to kwestia genów, przypadku, chęci, a może układu planet w dniu twoich urodzin?  (śmiech) Uważasz, że każdy może osiągać takie wyniki jak ty, obojętnie w jakim wieku rozpoczął przygodę z bieganiem ?

Wykorzystuję po prostu swój potencjał, najlepiej jak potrafię. Coś mnie pchnęło w stronę biegania, okazało się, że robię postępy i nadal mam rezerwy, żeby przyspieszyć. Nie zwalniam tempa, podkręcam je.

Chciałem tym pytaniem nawiązać do twojego motto życiowego w kontrapunkcie do cytatu Adama Kszczota: „ Szansę od losu możesz wykorzystać lub nie. Sukces to talent i praca, ale też splot okoliczności i szczęścia”. Ty stawiasz głównie wszystko na ciężką na pracę.

Tak, praca to fundament. Nie wierzę w to, że Adama muszą mobilizować, aby wyszedł na trening. Mamy to we krwi. Często jest taka sytuacja, że znajomi wychodzą na imprezę, a ja zmierzam na trening. I przesadzasz, mówiąc, że mam aż tak dobre czasy.

Przepraszam, ale przygotowując się do tej rozmowy, wpisałem Twoje dane w Googlach. Można się tam wiele ciekawego dowiedzieć na twój biegowy temat. Na Enduhubie też masz bogate sportowe portfolio…

Dzięki! (śmiech) Wiem jednak, ile ta praca mnie kosztuje. Ciężki okres za mną, ale wiem, że najlepsze jest przede mną.

A czy masz jakieś swoje biegowe grzeszki ?

(śmiech) Brakuje mi czasu na biegowe grzeszki. Zawsze jest coś, co można zrobić lepiej, czego można wykonać więcej. I chciałbym to robić, to nie tak, że mi się nie chce. Po prostu nie mam na to czasu.

Jak smakuje pierwsza wygrana? Co sobie wtedy nuciłeś, wbiegając na metę jako zwycięzca?

Hymn... Startując w takim biegu, jedyne o czym myślisz to cel: zdobycie pierwszego miejsca.. Mam w sobie tyle pokory, że po wygranym niedzielnym biegu, w poniedziałek jestem już na „ziemi”, na treningu. Jedyne na czym się łapię, to planowanie wyniku, cieszę się nim na mecie przez 5 minut i wyznaczam sobie nowy cel, więc radość z tego jest bardzo krótka.

Znasz smak bycia ultrasem. Startując w polskiej edycji Wings for Life w 2015 roku pokonałeś 61 km, zajmując drugie miejsce. To był twój pierwszy tak długi bieg. Jakie miałeś obawy? Czy masz pokusę, aby pobiec jeszcze dalej?

WfL 2015 był moim pierwszym tego typu biegiem w życiu. Podczas maratonu masz jakieś kryzysy, zwalczasz je i dochodzisz do siebie…

A tutaj w dodatku nie wiesz, kiedy meta Cię złapie…

Nie pamiętam ostatnich 8 kilometrów. To było dla mnie niczym wyprawa na Marsa. Nie wiedziałem co mnie czeka po dystansie maratońskim. Ten bieg jest dość brutalny, jeśli chodzi o rozstrzygnięcia. Zwyciężysz, masz fajną nagrodę, możesz wybrać sobie kraj, w którym wystartujesz za rok, albo jesteś drugi i jesteś pakowany do autobusu jak setny, dwusetny, tysięczny zawodnik. Pamiętam, że to było takie brutalne pod kątem sportowym, bo przecież idea jest piękna – biegniemy dla tych, którzy nie mogą biegać. Wysadzono mnie kilometr od Malty i szedłem na bosaka do domu. Pamiętam, że dużo cierpiałem. Ostanie 10 km miałem wsparcie kolegów na rowerach. Mówili, że miałem grochy w oczach. Doradzali, abym zszedł z trasy, ale nie chciałem. Byłem na tyle wyłączony, że umysł sugerował jedno, a ciało robiło swoje.

Klasyczna samotność długodystansowca?

Coś w tym stylu. Ale czy chciałbym się poprawić? Nie wiem. Byłoby to na pewno bardzo spektakularne zwieńczenie ulicznej przygody. Obecnie mam swój maratoński cel i wiem bardzo dokładnie, na czym muszę się skupić.

A jaki bieg górski masz na swojej liście marzeń ?

Góry mnie fascynują. Biegałem już w biegach górskich. Było to w Zakopanem podczas Biegów Sokolich. Zdecydowałem się na start z dwóch względów. Pierwszego dnia było 15 km, drugiego 30 km, a trzeciego dycha na Morskie Oko. Wiedziałem, że będzie ciężko, bo trasy w Tatrach są wymagające. I musiałem dodatkowo zmagać się ze swoim lękiem wysokości (śmiech). Chciałbym spróbować biegania górskiego na serio. To inny wymiar ścigania niż na ulicy. Myślę, że za kilka lat góry będą moją główną areną zmagań. Uprawiam turystykę biegową i wybieram takie biegi, na których mogę się pościgać z najszybszymi. A przy okazji pozwiedzać świat. W biegach górskich chciałbym ruszyć tak jak w biegach ulicznych, aby wydłużać dystanse, na których bym startował. Chyba jestem jeszcze za bardzo skupiony na ulicy, aby myśleć o górach, ale bardzo mnie one pociągają. Ale dobrze wiem, że jest się z kim pościgać na szlakach.

Super! Mamy konkretną deklarację. A czy miałeś okres, że chciałeś odpuścić, widząc jakim zapleczem technicznym, managerskim , pomocą ogromnych firm sportowych dysponują Twoi biegowi koledzy, rywale? A Ty dzięki małej grupie ludzi, starasz się spełniać swoje marzenia. Miałeś taki okres w życiu, że chciałeś wrócić do normalnej pracy?

To wychodzi podczas pewnych niepowodzeń. Kilka lat temu przegrałem maraton we Frankfurcie na 700 m przed metą. Pamiętam, że wtedy wróciłem do domu i nie chciałem biegać. Myśląc o tych, za którymi stoi ogromne zaplecze, wiem, że oni na to zasłużyli i sam wiem, że muszę na taki komfort zapracować. Bardziej mnie to mobilizuje niż zniechęca. Najwyraźniej moje wyniki nie są jeszcze tak dobre, aby taką pomoc uzyskać. Nie marudzę, zasuwam dalej.

Na czym teraz skupiasz się podczas treningów?

Teraz pracuję nad szybkością. Przez najbliższe miesiące skupiam się na złapaniu prędkości pod maraton w Dubaju. Nie chcę nic obiecywać. Kiedyś powiedziałem, że jak złamię 3 h w maratonie to przestanę biegać, a udało mi się zostać trójkołamaczem za trzecim razem, a przygoda trwa dalej. Mam swoich idoli i są to idole raczej z moje bajki. Jednym z nich jest Łukasz Oskierko. Robi super wyniki, chciałbym go kiedyś dogonić, bo interesuje mnie 2:20 w maratonie. A co będzie dalej? Na pewno nie powiem, że rzucę bieganie. Przecież są góry, jest ultra...

Jakie masz plany zawodowe? Chciałbyś pójść w doradztwo sportowe, mieć zawodową szkółkę biegową?

Wiadomo, że fajnie by było, aby to co robisz z przyjemności, było formą twojego zarobku. Cieszę się przede wszystkim z tego, że mam kontakt z ludźmi. Jadę na obóz z Hanią, Anią czy z Kasią. Z dwudziestoma osobami, a nie tak jak inni zawodowcy z trzema. I przez to mam regularny kontakt z normalnymi ludźmi. Chciałbym, aby nasza drużyna rosła w siłę, poprawiała formę i własne wyniki. Od poprawy rekordów po np. utratę kilogramów, gdy ktoś czuje taką potrzebę. I to mnie cieszy. Gdybym przedstawił moich podopiecznych, to byś się za głowę złapał, jak wiele jest ciekawych historii. Byśmy śmiało mogli posiedzieć do rana. Bieganie to ludzie, pasja, zmiany, wyniki, marzenia.

A jesteś w stanie powiedzieć komuś: „Słuchaj, nie będziesz dobrym biegaczem. Odpuść, nic z tego nie będzie?”

Nie, bo przecież moja historia jest tego dobitnym potwierdzeniem. Nikogo nie przekreślam i nikomu nie odradzam. Staram się pomóc. Są osoby, po których spodziewałem się, że popracują ze dwa, trzy tygodnie, a one teraz przysyłają mi plan startów na kolejny sezon. Każdy zasługuje na czas i szansę.

Załóżmy, że mam dla Ciebie dobrze płatną, spokojną pracę w biurze w godzinach 8-16. Po pracy w pakiecie piwko, firmowe imprezy w dobrych klubach. Z drugiej strony życie takie jak teraz. Propozycja niczym z filmu Matrix. Dwie tabletki. Dwa światy. Co wybierasz?

Bieganie jest już bardzo we mnie zakorzenione. Wychodzę biegać i nikt mi nie siedzi nad głową. Czuję wolność. Żadne pieniądze mnie nie przekupią! Często wybieram sobie jakiś cel, po czym okazuje się, że był on tylko impulsem do dalszego działania. W zeszłym roku miałem ciężki okres. Trafiłem do szpitala z podejrzeniem stwardnienia rozsianego. I już rozmyślałem o tym, co zastąpi mi bieganie. Przez te wydarzenia uciekło mi sporo czasu w przygotowaniach. Ale traktuję to jako część całości, część mojej historii.

Obecnie wszystko jest już w porządku?

Tak, jak najbardziej.

Maraton w tempie 2:53 na kilometr, Eliud Kipchoge poleciał w kosmos, jakie wrażenia po taaakim biegu? To zniechęca czy wręcz przeciwnie, pokazuje, że każdy, w tym Ty, może szybciej?

Eilud pokazał światu po raz kolejny, że bariery nie istnieją. Nie chodzi o sam końcowy wynik. Od pierwszych metrów pokazał, kto tego dnia podbije nie tylko Berlin, ale cały biegowy świat, To ewidentna dominacja. Jestem zafascynowany samym ruchem, techniką i pracą ciała w trakcie tej rywalizacji. Myślę, że z wyjątkiem samego treningu jest coś, co go głównie wyróżnia na tle innych wielkich sportowców. Mianowicie życie jakie prowadzi. Pokazał nam wszystkim, że życie w zgodzie z samym sobą z dala od blasku fleszy, to idealna (być może jedyna) droga do sukcesu. 

Na pewno jeśli chodzi o rywali to dał im jasny sygnał, że jest nr 1 na świecie, a to tylko zachęci ich ambicje do poprawy tego wyniku. W kolejnych maratonach sama deklaracja pobicia rekordu będzie na pewno bardzo atrakcyjna i będzie skupiła uwagę wszystkich. Osobiście jestem ciekaw czy Kipchoge będzie chciał ponownie atakować barierę 2 h. I kiedy.

Dziękuję bardzo! Widzisz, nie wiadomo kiedy, rozmawiając zrobiliśmy tyle kółek na bieżni. No to wspólne zdjęcie na koniec!

Dzięki!

PS. Jeżeli chcielibyście pomóc Marcinowi w spełnieniu biegowych marzeń, zapraszamy do kontaktu z nim przez jego blog: marcinkesy.pl

 

 

 

 

 

Kingrunnera tworzą biegacze. Dodaj swój artykuł.

pozostałe artykuły