Obsługiwałem litewskiego króla

Chamonix, 25.08.2017

Support Gediminasa Griniusa na UTMB 2016

 

Gdy leciałem do Genewy na UTMB 2016, nie miałem w planach pisać żadnego artykułu. Jechałem tam pomagać na trasie jednemu z najlepszych zawodników ultra na świecie – Gediminasowi Griniusowi. Zobaczyć, jak ten legendarny bieg wygląda od kuchni i miło spędzić czas w Alpach.
Niespodziewanie zostałem świadkiem tworzącej się historii.

26 sierpnia 2016 (godz. 17:30, Chamonix)

Odbieram telefon od Gintarė – żony Gediminasa. Drobnej, ładnej blondynki, która stoi za sukcesami swojego męża w biegach na całym świecie.

„Spotkajmy się po starcie zawodów na schodach kościoła przy linii startu”, brzmi pierwszy, niemal żołnierski komunikat.

Przygotowałem jedzenie i cieplejsze ubrania na noc, czekało nas ponad 20 godzin supportowania. Wsparcie zawodnika podczas UTMB jest dozwolone, ale zasady są restrykcyjne i identyczne dla każdego, kto staje na starcie. Pomagać można tylko na pięciu wyznaczonych punktach (Les Contamines, Courmayeur, Champex, Trient i Vallorcine), do których można się dostać własnym transportem lub autobusami podstawionymi przez organizatora (za dodatkową opłatą). Na punkcie zawodnikowi może pomagać tylko jedna osoba, wpuszczana do strefy na podstawie biletu. Pomocnik może mieć przy sobie tylko jedną torbę, w której musi zmieścić wszystko. Zabroniony jest bieg z zawodnikiem i pomoc w innych miejscach niż wyznaczone. Towarzyszą nam Dovydas i Danielius, synowie Gediminasa i Gintarė, równie doświadczeni pomocnicy jak ich mama.

26 sierpnia 2016 (godz. 18:00, Chamonix)

Start legendarnego UTMB. Wąskie uliczki Chamonix szczelnie wypełnione kibicami. Ciężko stanąć w pierwszej linii, biegaczy ledwie widać. Dopiero potem okazuje się, że to jedyna okazja, aby zobaczyć ich wszystkich w jednym miejscu. Zaczyna się przygoda.

26 sierpnia 2016 (godz. 18:10, Chamonix)

Spotykamy się w umówionym miejscu. Gintarė w ręku trzyma lodówkę turystyczną i oznajmia, że musimy wypełnić ją całą lodem i być za trzy godziny w Contamines, na pierwszym punkcie kontrolnym. Pierwsza myśl to McDonald’s, który w Chamonix znają wszyscy, bo to jedno z nielicznych miejsc z darmowym internetem. Mimo popołudniowej pory jest bardzo gorąco. Termometry wskazują 30 stopni. Nic dziwnego, że kolejka po lody jest spora. Po krótkiej rozmowie z kierownikiem dostajemy dwa kubeczki lodu. Nie idzie nam zbyt dobrze. Odmawiają nam w kolejnych restauracjach, próbujemy więc w hotelowych barach. W kilku nam pomagają. W ostatnim mówię, że jeśli nasz zawodnik wygra, wykupię cały alkohol w barze do świętowania. Z pełną lodówką ruszamy do samochodu, który będzie naszym schronieniem na najbliższą dobę.

Gintarė ma przygotowaną kartkę, gdzie i o której mamy się pojawić. Trasę zna doskonale, bo pomagała tutaj Gediminasowi już dwukrotnie. Spodziewamy się, że na pierwszym punkcie kontrolnym będzie problem z parkowaniem, pojechało tam pół Chamonix.

26 sierpnia 2016 (godz. 20:00, Les Contamines, 30. kilometr)

Wbrew logice szybko znajdujemy miejsce. Atmosfera u nas dosyć piknikowa. Długo się nie widzieliśmy, więc jest sporo tematów do rozmów. Ale to tylko pozory. Zabieramy się za przygotowanie odżywek według wytycznych zapisanych na kartce przez Gediminasa. Mamy przygotowane bidony, żele, a nawet buty na zmianę. Rok wcześniej Gediminas nie ukończył UTMB z powodu problemów ze stopami, więc ten pakunek nie jest przypadkowy.

Zgodnie z wytycznymi organizatora, do strefy wchodzi tylko Gintarė, a moim zadaniem jest opieka nad dzieciakami. Mimo że tak naprawdę jej nie potrzebują. Są jednymi z najgrzeczniejszych dzieci, jakie kiedykolwiek poznałem. Znają zasady, posługują się angielskim na poziomie eksperckim, zatem nic nie mogło im się przydarzyć. Co ciekawe, większość ekip wspierających ich kojarzy. W Contamines trwa piknik. Ekrany na bieżąco pokazują sytuację na trasie. Można podpytać o konkretnego zawodnika, podają nawet prognozowany czas. Spotykam znajomych Polaków.

Pojawiają się pierwsi zawodnicy. Zaczyna się ściemniać. W końcu przebiega obok nas Gediminas. Wszystko trwa parę sekund. Standardowe okrzyki dopingu i już znika za zabudowaniami. Jest dziesiąty. Gintarė przekazuje, że z naszym zawodnikiem wszystko dobrze. Nie ma emocji, których się spodziewałem. Wiszącego w powietrzu napięcia i zapachu krwi od walki. Jest rodzinna atmosfera i dbałość o dzieci. Teraz to one potrzebują supportu. Ruszamy w kierunku kolejnego punktu.

27 sierpnia 2016 (godz. 00:30, Courmayeur, 78. kilometr)

Dovydas i Danielius zarzekali się, że będą kibicować całą noc, ale zasnęli parę minut po wyjeździe z poprzedniego punktu. Spodziewamy się Gediego ok. 3:00. Mamy sporo czasu. To półmetek trasy i nie ma problemów z parkowaniem. Duża część stawki nie zameldowała się jeszcze na poprzednim punkcie, a co za tym idzie – ich pomocnicy ciągle tam są. Obok nas grupa Włochów rozbija sobie piknik. Jest wino, ser, bagietki…

Idziemy do pomieszczenia, gdzie pojawią się zawodnicy. Okazuje się, że wszyscy się znają. Gintarė z każdym zamienia parę słów. Wymieniają się spostrzeżeniami o rywalach. O tym, jaki wpływ może mieć pogoda. Komu idzie lepiej, a komu gorzej. Ciekawie się tego słucha. Niebywałe, że Gintarė zna wszystkich zawodników z czołówki i ich wyniki w poszczególnych biegach. Gdy opowiada, udaję, że wiem, o kogo chodzi, bo głupio mi się przyznać, że kogoś nie kojarzę. Gintarė idzie do strefy, ja idę sprawdzić, czy chłopcy nie przebudzili się w samochodzie. Opowiadają mi później, że podczas Transgrancanarii na jednym z punktów również spali w samochodzie. Gdy Gintarė wróciła z punktu, zapłakane dzieci chciały wyjść, a auto było zamknięte. Zostało im kibicowanie zza szyb.

Nadbiegają zawodnicy. Na zegarku sprawdzam różnice między kolejnymi zawodnikami, by przekazać je Gediminasowi. Strata jest spora. Jest grubo po prognozowanym czasie. W końcu nadbiega na 8. pozycji z ponad 30-minutową stratą do prowadzącego Zacha Millera. Przekazuję mu tę informację. Na punkcie spędził nieco ponad trzy i pół minuty. Chwilę po godz. 4 rano ruszamy dalej. Gintarė informuje mnie, że zmieniamy plan i zamiast bezpośrednio na kolejny punkt, pojedziemy jeszcze w jedno miejsce, w którym jest stacja bez możliwości pomocy (La Fouly, 109. km trasy). Podobno Gedi lubi takie niespodzianki, gdy widzi rodzinę w miejscu, w którym się tego nie spodziewa. Opuszczamy Włochy i ruszamy do Szwajcarii.

26 sierpnia 2016 (godz. 6:30, La Fouly, 110. kilometr)

Zmogło mnie zmęczenie, więc ucinam sobie drzemkę. Jest już jasno, ale wciąż zimno. Gintarė ubiera siebie i dzieci w kurtki zimowe i czapki. Z zaspania nie ogarniam nawet, że ceny kawy są we frankach, a płacę w euro. Chwilę przed 8 rano pojawia się Zach Miller. Wygląda bardzo dobrze. Po kilkudziesięciu minutach na 6. pozycji przybiega Gediminas. Strata do lidera nie powiększa się i co najważniejsze – Gedi przesuwa się w klasyfikacji generalnej w górę. Całe nasze spotkanie nie trwa więcej niż półtorej minuty. Lecimy dalej! W dalszym ciągu szokuje mnie brak emocji. Nie ma podniecenia tym, że jest coraz lepiej z realną szansą na poprawienie wyniku sprzed dwóch lat, czyli 5. miejsca w UTMB.

26 sierpnia 2016 (godz. 9:00, Champex-Lac, 124. kilometr)

Piękna alpejska miejscowość. Czas na śniadanie. Gintarė znowu zmienia się w bardzo troskliwą matkę. Przypomina, że w tym miejscu do strefy wpuszczani są wszyscy – tak przynajmniej było rok temu. Chłopcy cieszą się, że będą mogli być blisko taty choć przez chwilę. Sprawdzamy na monitorach prognozowany czas przybycia elity. Wydaje nam się, że coś się zepsuło, bo według danych lider powinien być u nas już od kilkunastu minut. Do strefy wpuszczają jednak tylko Gintarė, Dovydas i Danielius nie są zadowoleni. W końcu nadbiega Zach Miller. Widzieliśmy go kilkanaście kilometrów wcześniej. Ku naszemu zdziwieniu, za jego plecami nabiegają kolejni zawodnicy, w tym Gediminas na 4. pozycji. Mój zegarek wskazuje 10 minut straty do lidera. To jest właśnie ultra! Ale podniecony w naszej ekipie jestem tylko ja. Gintarė niewiele mówi o szansach męża na wysokie miejsce. Za to w innych ekipach panuje napięta atmosfera. Zaczyna robić się naprawdę ciepło. Po raz pierwszy przygotowujemy kompres z lodu w specjalnym materiale, nieszkodzącym skórze. To pamiątka z gorącego startu w Western States w USA.

26 sierpnia 2016 (godz. 10:30, Trient, 141. kilometr)

W tym miejscu uwierzyłem, że Gediminas może ten bieg wygrać. Na punkt kontrolny zawodnicy wbiegli we trójkę. Zupełne przetasowania. To prognozowało walkę. Gintarė znowu na punkcie. Znowu w ruch poszły przygotowane wcześniej kostki lodu. Ja dopingowałem Gediminasa chwilę przed wybiegnięciem z Trientu i tuż po. Był już zmęczony i nie reagował na komunikaty i krzyki. Duże emocje!

26 sierpnia 2016 (godz. 12:30, Vallorcine, 151. kilometr)

Gdy Gintarė przygotowuje kolejne odżywki, ja z chłopakami rozgrywam oficjalny mecz Polska–Litwa na miejscowym boisku. Wiadomo, że w nogę jesteśmy lepsi, więc kończy się wynikiem 7:1. Jest już bardzo gorąco. Odległości między punktami są mniejsze, więc czas nie dłuży nam się już tak bardzo. Odrywamy się od rzeczywistości. Nie ma internetu, więc nie wiemy, jak wygląda sytuacja na trasie. Tu również panuje wesoła atmosfera. Do naszej ekipy dołącza młody Litwin Aurelius, który przyjechał pokibicować. Jako pierwszy w Vallorcine melduje się Ludovic Pommeret, który na krótkim, ale ciężkim odcinku wypracował sobie wyraźną przewagę.

Jednak to jest dla nas mało istotne, bo za nim przybiega Gediminas! Razem z nami kibicuje mu cała ekipa Vibram Team, której barwy reprezentuje. Słońce jest już wysoko. Kolejny raz przydają się kostki lodu. To ciekawe, ale jesteśmy jedyną ekipą, która ma takie coś przygotowane. Widzę, że atmosfera w teamie poprzedniego lidera jest średnia. My mierzymy różnice czasu między Gedim i kolejnymi zawodnikami i ruszamy dalej z nadzieją, że złapiemy go przy drodze, którą musi przeciąć. Siedem minut przewagi nad trzecim zawodnikiem to sporo.

Zatrzymujemy się kilka kilometrów dalej. Siadamy przy szlaku. Gediminas mija nas bez słowa. Gintarė krzyczy do niego po litewsku. Mierzymy przewagę. Na około trzykilometrowym odcinku wzrosła do 15 min. Już wiemy, że to będzie walka o wygraną! Jednak nie jesteśmy w stanie tego przekazać Gediminasowi. To ostatni punkt, na którym możemy być. Została nam tylko meta, ruszamy do Chamonix!

26 sierpnia 2016 (godz. 15:00, Chamonix, 170. kilometr)

Umawiamy się, że Gintarė z dziećmi pójdą na metę. Moim obowiązkiem jest przekazanie litewskiej flagi. W oczekiwaniu czas bardzo mi się dłuży, ale na szczęście spotykam znajomego. Zajmujemy miejsce ok. 400 m przed metą. Obsługa biegu, widząc mnie z flagą ostrzega, abym nie wbiegał na trasę. Naprzeciwko czeka liczna ekipa wspierająca amerykańskich biegaczy, który ostatecznie zajęli odpowiednio 3., 4. i 6. miejsca. Trzymają amerykańską flagę, zapewne licząc, że Zach Miller odbuduje się na ostatnich kilometrach. Poczułem się dumny, że w tej rywalizacji supportów to my jesteśmy górą.

Nadbiega zwycięzca, Ludovic Pommeret. Zwiększył przewagę, ale najważniejsze, że chwilę później kamery pokazują Gediminasa na ostatniej prostej. Obsługa pozwala mi stanąć na środku wąskiej ścieżki z rozwiniętą flagą, bym mógł ją przekazać Gediemu. Zabiera ją i leci dalej, a ja resztę oglądam na ekranie telebimu.

Po ponad 22 godzinach przygoda dobiega końca. Po kilkunastu minutach spotykam się w strefie mety z Gintarė i dziećmi. Gediminas czeka na badanie antydopingowe. Umawiamy się na telefon. Po dwóch godzinach siedzimy w jednej z restauracji w centrum Chamonix. Zajadamy się pizzą i wspominamy ten bieg z naszych dwóch, różnych perspektyw. Nie ma przesadnych emocji. Chyba śmierdzimy, ale nikomu to nie przeszkadza. Chwilę później się rozdzielamy.

26 sierpnia 2016 (godz. 20:30, Chamonix)

Udaję się do znajomych, którzy przygarnęli mnie do swojego apartamentu. Po prysznicu padam nieżywy i i śpię 14 godzin.

28 sierpnia 2016 (godz. 13:00, Warszawa)

Znowu się widzimy. Tym razem czyści i pachnący. Spotykamy się w Galerii Mokotów na ulubionym przysmaku rodziny Griniusów – sushi. Mamy trochę więcej przemyśleń, panuje rodzinna atmosfera. Dopiero tutaj kończy się przygoda uświadamiająca, że nawet w tak prostym sporcie jak bieganie tak ważne jest to, co niewidoczne dla kibiców. Pomoc supportu, który ciężko pracuje, by ich zawodnik osiągnął sukces. Choć muszę przyznać, że trochę się cieszę, że Gediminas w końcu nie wygrał. On przybiegłby pierwszy, a ja bym zbankrutował, wykupując cały alkohol z hotelu, który przed startem podzielił się z nami kostkami lodu…

Tekst: (magazyn ULTRA#6) - Piotr Bętkowski

Zdjęcia: Piotr Oleszak

Kingrunnera tworzą biegacze. Dodaj swój artykuł.

pozostałe artykuły