Nowy drapieżca w górskim stadzie. Prosta historia Kasi Wilk

Warszawa, 10.08.2021

Rozmowę tę odkładałem od dawna, bo wiedziałem, że nie ma co przeprowadzać jej telefonicznie czy na Skype. Trzeba było znaleźć odpowiedni czas, by spotkać się twarzą w twarz, wyjść na wspólny trening i pogadać. Intuicja mówiła mi, że jest to osoba nietuzinkowa, z którą uda złapać się fajny kontakt. I tak w końcu po pół roku się udało umówić z Kasią Wilk na skitury. Chciałem bliżej poznać zawodniczkę, która – chyba śmiało można powiedzieć – była objawieniem zeszłego sezonu.

 

Warto dodać, że do tej pory byłem na skiturach tylko raz kilka lat temu i na samo wspomnienie bolą mnie jeszcze czwórki. Podobało mi się jednak niezmiernie i głupio byłoby nie skorzystać z takiego zaproszenia. Tym bardziej że w Krynicy zapowiadano świeży opad śniegu. Moje męskie ego przemilczało tylko, że w tej dziedzinie jestem wyjątkowym leszczem.

Moja rozmówczyni natomiast, mam wrażenie, wyczuła to i jak już dograliśmy datę spotkania, napisała mi w wiadomości lakoniczne: „Szykuj nogi, bo jutro tam i z powrotem planuję Jaworzynę. Wypadałoby zrobić ją kilka razy. Pot będzie lał się strumieniami. Nie będą to zatem niewinne pieszczoty. Przygotuję dla nas kanapki i coś do picia. Tym się przynajmniej nie przejmuj”. Byłem zatem spokojny o siebie jak nigdy. Przynajmniej wiedziałem, że moje ciało będzie najedzone, gdy będziemy dzwonili po GOPR.

Pełen ekscytacji, ale i lęku ruszyłem z rana w stronę Krynicy, by po drodze zgarnąć Kaśkę i zobaczyć, jakie pieszczoty szykowała dla nas tego dnia.

 

Nie bój się ich – one też się męczą!

Tak mówi mi przed ważnymi startami Kris, mój przyjaciel, który trzy lata temu wciągnął mnie w górskie bieganie, bo ja jestem stosunkowo młodą zawodniczką. To znaczy, nie rocznikiem, choć kompleksów nie mam z tego powodu żadnych, ale prawda jest taka, że zaczęłam biegać po trzydziestce. Zatem jak spojrzę na moje rywalki, to w ich wieku ja jeszcze nie biegałam. Albo może tak – biegałam, ale w inny sposób. Ze sportem przecież mam do czynienia od dawna.

 

 

Gadka w aucie w drodze do miejsca naszego startu od razu się klei. Kaśki facet prosi ją, zanim wsiądzie do auta, by nie zrobiła mi krzywdy, nie namawiała do złego, nakarmiła i nie zagadała. W jego oczach serio widzę troskę i głęboką prośbę kierowaną Kasi prosto w oczy. Zaczyna pachnieć przygodą.

 

Kaśka extra klasa

To fakt, Kasia jest tym typem, którego wszędzie jest pełno. Szybko skraca dystans. Na pytanie skąd się wzięła, z uśmiechem na ustach opowiada, że w zasadzie łatwiej wymienić dyscyplinę, w jakiej nie próbowała sił, niż te, w które bawiła się przez jakiś czas typowo amatorsko i nadal chętnie do nich wraca. I tak za dzieciaka wraz z rodzeństwem namiętnie grali w piwnicy w ping ponga na zrobionym z trzech dłuższych desek stole. W podstawówce zawsze reprezentowała szkołę na sprintach, przełajach, płotkach, we wszelkich grach zespołowych od piłki nożnej do koszykówki, mimo że wzrostem na koszykarkę akurat nie wygląda. Zawsze jednak była żwawa – umiała jak każdy wilk zabiegać przeciwnika. Zresztą z racji nazwiska i stylu gry dostanie za kilka lat ksywkę Szakal. Gdy trzeba było, pokornie siedziała na ławce, a gdy wypuszczano ją na boisko, gryzła, atakowała jak tylko mogła. Nigdy dla siebie, zawsze dla zespołu. To zespół miał wygrać, nie ona.

 

Gry zespołowe to zresztą jej konik. Tu odpowiedzialność rozkłada się na cały team. Na biegach szkolnych miała zawsze problem ze stresem. Większe i starsze dziewczyny, wiedząc, że nie wygrają z nią przepisowo, przed startami potrafiły ją przytrzymywać, wpychać w krzaki, podkładać nogi. Teraz się z tego śmieje, ale wtedy nie było miło. Kosztowało ją to dużo stresu. „Zmuszała” ją do nich jednak nauczycielka WF-u. O niej jednak później, bo to parząc z perspektywy lat, jej wpływ i wychowanie w sporcie zaszczepiły w Kasi gen rywalizacji. Zawsze powtarzała, że to talent, nieoszlifowany brylant.

 

W zespołówkach porażka była wspólna, sukces też. Na tę chwilę to Kasi odpowiada. Zaczyna grać w piłkę ręczną. Wspólna radość, wspólne łzy, wspólne podnoszenie się na duchu, wspólne świętowanie, wspólna zabawa. A Kasia jest zabawowa, taka dusza towarzystwa, lubi ludzi, głośny śmiech, rozmowy. Jak po zawodach jest jakieś afterparty, wiadomo, że tam będzie. Trochę narzeka tylko, że to środowisko biegowe, takie poukładane, każdy po starcie idzie się regenerować, położyć nogi w górę i przeanalizować w aplikacji swój bieg. Kaśka większość robi na żywioł. Chcąc grać w AWF Kraków w ręczną, zrezygnowała ze studiów na UJ, bo była przekonana, że by dostać się do drużyny, trzeba być studentem tej uczelni. (Jak to mówi, nie mogę się powstrzymać od śmiechu). Sama jednak cieszy się z tego, bo te studia zaspakajały jej potrzebę ruchu. W ich trakcie robi kilka kursów instruktorskich, w tym piłki nożnej. Studia opłaca z gry w pierwszoligowym AWF Kraków, który z ekstraklasy spadł nie z powodu słabej gry, a niedofinansowania. To tu i później w kolejnym zespole jest Szakalem. Karierę kończy jednak kontuzja. Zerwane ścięgno Achillesa. Dłuuuga, bolesna rehabilitacja.

 

Kaśka wróciła amatorsko na boisko, ale nie ukrywa – jest lęk, nie umie już tak gryźć, wyskakiwać jak wcześniej. Nie chodzi nawet o blokadę fizyczną, tylko o coś, co siedzi w głowie. Wie, ile kosztował ją ten zerwany Achilles. W między czasie w ramach rehabilitacji pojawiają się najpierw rower, później dopiero bieganie. I tak oto pojawiła się w naszej bajce.

 

Do porzygu

Po jednym z lokalnych biegów Kaśka poczuła krew, dosłownie i w przenośni. Biegła, wyprzedzała ofiarę za ofiarą, aż w płucach poczuła dziwny smak.

Ten bieg to była dziwna sprawa, bo startuje się asfaltem pod górę, a tam ludzie zaczynają iść. Kurde, na bieg, a nie na marsz się zapisałam. W górach jeszcze OK, ale asfalt zawsze musi być pokonany biegiem. W trakcie biegu nic nie jem, nie piję. Do domu docieram ledwo żywa. Wymiotowałam, miałam gorączkę. Powiedziałam sobie, że jak to bieganie ma tak wyglądać, to ja dziękuję.


Później, będąc na delegacji w Insbrucku, siedziałam znudzona w hotelu i przeglądałam turystyczne katalogi. Patrzę, a tam jutro półmaraton. Nie zastanawiałam się długo, wyszłam na dwór, zrobiłam kilka kółek wokół rynku i uznałam, że jestem w formie (
śmiech). Rano zgłosiłam się na start, opłaciłam wpisowe i ruszyłam na pierwsze 21 km. Po drodze pytałam innych zawodniczek, ile planują biec, bo nie ukrywam, że mi się spieszyło, byłam przecież w delegacji. Patrzyły na mnie jak na idiotkę, tym bardziej że finalnie okazało się, że dobiegłam jako szósta, czy tam dziewiąta i po drodze rozbiłam jakiś austriacki team biegaczek. (śmiech) Ten bieg też odchorowałam.

 

Następny był już Gorlicki Bieg Górski. Wiedziałam już, że muszę jeść i pić. Wszystko jednak zawsze robię na ostatnią chwilę, więc nie zdążyłam kupić odpowiedniego sprzętu. W popłochu w domu szukałam, jakiejś małej buteleczki po wodzie przynajmniej, by coś ze sobą zabrać. Znalazłam taką „maryjkę”, małą figurkę Matki Boskiej. Ktoś mojej mamie przywiózł kiedyś z Lourdes. Odlałam tę święconą wodę i napełniłam kranówą. To był mój pierwszy softflask. Wystartowałam za Ewą Majer – ja tego nie wiedziałam, znaczy wiedziałam, że dziewczyna, ale nie znałam nazwiska, a nawet jakbym znała, to i tak byłam tak zielona, że nic mi ono nie mówiło. Noga mi podawała, to biegłam. Tak się mijałyśmy, było gorąco, „maryjka” wyschła, Ewa odbiegła (śmiech). Gdy dobiegłam do jakiegoś gościa, to go błagałam, by dał mi wody z bukłaka. Wzięłam tę rurkę i nie umiałam się z tego napić. Jak jakiś dzikus (śmiech) .

 

Po biegu do mamy zadzwoniła pani Basia, moja nauczycielka WF z podstawówki, i nawija jej makaron na uszy – pani Zofio, Kasia musi biegać, to talent, wie pani, z kim ona tylko przegrała? Ją trzeba oszlifować.

 

Pani Barbara, śmiało można powiedzieć, to dopiero jest zakapior. Znana jest jako najszybsza babcia świata. Ma 77 lat i nadal biega dystanse powyżej maratonu, również po górach. Systematycznie półmaraton na asfalcie biega poniżej dwóch godzin. Zabiera Kaśkę na kilka biegów w Polsce i za granicą, daje rady. Jest jej dobrym duchem i najwierniejszym kibicem.

 

Pani Basia dużo o bieganiu mi opowiadała, pokazywała różne rodzaje biegów górskich. Zdjęcia zapierające dech w piersiach. Była zawsze chętna do pomocy. Gdybym ja w siebie wierzyła, jak ona we mnie... W między czasie opanowałam trudną sztukę picia z bukłaka (śmiech). Gorzej tylko z tym jedzeniem. Nie znoszę, żeli wciskam je na siłę, ale i tak po biegu zawsze mi sporo zostaje. Do tego stopnia, że jak z dziewczynami grałyśmy w rękę założyłyśmy taki klub masters zebrałyśmy byłe zawodniczki ligowe z okolic, z różnych klubów. Nigdy wcześniej razem nie grałyśmy ze sobą, bo zawsze grałyśmy przeciw sobie, a tu nagle jako drużyna wyszłyśmy na boisko. Śmiechu jest co niemiara, bo niektóre kilka lat się nie ruszały. Jak wygrywałyśmy ostatnio Turniej Mistrzostw Polski Masters, to gdyby nie te moje zaoszczędzone żele i izotoniki, finał musiałybyśmy oddać walkowerem, bo nie byłybyśmy w stanie wejść na boisko w komplecie. Jaja jak berety, ale ja mówię, jak Kora (bramkarka) zdecydowałaby się na soczewki do oczu, to jeszcze w lidze mogłybyśmy porządzić! (śmiech)

 

Ale odłóżmy piłkę ręczną na bok i skupmy się na naszym biegowym podwórku. Polski światek biegaczy górskich szerzej usłyszał o Kaśce po wygranej na Tatra Fest. Warto dodać, że oprócz tego, że nad drugą kobietą (Kasią Solińską) uzyskała wówczas 20 minut przewagi, była również szósta w klasyfikacji generalnej.

 

 

 

Lepiej dowlec się na finiszu, niż wlec się na starcie

Po starcie wiele osób pytało mnie, czy się tego spodziewałam, czy to planowałam? A ja nic nigdy nie planuję. Nie mam trenera, planów, diet. Jadę na start i nie znam trasy ani jej profilu. Co będzie, to będzie. Witaj, przygodo! Znam tylko dystans i ilość przewyższenia. Nie nadaję się do kalkulacji. To mnie nie kręci, wręcz nudzi. Nie mam na to czasu. Czasem, by dostać się na zawody, a w pracy mam młyn, śpię cztery godziny. Wolę się lepiej wyspać niż analizować trasy. Takie kalkulacje robi zawsze za mnie mój kolega Adam „Roztropny”. On mi mówi, jakim tempem mam startować, coś tam o negative split podpowiada. Pokazuje zawodniczki, że ta ma tyle punktów ITRA, tamta tyle. A ja, jak mi noga podaje, to biegnę szybciej, jak nie zwalniam. On się za to na mnie wścieka, że gdybym kalkulowała, biegałabym lepiej. Dla mnie ważna jest jednak przyjemność. Na Lavaredo nie sprawdziłam nawet, że dwa biegi, na jakie się zapisałam, są dzień po dniu. Krótszy startuje w piątek wieczorem, a dłuższy w sobotę rano. Na dłuższym byłam ponoć faworytką wg rankingu. A ja ten krótki pobiegłam w trupa i dobiegłam na drugim miejscu, dłuższy skończyłam dopiero na 11. miejscu. Kurde, a jakie tam były wspinaczki! Tego też się nie spodziewałam (śmiech). Po biegu wszyscy mówili, że to był mój dystans, że straciłam taką szansę, ale ile frajdy mi to dało. Jak konferansjer witał mnie ponownie na mecie, to śmiał się, że jak chce, dziś mogę pobiec jeszcze najdłuższy dystans, bo startuje wieczorem i jak coś start mam za free. Zawodnicy szykują się do jakiegoś biegu cały sezon, a ja podejmuję nierozsądne decyzje na ostatnią chwilę. Ważne, że sprawia mi to przyjemność, a zdarza się, że wychodzi to fajnie i już.

 

xxx

 

Zakładamy foki, wpinamy nogi w wiązania i atakujemy Jaworzynę po raz pierwszy. Ponad 2 km podejścia na rozgrzewkę po czterogodzinnej jeździe (wiem, Kaśka, szukam usprawiedliwienia na brak formy), owocuje tym, że w jednej trzeciej stoku sięgam po starą sztuczkę studentów na WF-ie: rozwiązuje mi się but. Symuluję postój na siku. Nigdy tak długo nie sikałem. Oddech wrócił mi chyba dopiero po czterech minutach. Nic to, niech myśli, że mam prostatę, ważne, że odłożyłem swoją agonię na później. Atakujemy znów szczyt i tym razem aż na samą górę człapię tuż za Kaśką. Ja namiętnie słucham, próbując cichaczem złapać większy oddech, ona cały czas gada. O tym, że kiedyś więcej jeździła na zjazdówkach, że lubi biegówki, do snowboardu lekko się zraziła, bo raz jako nastolatka, po wizycie w karczmie na stoku, którą mijamy, podrywał ją barman i stawiał dziwne trunki, miała później duży problem ze zjazdem. O tym, że na MTB, jak sobie tu jeździ, to się dziwi, że takie rekreacyjne jeżdżenie tak potrafi oddać.

 

xxx

 

Kiedyś pojechała z facetem do Grecji na wczasy i w hotelu, w którym się zatrzymali, była austriacka ekipa kolarzy old boyów, zapisali się z nimi na wycieczkę. Wyżyłowani panowie w nienagannych kolarskich strojach i oni po nocnej imprezie na plaży – w T-shirtach, kąpielówkach i zwykłych butach do chodzenia, czuli się nieswojo, tylko do czasu, gdy Kaśka czekała na ekipę z przewodnikiem na podjazdach. Śmieje się, że wyglądali jak Polaki cebulaki, ale honor został uratowany.

 

Kaśka dużo mówi. W zasadzie mówi cały czas. Ma masę anegdot, historyjek. Ten bieg Tatra Fest – to też jedna wielka przygoda.

 

Nie wzięłam kurtki przeciwwiatrowej i pożyczyłam ją od Kasi Solińskiej. Uważałam ją za faworytkę biegu. Zresztą chyba jak każdy. Kasię znam megamiła osoba i wiedziałam, że mnie poratuje. Jak ruszyłyśmy i po chwili poczułam, że biegnie mi się dobrze, noga podawała, to postanowiłam docisnąć. Zwłaszcza że było pod górkę, a ja lubię podbiegi. Kaśka nie pobiegła za mną. Pomyślałam sobie, „rany, jaka ona jest słodka. Wie, że wygra bieg, więc chyba chce mi dać wygrać premię górską, którą organizator przyszykował”. Biegłam tak i co jakiś czas się oglądałam. To była ta część bardziej pod górę, a ja mam zasadę, by wszystko podbiegać, nie ma zmiłuj. Raz kumpel Kriss biegł koło mnie na jakimś biegu, zaczęłam wyprzedzać jakąś dziewczynę, a on na mnie krzyczał, że na podbiegach się nie wyprzedza. Odbiegłam, bo nie mogłam tego słuchać. Później za to oczywiście zapłaciłam, no ale zasadom trzeba być wiernym (śmiech). Wiem, że na podbiegach jestem niezła. Później zaczęły się zbiegi i w pewnym momencie dobiegła mnie Kaśka i z gracją wyprzedziła. Aż miło było patrzeć. Wcześniej jednak mijałam się z innym zawodnikiem, który lekko drwiąco zapytał w stylu „Czy nie za mocno cisnę, bo Solińska to Solińska”. I ja tak z tą sympatią do Kasi, w jej wiatrówce patrzyłam jak się oddala, ale, nie powiem, ubodło mnie to, co powiedział. Ja znam swoje miejsce w szeregu, z podziwem patrzę na Miśkę Witowską, Martynę Kantor, Kaśkę Solińską właśnie, ale to było takie niefajne podcinanie skrzydeł. I z tą złością lekko goniłam ich, a oni ku mojemu zdziwieniu z każdym podbiegiem zaczynali być coraz lepiej widoczni, a tu akurat znałam trasę i wiedziałam, że przed nami jest jeszcze kilka podbiegów. Byłam jak w amoku, potykałam się, łapały mnie skurcze, ale goniłam. Jak już byłam blisko Kasi, to przetrzeźwiałam i mi się głupio zrobiło, bo nie wiedziałam, czy wypada ją wyprzedzać w końcu pożyczyła mi tę kurtkę (śmiech), ale wtedy pojawił się na trasie właśnie supportujący mnie Kris i krzyczy „Wilku, ona też się męczy!” I odważyłam się zaatakować ją, stawiając wszystko na jedną kartę! Z Kasi strony wielka klasa. Mijając ją, widziałam sympatyczny uśmiech. Dała mi motywacyjnego kopa i poleciałam jak na skrzydłach już do samej mety.

 

 

Po 30 minutach dochodzimy na szczyt. Szczerze, za bardzo sobie nie wyobrażam, jak mam teraz szybko zjechać i znów podchodzić. Kaśka się uśmiecha i mówi: „A może pójdziemy do schroniska?”. Ufff, to bardzo dobry pomysł. W połowie drogi mocno zaczyna padać śnieg. Niby jeszcze dzień, a już robi się szaro. Patrzymy na zegarki. Jak teraz zawrócimy, uda się zjechać jeszcze za widoku, tyle że to taki ani trening, ani wycieczka. Szybkie pytanie, czy mam czołówkę? Nie mam! A Ty? Też nie! Śmiech! To co, idziemy dalej – pyta Kaśka? Jestem za, w końcu jesteśmy blisko od cywilizacji, jak nic nie będzie widać, zjedziemy na tyłkach. Kaśka się cieszy. Mówi, że nie po to niesie ciasto w plecaku, by się przy nim nie napić. Po półgodzinie tam docieramy, do pustej sali z pięknym widokiem na Tatry. Widok muszę sobie wyobrazić, bo zaczyna się mała śnieżyca, siedzimy i gadamy dalej. W zasadzie to Kaśka gada.

 

 

Rozterki biegaczki – serce czy rozum

Czasem tak się zastanawiam, może powinnam mieć trenera, może jeszcze byłabym w stanie mocniej i równiej biegać? Może powinnam pomyśleć o jakiejś diecie? Nie, diety to się boję, bardziej niż trenera. Trener może mi coś kazać robić. Całe życie miałam trenera, od ręcznej, na siłowni mam, a dietetyk to chyba może mi tylko zakazać jeść moje ulubione rzeczy. A ja lubię jeść, a jak zjem za dużo, to się więcej poruszam. O, w takim kalkulowaniu to jestem niezła. (śmiech)

 

Z drugiej strony wiem, że z tego biegania to żyć się przecież nie da. Choć czasem jak dostanę jakiś voucher, wiesz, te takie duże, co to z sumą na podium wręczają, to zawsze robię zdjęcie, czasem pożyczam od chłopaków, bo zazwyczaj wygrywają wyższe kwoty niż dziewczyny. Robię sobie fotę i babci wysyłam, bo gdyby ona się dowiedziała, ile ja za te biegi jeszcze muszę płacić, to by mnie prześwięciła. (śmiech)

 

Nie wiem też jeszcze, jak to jest na dłuższych dystansach, bo do tej pory moim najdłuższym były ZUK i Maraton Bieszczadzki na 52 km. Ciekawi mnie, jak to jest pobiec powyżej 100 km, ale na to przyjdzie czas. Zresztą, znając życie, zapisze się na 100 km nie wiedząc, że to taki dystans. Tak samo jak było z MP. Na Mardułę w 2019 roku pojechałam i jakie było moje zdziwienie, gdy wróciłam z brązowym medalem. Nie wiedziałam, że to zawody tej rangi. (śmiech)

 

 

My tu śmichy chichy, a za oknem serio zaczyna się mocno ściemniać. Opuszczamy Bacówkę nad Wierchomlą i już szybszym krokiem wracamy w stronę Jaworzyny, gdzie czeka nas piękny zjazd w puchu po kolana. Szkoda tylko, że nic nie widać, ale i tak jest fajnie. Śnieg momentami tak zacina, że głupieje błędnik. Ciężko określić, gdzie kończy się niebo, a gdzie zaczyna podłoże. Stoimy w miejscu, a wydaje się, że się poruszamy. Nie jest to najrozsądniejsze, ale przecież jakoś wrócić musimy. Poza tym strzał adrenaliny na koniec dnia fajnie robi. W drodze powrotnej wracamy do Pleśnej. Kaśka i mnie dała trochę pogadać, choć w między czasie dowiedziałem się, że ma 300 par butów i że tak naprawdę jak zaczynała rehabilitować tego achillesa, to robiła to tak sumiennie, bo bała się, że już nigdy szpilek nie założy, że oprócz biegania po górach lubi też wspinanie, łyżwiarstwo, że hokej ją strasznie kręci, że na studiach pracowała we Włoszech. Sporo opowiadała o rodzinie. Widać, że jest z domu, gdzie wszyscy blisko się trzymają. Strasznie ciepło mówi o rodzicach, czwórce rodzeństwa. Szczerze będę kibicował jej bieganiu, bez względu na to, czy zdecyduje się na trenera, zacznie współpracę z dietetykiem, czy nadal na spotkanie i z ułańską fantazją będzie wyskakiwała najmocniejszym zawodniczkom w kraju tuż zza pleców lub jak tylko będzie je goniła. Najważniejsze, by robiła to z taką radością i optymizmem jak teraz, by nawet jak w to bieganie wkradnie się więcej kalkulacji, powiedzmy rozumu, niech na metę wpada z sercem!

 

W latach 2019–2020 Kasia Wilk wzięła udział w ok. 44 biegach. Wielokrotnie stawała w nich również na najwyższym podium. Poprosiliśmy jednak, by wskazała pięć, z których jest najbardziej dumna.

 

  1. ZUK (skrócony) 2/47 – 2 h 37 min 31 s
  2. Chyża Dubraszka 2/191 – 1 h 49 min 54 s
  3. Bieg Marduły 3/39 – 3 h 22 min 58 s
  4. Lavaredo – Cortina Sky Race 2/124 – 2 h 11 min 15 s
  5. Tatra Fest – 1/62 – 6 h 44 min 26 s

 

 

 

Rozmawiał Jędrzej Maćkowski. Wywiad ukazał się w 33. numerze magazynu ULTRA. 

Autorzy zdjęć: 

1. Jacek Deneka/UltraLovers

2. Piotr Oleszak

3. Jacek Deneka/UltraLovers

4. Archiwum prywatne Kasi

5. Karolina Krawczyk  

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Kingrunnera tworzą biegacze. Dodaj swój artykuł.

pozostałe artykuły