Jestem zwykłym amatorem – wywiad z Pawłem Żukiem

Ateny, 4.01.2020

Dwa tygodnie w Grecji, w styczniu? Brzmi jak ciekawa alternatywa do polskiej ciemnej i nieprzyjaznej aury. Choć na Półwyspie Greckim nie będzie letnich upałów, to jednak można trochę odetchnąć i złapać nieco słońca, prawda? Na taki wypad zdecydował się nasz rozmówca. A nie, czekajcie... 14 dni, 20 godzin, 2 minuty i 26 sekund – tyle zajęło Pawłowi Żukowi uporanie się z dystansem tysiąca mil podczas 14. Festiwalu Ultramaratonu w Atenach w styczniu 2019 r. Spotkaliśmy się z Pawłem dwa tygodnie po jego powrocie do Polski. Zdążył już nieco odpocząć, emocje też opadły, więc udało nam się z dystansem spojrzeć na to, czego dokonał. Ciekawi Was, jaki jest człowiek, który postanowił zmierzyć się z dystansem tysiąca mil? Jaki miał plan na ten bieg? Co go doprowadziło do miejsca, w którym się teraz znajduje? Mamy nadzieję, że dzięki tej rozmowie poznacie Pawła trochę lepiej.

Kingrunner: Między Warszawą a Paryżem lub Warszawą a Rzymem jest ok. 1300 km w linii prostej. Mógłbyś dobiec w mniej niż dwa tygodnie. A tymczasem nie tak dawno temu wolałeś 1600 km przebiec po pętli w Atenach.

Dostałem od swoich znajomych taką fajną nagrodę – oni obliczyli, że z Aten do Warszawy jest 1600 km, więc prawie tysiąc mil. Prawie ten dystans.

No i co? Nie lepiej?

Wiesz co, no nie wiem. W życiu naprawdę biegałem wszystko, każdy dystans. Moje bieganie po pętlach nie bierze się znikąd. Nie wstałem i nie powiedziałem sobie, że to właśnie tę dyscyplinę sportu będę uprawiał. Biegałem w górach – dwa razy startowałem w Rzeźniku, zrobiłem setkę w Krynicy, Iron Runa, trzy razy Ultramaraton Podkarpacki, także mam pojęcie o bieganiu górskim. Mam też pojęcie o bieganiu z punktu A do punktu B. Wiem, jak to jest biegać po bieżni mechanicznej, bo mam 14. wynik na świecie w biegu 12-godzinnym. Nie bez przyczyny wybrałem właśnie takie bieganie. Spróbowałem wszystkiego i uważam, że to bieganie po pętlach najbardziej mi odpowiada.

Zatem jaka jest ta przyczyna?

Trochę wiąże się to z faktem, że zacząłem późno biegać, miałem wtedy 36 lat. Nie miałem żadnej bazy, a wręcz przeciwnie – prowadziłem zwykłe życie, zwykłego szarego człowieka. Zmiany przyszły potem. Mój pierwszy bieg też nie był motywowany tym, że chciałem coś zmienić, schudnąć, czy coś takiego, bo wtedy jeszcze nie widziałem żadnego zagrożenia w swoim trybie życia. Przed bieganiem rzuciłem jeszcze papierosy. Zajęło mi to, nie wiem, jakieś… 20 sekund.

Masz taką silną wolę?

Nigdy się nad tym nie zastanawiałem, ale po ostatnim biegu dość dużo rozmawiam z ludźmi, udzielam wywiadów i połączyłem te fakty. To też może być przyczyna tego, że mi się udaje w tych biegach. Paliłem ponad 16 lat, półtorej paczki dziennie. Ktoś jednak poprosił mnie, bym to palenie rzucił, zgodziłem się i nie było to dla mnie problemem.

To brzmi nieprawdopodobnie!

A dla mnie to jest normalne! Po prostu mnie o to poproszono, więc to zrobiłem. Miałem w trakcie tych 16 lat taki okres – od jednych urodzin do drugich – kiedy sprawdziłem, czy mogę nie palić. Okazało się, że mogę. Więc na kolejnych urodzinach znowu zacząłem palić. (śmiech) To był taki mój wewnętrzny challenge. Padła jednak luźna propozycja: „Słuchaj, a może byś przestał palić?”. Więc zgasiłem papierosa i powiedziałem „Dobrze”. Oczywiście przez jakiś tydzień organizm trochę walczył, ale… rzuciłem, to rzuciłem. Dałem słowo. Poza tym, nie widziałem ani wielkich plusów, ani minusów. Po prostu, pali się, bo się pali… Czy to komuś cos więcej daje? A jeśli w badaniach nic źle nie wychodzi?

Wróćmy zatem do przyczyny biegania po pętli.

Wspominałem już, że biegałem po górach. Gdy zaczynałem biegać, byłem troszeczkę cięższy. Nie miałem żadnej bazy, z nikim nie konsultowałem swoich treningów, popełniałem dużo błędów technicznych. 11 razy miałem skręcony staw skokowy. Mam tak słabiutki staw skokowy w lewej stopie, że wystarczy, że źle stanę i od razu puchnie, zbiera się płyn itp. Oczywiście nad Balatonem w biegu 6-dobowym już trzeciej doby źle stanąłem i miałem spuchniętą kostkę, ale nie przeszkodziło mi to w pokonaniu biegiem jeszcze 320 km.

Czyli to nie jest tak, że kontuzje Ci się nie zdarzają, tylko nie zawracasz sobie nimi głowy?

Dla mnie to nie są kontuzje, to zwykła rzecz. Jeżeli biegam więcej, to organizm na to reaguje, buntuje się troszeczkę. Ale to nie jest powód, żeby przestawać biegać czy chodzić po lekarzach. Tego typu urazy – przy których wszyscy zazwyczaj idą do ortopedy, bo coś ich boli – nie robią na mnie wrażenia. Jeśli coś mnie boli, to przykładam lód, wcieram maść i idę na trening.

Trzeba rozmawiać ze swoim organizmem, poznać się z nim. Jeżeli organizm mówi, że „słuchaj, jedziemy na maksa już drugi dzień, troszeczkę mnie boli tu i tu, zluzuj, chłopie”, to ja mu na to „dobra, to luzujemy”. Ale później robimy coś dwa razy mocniej, bo trzeba iść do przodu. Dogadujemy się po prostu. Nie czuję potrzeby konsultowania z lekarzem tak błahych spraw, że coś mnie boli. Ja przeszedłem zawał serca w wieku 29 lat i nie byłem u lekarza. Przechodzony, bo byłem wtedy jeszcze młodym człowiekiem i… nie byłem u lekarza.

Czekaj, czekaj, jak to zawał? Jak to przechodzony?

Przesiedziałem w takiej pozycji (Paweł się kuli na kanapie, na której siedzi) chyba ze dwie godziny w toalecie w domu. Nie mogłem ani się ruszyć, ani złapać powietrza. Po tych dwóch godzinach lekko się obróciłem, kolejne dwie godziny siedziałem już trochę mniej skulony, żeby dojść do siebie. Jakoś doszedłem i… Później przy okazji badań okresowych do pracy miałem echo serca. Lekarz początkowo myślał, że mu się coś zepsuło. (śmiech) „Z badania wychodzi, że miał pan zawał serca”. „No było coś takiego”.

Faktycznie, był taki epizod. (śmiech)

To chyba wynika też z tego, że z mojej rodziny nikt nigdy do lekarza nie chodził. Raczej stosowaliśmy tzw. babcine metody. Na kaszel syropy z czosnku czy cebuli, stawiało się bańki – i to pomagało. Choć operacji nie przeprowadzaliśmy. (śmiech) Na szczęście nie miałem nigdy jakichś złamań czy chorób, które wymagały ingerencji lekarskiej. Mało tego, mam 44 lata i tylko dwa razy byłem na zwolnieniu lekarskim. W ubiegłym roku, po biegu 10-dobowym w Nowym Jorku i teraz po tysiącu mil w Atenach. Przez 20 lat pracy nie byłem ani razu na L4.

Masz końskie zdrowie?

Nie, choruję czasem. Mam gorączkę czy coś takiego, ale nie uważam tego za powód, by brać tygodniowe zwolnienie. Ja się z tego wyleczę, choć jestem oczywiście osłabiony.

No ale zawał to już nie przelewki, tylko poważna sprawa.

Wiesz, ja wtedy byłem młody, nie uprawiałem sportu, ale dość szybko doszedłem do siebie. Miałem zamiar iść do lekarza, przebadać się, skonsultować to, bo wiedziałem, że to był zawał – tak mi wychodziło z opisów w internecie. Ale życie toczy się dalej, miałem iść, nie poszedłem…

A teraz, gdy masz już trochę więcej lat, badasz się okresowo?

Tak. Np. ostatnio byłem u dr. Łukasza Małka, znanego kardiologa. Robiłem testy sprawnościowe, rezonans serca itd. Przewertował mnie na wszelkie możliwe kardiologiczne sposoby. (śmiech) I wszystko jest super. Mięsień sercowy jest rewelacyjnie rozwinięty, poszczególne elementy są wzmocnione i pracują bez zarzutu. Przepływy i aorty też OK. To, co u biegacza powinno być powiększone w związku z dużym wysiłkiem, to jest powiększone – wręcz książkowo to wygląda. Pytanie, czy z biegaczami nie jest tak jak z kulturystami. Przez 20 lat jest świetnie, osiągamy pewien maksymalny pułap i nagle wszystko nam pikuje? Tego jeszcze nie wiemy… Chociaż gdy patrzę na stronę DUV Ultramarathons Statistics, to najlepsze wyniki mają osoby w wieku 45–55. A moi koledzy, z którymi startuję, to w dużej mierze 60-latkowie. Andrzej Radzikowski na ostatnich mistrzostwach Europy w Rumunii, walczył z Francuzem, który dobiegał do sześćdziesiątki. Wyprzedził go dopiero po 23 godzinach! To, co się miało zepsuć, to się zepsuło, to co się miało naprawić, to się naprawiło, lepiej nie będzie. Głowa mocna, bo pokonane setki maratonów. Taki człowiek może teraz biegać i biegać.

A wracając do mnie: nie mogę ze względów na słaby staw skokowy ścigać się w górach. Nie mogę się puścić, bo źle stanę, kostka od razu puchnie i po bieganiu. Dlatego nie mam z tego frajdy. Górskie biegi zaliczam rekreacyjnie z moją Natalią. Siłą rzeczy biega trochę wolniej ode mnie. W tym roku planujemy razem zrobić Iron Run w Krynicy (m.in. 80 km po górach). Przebiegłem też z nią ultramaratony Karkonoski, Podkarpacki. Dla mnie to dobry trening, bo długo – ok. 10 godzin – przebywam na trasie. Ale ścigać się już niestety nie mogę. Asfalt natomiast bardzo dobrze znoszę. Nie mam takich bólów, na które skarżą się inni biegacze.

 

Fot. Karolina Krawczyk

 

Co czujesz, jak biegasz na kilometrowej pętli w Atenach?

Ja w ogóle nie czuję, że to jest pętla. Nie biegam z zegarkiem, nie trzymam założonego tempa – od tego jest serwis. Wiem, że mam przebiec tysiąc mil. Limit: 16 dób. Wychodzi 102 km na dobę. Nad tym czuwa serwis. Byłem chory przez tydzień, miałem wysypkę, nie mogłem zginać nogi. W nocy były burze, nie mogłem nawet iść, musiałem kucać, ustawiając się tyłem do kierunku wiatru, bo aż tak wiało. W godzinę zrobiłem 3 km! Serwis powiedział: „Paweł, nie ma sensu. Kładź się, odpoczywaj, bo się zajedziesz. Poprawi się pogoda, za dwie–trzy godziny zrobisz 8 km”. Z drugiej strony, nie mogłem sobie zafundować dodatkowych trzech godzin snu poza tymi trzema standardowymi, bo nie zrobiłbym limitu dziennego. A nie możemy dopuścić do tego, by jednego dnia zrobić 77 km, bo drugiego będę musiał przebiec już 130 km, co np. dziewiątego dnia biegu nie jest takie łatwe. Dlatego tak ważny jest ten dobór strategii, którego pilnuje serwis. Na ile możemy sobie pozwolić, czy pobiec mniej, czy pobiec więcej? Czy jest sens w ogóle biegania więcej? Kamil Werner, mój serwisant, w pierwszym tygodniu, kiedy dobrze się czułem, mówi: „Paweł, po co ci to? Po co ci te 6 km więcej? Kładź się, będziesz miał godzinę, prysznic, maści. Nogi do góry, plecy odpoczywają. Bo teraz pobiegniesz więcej, a za tydzień 20 km mniej i nie skończysz biegu”.

Strategia biegu i plan są szalenie ważne. Od pierwszego dnia musimy się tego ściśle trzymać niezależnie od samopoczucia – plan musi być wykonywany.

Co masz w głowie, gdy po raz tysięczny mijasz ten sam widok? A co, gdy mijasz go po raz tysiącsześćsetny?

To wszystko jest zadaniowe. Wstaję rano, jem śniadanie wcześniej przygotowane przez serwis, myślę o celu. Więc co mam w głowie? To, jak ciężko trenowałem, żeby przyjechać na taki bieg. Jaką drogę przeszedłem, żeby to zrobić. O tym, że muszę trzymać się planu, że muszę zrobić te 102 km, że dam radę. Gdy biegnę, nie obchodzi mnie to, żeby coś widzieć. Ja biegam dla samego biegania. Czytałem nawet wypowiedzi tych szybszych biegaczy górskich, że ich nie interesują widoki, tylko ściganie. Po prostu lecą.

Od widoków mają rekonesans. (śmiech)

Dokładnie. My z Natalią też pojedziemy w góry, pospacerujemy sobie, popatrzymy, jest pięknie. Ale żebym się zachwycał i robił zdjęcia podczas biegu? No nie, nie o to chodzi, jesteśmy biegaczami.

Nakręca Cię osiąganie celu? A rekordy? Bo widziałam na Twoim fanpage’u posty o tym, jakie rekordy pokonywałeś w trakcie biegu – np. rekord Polski (swój zresztą) na 1000 km, 10-dobowy. Pisałeś też o planach biegacza z Mongolii na złamanie rekordu w biegu 10-dobowym. I kogoś tam na rekord na bieżni mechanicznej.

Te rekordy nakręcają mnie dlatego, że są po prostu w moim zasięgu. Uważam, że takie wyniki trzeba pobić, bo nie są rewelacyjne.

Stać Cię na więcej?

Tak, stać mnie na więcej. Gdy biegłem 12 godzin na bieżni mechanicznej, chciałem pobić wtedy rekord Polski, to zrobiła się z tego burza w internecie. Tysiące osób pytało, dlaczego na bieżni, Bartek Olszewski wrzuca post o plusach i minusach treningu na bieżni, nagle pojawia się dyskusja na ten temat. Okazało się, że niektórzy dopiero wtedy odkryli bieżnię mechaniczną! (śmiech) I fakt, że można na nich robić dłuższe treningi.

Ja cały czas uważam się za człowieka, który przeciera szlaki. Mamy bardzo dobrych biegaczy ultra. Póki co u nas jednak jest jeszcze zupełnie inna filozofia biegania w ogóle. Według mnie wiąże się to jeszcze z pieniędzmi…

W jakim sensie? Masz teraz na myśli biegaczy trailowych czy asfaltowych?

Mówię teraz ogólnie o bieganiu w Polsce. Mamy teraz taką tendencję: 5 –10 km, 100 zł wpisowego, koszulka, medal i do domu. Dla 80 procent biegaczy myślenie o bieganiu kończy się na dystansie maratonu. Nie wiedzą o bieganiu w górach i innych dystansach ultra. Natomiast na świecie od zawsze biegało się po pętlach. Te moje, tak je nazwijmy, biegi, one już mają np. 29. czy 36. edycję. Jednak wiele osób kojarzy ultra z bieganiem z punktu A do B po górach. A my – mam na myśli biegaczy – w te góry trafiliśmy stosunkowo niedawno. Rzeźnik ma 12. edycję, Podkarpacki – szóstą, DFBG, które wygrał Łukasz Sagan, to była dopiero piąta edycja.

Fakt, samo UTMB jest rozgrywane dopiero od 14 lat.

Bo to dość nowy trend. Znacznie wcześniej na świecie biegało się po pętlach, po asfalcie. Mam takie swoje motto, że w bieganiu stawiam na bieganie. Więc jak biegnę i nagle po 8 km wyrasta góra, pod którą muszę podchodzić z kijkami… No kurczę! Ja biegnę 12 godzin, pokonuję 120 km, nagle mam jakąś przerwę, bo coś mnie boli, więc wymiotuję, biorę jakiś proszek, przechodzę na 2 km do marszu, dochodzę do siebie i biegnę dalej. Biegnę! Bo jestem biegaczem, więc mam biegać! (śmiech)

Od razu zaznaczę w tym miejscu, że bardzo podziwiam górali! To bardzo mocni zawodnicy, zresztą większość z nich świetnie sobie radzi na asfalcie, mają bardzo dobre wyniki. Nie tak dobre jak asfaltowcy, ale jednak bardzo fajne. Raczej trudniej poradzić sobie człowiekowi z asfaltu w górach…

Ale są takie transfery!

Są, jasne. Amerykańscy uczeni udowodnili, że my, biegając po asfalcie, obciążamy tylko 37% mięśni. Czyli mamy trzykrotnie większy nacisk na pewne mięśnie niż górale. Kiedy biegniesz w górach, stopa pracuje w różnych kierunkach. Tak samo całe ciało – musisz być fizycznie bardzo sprawny, a praca mięśni rozkłada się na całe ciało. A jak biegasz po asfalcie, to obciążenie pada jednak na te same grupy mięśni. Jak siadasz, to ktoś musi pomóc ci wstać, bo samemu możesz zrobić to w niewłaściwy sposób, co może spowodować kontuzję i wyeliminować z dalszego biegu.

W Polsce najstarszy bieg ultra to Kaliska Setka.

I też po pętlach, i też po asfalcie. Te biegi mają bardzo długą tradycję. W Niemczech praktycznie w każdy weekend organizowane są dwa–trzy biegi dobowe. Każdego weekendu! A u nas? Mistrzostwa Polski i Leśna Doba. Tylko. Tam przyjeżdżają całe rodziny, rozbijają namioty, grillują, a matka biega. To przybija piątki z dziećmi, to przejdzie jeden kilometr Przebiegnie 130 km, zadowolona, paznokcie całe. Rodzina też szczęśliwa, bo spędzili razem weekend. A u nas? 5 km, zadyszka, o mój boże, zapisz mnie od razu do ortopedy!

A przecież sam mówiłeś, że w swoim debiucie na 10 km też trzy razy myślałeś, że umrzesz.

Tak, faktycznie myślałem, że umrę. W ogóle nie miałem wiedzy o bieganiu. Jak ktoś wstanie tak jak ja z kanapy i pójdzie przebiec 10 km, syn na mecie, tłum cię niesie, to biegniesz. Po 2 km jedno płuco odmawia posłuszeństwa, po 5 km myślisz: „Kurde, po cholerę mi to było?” Gdyby nie syn Bartek na mecie, to na pewno bym zrezygnował. Nie miałbym motywacji. Ale jaki dałbym mu przykład? Musiałem to skończyć. Nie było mowy, żebym zszedł – chyba bym się mu z tego nie wytłumaczył do końca życia. Nie wyobrażam sobie, że potem gdy proszę o coś mojego dorastającego syna czy wyznaczam mu jakiś cel, słyszę: „Nie, bo ty też kiedyś odpuściłeś”. I nie mam karty przetargowej, dlatego nie było mowy, żebym nie ukończył tego biegu.

Kiedy to było dokładnie?

W 2012 r. podczas Biegnij Warszawo. Moja pierwsza dyszka, równe 55 minut.

No właśnie, impulsem dla Ciebie do tego, by zacząć biegać, był Półmaraton Warszawski, na którym na mecie wręczane były medale. Powiedziałeś w jednym z wywiadów, że to była dla Ciebie motywacja do biegania, tak?

Tak, faktycznie tak było. Wiele osób, które znam, nie tylko początkujący, lecz także doświadczeni maratończycy, kolekcjonują medale. Lubią je. Każdy biega dla siebie – jeden dla rekordów, drugi dla medali. Inni jadą na Antarktydę, zdobywają koronę maratonów, a inni z kolei w ogóle żadnych koron nie uznają.

Twoja partnerka – Natalia, też biega, prawda? Na długich dystansach? Zaraziłeś ją bieganiem?

Teraz już narzeczona. Nie, biegała już, gdy się poznaliśmy. Od dwóch lat przygotowywała się do maratonu. Powiedziałem jej, że nie ma co się przygotowywać i w kolejny weekend zabrałem ją, by w końcu ten maraton przebiegła. I zrobiła to w 3:59 w debiucie. (śmiech) Teraz po kilku ultramaratonach przygotowuje się do kolejnego wyzwania. Będzie to Iron Run w Krynicy.

A Twoje dzieci? Bo już wspomnieliśmy o synie.

Mam dwóch chłopaków z pierwszego małżeństwa. Starszy ma 19 lat i gra w koszykówkę trzecioligowej Rosie Radom, a w zasadzie Hydro Truck Radom. Młodszy jest jeszcze za mały na sporty.

Masz pełne wsparcie bliskich w tym co robisz?

Tak, choć bardzo się o mnie niepokoją. Oboje z Natalią biegamy ultra dystanse, a nawet mega ultra. A w takich biegach mogą się wydarzyć różne rzeczy.

Uprawiacie też turystykę biegową. Gdzie lubicie jeździć?

Zazwyczaj trzy razy w roku wyjeżdżamy sobie do jakichś miejsc w Europie, gdzie kilka dni spędzamy na zwiedzaniu i łączymy to ze startem np. w maratonie. Dzięki czemu jesteśmy dość dobrze zorientowani, jeśli chodzi o organizację różnych imprez biegowych. Część z nich możemy polecić, części nie. Zdarza się, że organizatorzy biegów w Polsce zgłaszają się do nas z prośbą o porady w kwestii organizacji – jak rozwiązywane są sprawy toalet, pryszniców, jedzenia. Jakie wpisowe itd. Chętnie się dzielimy naszą wiedzą, w końcu widziałem już różne błędy popełniane przez organizatorów.

Fot. Karolina Krawczyk

 

A jakie biegi polecasz?

Miło wspominam 6-dobowy bieg nad Balatonem. To są wczasy! Każdy z zawodników miał do dyspozycji domek z prysznicem, łóżka, pościel, obszerny salon i 100 m do jeziora. Tylko że biegać trzeba! (śmiech) Ale z trasy widzisz Balaton, który ma inny kolor rano, inny w południe, a jeszcze inny wieczorem – to informacja dla tych, którzy tęsknią za widokami.

W Atenach miałem tak, że gdy wybiegałem z hali, to na horyzoncie od razu widać było greckie góry. Nad nimi często wiły się chmury, tuż nad samymi wierzchołkami, działo się tam – było na co popatrzeć! Kiedy jadłem, to szedłem i patrzyłem, co się tam działo, jak Zeus piorunami macha nad tymi górami. (śmiech) Gdy z kolei wracałem na halę, to tuż obok za autostradą było morze.

Czyli jako ktoś bardzo chce widoki, to w sumie…

Znajdzie je wszędzie. (śmiech) Zazwyczaj to są jakieś jeziora, lasy. To jest to, co my, ultrasi asfaltowi, lubimy najbardziej: równiutki, piękny asfalt i wysokie drzewa pochylające się nad drogą. Słońce gdzieś przez to przebija. Jest natura, jest asfalt, można biegać! (śmiech) W tym wszystkim jednak jest jeszcze jeden aspekt: bezpieczeństwo. Na kilometrowej pętli czujesz się po prostu bezpiecznie.

Zapisy na ten bieg też nie są takie proste, że płacisz i jesteś na liście. Trzeba dostać zaproszenie. Organizatorzy sprawdzają twoje wcześniejsze starty, zastanawiają się, jakie są twoje szanse na ich biegu itd. W Atenach byłem najsłabszym biegaczem w całej stawce.

Naprawdę? Na tysiącmilowym?

Tak! Udział w biegu brał m.in. Francuz, Serge Girard, który obiegł świat dookoła w najlepszym czasie…

Liniowo? (śmiech)

Nawet nie wiem, na jakiej zasadzie, bo nie myślę o takich rzeczach, ale przecież to samo zrobił już Piotrek Kuryło i dostał za to Kolosa. W każdym razie Francuz zrobił to w najkrótszym czasie. Grek, który przez pierwszy tydzień utrzymywał się tuż za mną, dwukrotnie był w czołówce podwójnego Spartathlonu. Rumun, drugi zawodnik, który ukończył bieg w Atenach, wygrał ze mną w Nowym Jorku bieg 10-dobowy. Kolejny Grek był rekordzistą świata w biegu 7-dobowym – z takim wynikiem, do którego chyba nigdy się nawet nie zbliżę. Ja tam byłem, wiesz, zwykłym żuczkiem z Polski…

Nomen omen. (śmiech)

Chyba dla podwyższenia frekwencji i wpisowego mnie zaprosili. Nie sądzę, że ktokolwiek myślał, że to ukończę. Sądzili chyba, że pobiegam może tydzień i wrócę do Polski. Jednak praca, doświadczenie z innych biegów, przyjęcie odpowiedniej strategii zaprocentowało. Wiesz, ja w trakcie przygotowań do tego biegu zszedłem z kilometrażu.

Właśnie, bo mówiłeś, że Twoje przygotowywania trwały rok, tak? Zacząłeś od razu po 10-dobowym biegu w USA.

Tak, od razu podjęliśmy decyzję, że biegnę w czymś dłuższym i trudniejszym i padło na tysiąc mil. Zebraliśmy fundusze, opłaciliśmy start i zaczęły się przygotowania.

I jak one wyglądały?

Mniej biegałem! (śmiech) Widzisz, z każdego biegu trzeba wyciągać wnioski.

Mniej to znaczy ile?

500–600 km miesięcznie. Normalnie kilometraż to jest ok. 800-900 km, tyle się biega w trakcie przygotowań do biegów ultra, np. dobowych. Bo wiesz, dla nas, ultrasów szosowych, bieg dobowy to jest sprint. Dążymy do tego, by mieć tylko jedną przerwę na siku. A tak całą dobę biegamy bez zatrzymania. Biegliśmy np. na stadionie w Barcelonie, 156 osób. Monika Biegasiewicz z naszej kadry miała jedną, 17-sekundową przerwę na toaletę! To jest sprint! Do tego dążymy i tak się przygotowujemy. Tam nie ma czasu! Gdy wychodzisz na dwójeczkę, to przegrywasz! (śmiech) To trochę jak w lekkiej atletyce. Możesz biec 400 m, możesz biec 400 m przez płotki i sztafetę 4 razy 100 m. To są zupełnie różne biegi i inaczej się do nich przygotowujesz. Tak samo inaczej trenujesz do biegu dobowego, dwudobowego, a inaczej na tysiąc kilometrów czy tysiąc mil. Zupełnie inna bajka!

Czyli Ty paradoksalnie zmniejszyłeś liczbę pokonywanych kilometrów.

Tak. W Nowym Jorku miałem kontuzję mięśnia przypiszczelowego, która utrudniała mi nawet chodzenie. Zrobiłem z nią tylko 54 km ostatniej doby i wtedy właśnie wyprzedził mnie Rumun. Finalnie skończyłem na piątym miejscu. Mógłbym biec z otwartym złamaniem ręki, ale stopy już nie mogłem bagatelizować. To mi dało do myślenia, że muszę coś zmienić. Wzmocnić pewne partie mięśniowe- plecy, brzuch, uda. Zrobiłem kilkadziesiąt kilometrów basenu, wiosła, dużo kilometrów na rowerze. Wykonywałem też ogólne ćwiczenia wzmacniające.

Ile czasu tygodniowo poświęcałeś na trening?

Dziennie poświęcam dwie–trzy godziny. Pracuję zmianowo, więc jak idę na drugą zmianę, to rano mam trening i zajmuję się domem i kuchnią. Natalia wraca z pracy, ma już obiad zrobiony, może iść na swój trening. Mamy tak poukładane życie, że gdzieś wokół tego biegania ono cały czas krąży. A że biegamy oboje i to na długich dystansach, mamy tak wszystko zorganizowane, żeby mieć czas na długi trening. W końcu bieg to ma być przyjemność, a nie zawsze walka. Nie zawsze musi paść rekord, ważne, żeby być zadowolonym z biegu.

A jak u Ciebie w takim razie z regeneracją? Skoro masz takie duże obciążenia treningowe?

Dla mnie odpoczynkiem jest np. wolny maraton.

A robisz sobie jakieś roztrenowanie np.?

Nie, ja nie jestem zawodowcem. Ja nie trenuję dwa–trzy razy dziennie na maksymalnych obrotach. Nie potrzebuję roztrenowania. Ja biegam, bo lubię, po prostu. Są takie dni, kiedy wstaję i strasznie mi się nie chce, ciężko się czuję. To robię sobie reset, jem pączki, piję kawę.

Odpuszczasz, słuchasz organizmu.

Tak! Mało jest takich dni, bo ja bardzo lubię biegać, ale zdarzają się. I nie mam z tego powodu wyrzutów sumienia. Rozmawiam z organizmem. Jak on mi mówi: „Paweł, daj mi pączka”, to muszę mu tego pączka dać, bo potem mi powie w biegu 10-dobowym: „Słuchaj, ale nie dałeś mi wtedy tego pączka, jak chciałem, więc nie będę teraz z tobą współpracował!” I wtedy mogą się dziać złe rzeczy! (śmiech) Cały czas mam nadzieję, że współpracuję ze swoim organizmem. Gdy czuję, że coś jest nie tak, to od razu maści, lód. Dbam o niego, bo mi później odpłaca podczas biegu. Boli, bo boli, ale to nie pierwszy raz. Nic się nie dzieje, nie ma jakichś urazów, to jedziemy, walczymy.

Mówiłeś mi, że jesz praktycznie wszystko.

Tak, nie mam żadnej diety. W końcu bardzo dużo spalam. Badania też pokazały, że nie mam problemów z tkanką tłuszczową, wszystko jest w doskonałych proporcjach. Morfologia dobra, jestem honorowym krwiodawcą, mam oddane ponad 50 litrów krwi. Regularnie raz w miesiącu oddaję płytki krwi.

W trakcie biegu na tysiąc mil schudłem 7,5 kg. Zgodnie z regulaminami długich biegów ultra przed każdym startem jesteś ważony. Jeżeli mój ubytek wagi przy wadze wyjściowej wynosi 10%, to wtedy lekarz ściąga mnie z trasy, bo to już jest balansowanie na krawędzi.

Gdy zacząłem biegać ultra, podpatrywałem też innych biegaczy. Co jedzą, co robią, jak trenują. Zacząłem wprowadzać te rozwiązania u siebie. Oczywiście część nie była dla mnie, ale niektóre patenty były rewelacyjne. Kiedy dowiedziałem się od Maćka Żukiewicza, że Ola w trakcie biegu dobowego zjadła ponad 30 żeli, to byłem w szoku. Ale potem okazało się, że Maciek słodził jej herbatę żelem czy rozpuszczał w ciepłej wodzie, co wspaniale sprawdziło się też u mnie.

No właśnie, bo ja jestem ciekawa, co Ty jesz w trakcie biegu?

Wszystko! Staramy się jednak unikać ciężkostrawnych potraw, ponieważ w trakcie długiego biegu układ pokarmowy tak jak cały organizm jest bardzo obciążony i może się po prostu zbuntować. Nie możemy cały czas ładować schabowego z ziemniakami, bo sobie z tym nie poradzi. Choć oczywiście przychodzi taki dzień, kiedy mówię do serwisu: „Kiełbasa!” (śmiech) Zawsze bierzemy kiełbasę. Wiemy, że przyjdzie ten moment, kiedy kiełbasa po prostu musi być. Były też pierogi i schabowy, choć zjadłem go tylko kawałeczek.

Ale ten smak!

Słuchaj, ja tylko popatrzę i już mam na 50% naładowane baterie. Gotowane jajka, bułeczki też chętnie wciągam. Ostatnio świetnie mi się sprawdziły koktajle węglowodanowo-białkowe – 300 ml shake’a, bardzo mi to smakuje. Wiesz, ja co kilometr ruszam gębą. Przebiegam przez serwis i zawsze coś dostanę. Żelka, ciasteczko.

No ale jesteś w Grecji i nagle zachce Ci się czegoś, czego nie przewidzieliście, to co?

Nie ma takiej możliwości. Mamy rok na przygotowania. Rozmawiamy o tym, co lubię, czego mogę chcieć, co mogę zjeść i to bierzemy. Wiemy z doświadczenia, że pewnych rzeczy nie ma, jak np. serka homogenizowanego z mojej ulubionej firmy. Więc przywozimy go ze sobą, bo ten grecki się nie umywa.

Wiesz, limit biegu to 16 dni. Musimy być tam wcześniej. W trakcie biegu jednak nikt z serwisu nie może wziąć urlopu na trzy tygodnie i jechać ze mną na bieg. Musieliśmy to podzielić. Najpierw był Kamil, potem Gośka z Natalią. Na miejscu był Szymon i jeszcze inni ludzie z Grecji. Przez cały czas były dwie–trzy osoby przy mnie jako serwis. I naprawdę o mnie dbają. Czy to shake, czy jakaś konserwa, czy moje ulubione słodycze… Czekolada gorzka to jednak nie jest czekolada mleczna czy z bakaliami… (śmiech)

Wszyscy wiemy, że zdrowsza, ale jednak mleczna to mleczna. (śmiech)

No dokładnie! My po prostu wiemy, co lubię. I nie jestem wybrednym biegaczem. Natalia mi podaje w kubeczku czy to kisiel, czy kawałek piersi z kurczaka, czy BCAA i ja to wszystko jem.

O, czyli bierzesz BCAA w trakcie biegu?

Tak, koniecznie. Biorę też magnes, potas, sole mineralne i ogólnie jakieś witaminy. Piję bardzo dużo izotoniku, mamy też zawsze colę, rumianek, gorzką herbatę z cytryną. I jesteśmy z tym na dobrej drodze, bo ani w Atenach, ani w ubiegłym roku w Nowym Jorku nie miałem żadnych problemów żołądkowych. Wszystko to, co bierzemy ze sobą, fantastycznie się sprawdza i jest idealnie dobrane.

A Wy lecicie tam samolotem czy jedziecie samochodem?

Lecimy.

To chyba dokupujesz dodatkowy bagaż na samo jedzenie?

Oj, tak! Kamil wziął trzy duże walizki, ja tyle samo plus plecaki. Później dolatywały Natalia i Gosia – z takim samym zestawem. Plus śpiwory i inne rzeczy logistyczne, bo wiedzieliśmy, że baza zawodów będzie tragiczna.

To była jakaś hala, prawda?

Zwykła sala gimnastyczna, jakich wiele u nas. Tylko ze ściągniętym parkietem. Podłoże stanowił więc goły beton z pyłem jak z budowy. Kiedy biegaliśmy, kurzyło się niemiłosiernie. Obok tej hali w salach mieliśmy swoje miejsca – w każdej sali mieściło się pięciu zawodników. Spaliśmy na pięciocentymetrowym styropianie, dwa na metr. Jestem za chudy na takie warunki, nie mogłem spać, bo mnie wszystko bolało. Miałem trzy godziny na ogarnięcie się – prysznic, wtarcie maści, jakieś podstawowe rzeczy, i po tym zostawały mi jakieś dwie godziny na sen. Nie mogłem spać… ale to też przewidzieliśmy i po obiedzie miałem godzinną przerwę. Czyli jadłem obiad o 13, potem szybki prysznic, maść i mnie odcina na pół godziny.

Turbodrzemka.

Tak. I jestem dalej w grze. I ta drzemka dawała mi więcej w dzień niż ten sen w nocy. A próbowaliśmy wszystkiego, nawet przyjmowałem setkę wiśniówki na lepszy sen. (śmiech) I o ile jednej nocy zadziałało, o tyle kolejnej już nie. A moje problemy ze snem potęgowała jeszcze ta wysypka.

No właśnie, w trakcie biegu dostałeś bardzo bolesnej wysypki na nogach, która przeszkadzała Ci w biegu. Skąd to się wzięło?

Przez ten pył na hali. W sumie miało tę wysypkę pięć osób! Przeszła mi przez całe ciało, wciąż mam blizny. Pojawiły się bąble z wodą. Zupełnie nie wiedzieliśmy, co to jest. Tej doby przebiegłem tylko 97 km, więcej nie było sensu, bo nie mogłem zginać nogi. Zdecydowaliśmy się jednak przebić te bąble, bo jeszcze dwie doby i po biegu. Na szczęście! Natalia przywiozła też ze sobą jakąś maść z antybiotykiem, ona właśnie mi pomogła i wysypka zaczęła ustępować.

Zacząłeś potem lepiej spać?

Tak, te dwie godziny już w nocy przesypiałem, miałem 700 km do końca, nic nie przeszkadzało w bieganiu! To co to jest te 700 km? (śmiech) Wiesz, to są dwa tygodnie biegania. Przez dwa tygodnie żyjesz tutaj i wszystko się może zdarzyć. Dziecko ci zachoruje, jakieś problemy w pracy. A w bieganiu może stać się jeszcze więcej, w końcu cały czas obciążasz organizm. Do tego pogoda. Szykujesz się jak na wojnę! Tak naprawdę nie walczyłem z dystansem – bo do jego pokonania byłem przygotowany. W końcu po to biegam. Bardziej obawiałem się tego, co może przynieść ten długi czas wysiłku. Że może przywiać z wiatrem jakąś chorobę. A ten silny wiatr wiał przez cztery noce z rzędu, co robiłem krok do przodu, to mnie znosiło na bok. I byle do tej hali. W godzinę robiłem 3 km. Całą aparaturę do pomiaru czasu kilka razy zwiało gdzieś w pola…

I ze względu na te warunki nie zatrzymali biegu?

To jest zapisane w regulaminie – bez względu na pogodę biegamy. I to też kwestia odpowiedniej strategii.

Ale i tak zmieściłeś się w limicie ze sporym zapasem.

To prawda, bo widzisz, mieliśmy strategię, ale obserwowaliśmy też innych. Rumun przygotowuje się pod 3100 mil w Nowym Jorku, czyli prawie 5000 km. Na tym biegu organizatorzy wymagają, by spać sześć godzin na dobę. Biegasz od 6 rano do 24, trasa jest zamykana, śpisz w normalnych warunkach, stawiasz się rano i biegniesz. Limit tego biegu to 52 dni. Dlatego właśnie Rumun w Atenach chodził spać o 24. Ja – o jakiejś pierwszej, drugiej, w zależności od tego, czy wybiegałem swoje. Grek chodził spać o trzeciej i przez pierwszy tydzień nie miał żadnego supportu. Zerwał oba achillesy. Ponieważ szybciej od niego biegałem i codziennie dokładałem mu 15–20 km, on biegał tę godzinę dłużej, by wyrównać pokonany dystans. Ale wyobraź sobie, że pomimo kontuzji nie zszedł z trasy. Nabiegał 1408 km!

Wiesz co, mi się to w głowie nie mieści.

Mój kolega mówi, że biegać można nawet z otwartym złamaniem… ręki. Nie wiem, czy wyczułbym, kiedy dany uraz jest na tyle poważny, żeby przestać.

Ale z urazem w Nowym Jorku przebiegłeś „tylko” 50 km i koniec?

Już nie walczyłem, tylko sobie spacerowałem, ale staw już w ogóle nie funkcjonował. Bolało też już bardzo…

Ból jest wpisany w to Twoje bieganie.

Tak, ale nawet jak dzieje się coś poważniejszego, to ten ból nie jest większy.

A dusza boli?

Dusza płacze. (śmiech) Mam takie momenty, że płaczę. Czasami, jak już bardzo boli, to czekam aż zacznę płakać, bo zajmuje mi to ok. minuty, a czuję się, jakbym był 10 kg lżejszy. Takie katharsis. I nagle się wszystko rozjaśnia, nawet w środku burzy. Nie wiem, dlaczego tak jest, ale tak właśnie na mnie działa płacz.

Masz dużo czasu, żeby pomyśleć sobie o życiu, o tym, co robiłeś…

Rzadko biegam z muzyką na zawodach, choć zdarza mi się, że np. pół godziny czegoś posłucham – od Zbigniewa Wodeckiego po Rammstein, w zależności od etapu, na jakim jest głowa. Najczęściej jednak rozmyślam. Albo rozmawiam ze swoim organizmem, albo myślę o swoim życiu. Analizuję, co było złe, a co dobre, czy mogłem postąpić inaczej, jakie z tego płyną wnioski na przyszłość, co bym chciał zrobić, co poprawić.

A żałujesz czegoś?

W życiu? Tak, popełniłem kilka błędów. W końcu jestem zwykłym śmiertelnikiem, mimo że przebiegłem tysiąc mil. Moje życie było i nadal jest zwykłe, tylko…

Tylko że do telewizji Cię teraz zapraszają! (śmiech)

Tak, nie wiem czemu. Z perspektywy czasu wiem, że pewne rzeczy bym zrobił inaczej. Wyrządziłbym tym mniejszą krzywdę sobie. W życiu chyba o to chodzi, żeby je dobrze i szczęśliwie przeżyć. Żeby być szczęśliwym z podejmowanych decyzji i żeby inni wokół ciebie też byli szczęśliwi. A nie zawsze tak było, były łzy, było cierpienie. Z moich złych decyzji, złych reakcji na to, co przynosiło życie. Ktoś mi wyrządził jakąś krzywdę… Teraz wiem, że postąpiłbym inaczej, ale było – minęło. Wiem, że w przyszłości tych błędów nie popełnię.

Z drugiej strony, może dzięki tym – złym – decyzjom jesteś teraz tu, gdzie jesteś.

Dokładnie! Może gdyby się wszystko dobrze układało, to odnalazłbym pasję w… pływaniu synchronicznym?

Wróciłbyś do lekkiej atletyki?

To był mały, roczny incydent, kiedy byłem jeszcze młodym człowiekiem. Skakałem wtedy wzwyż, w dal, uprawiałem dziesięciobój. Może bym przy tym został?

A powiedz mi, bo mówiliśmy już o tym, jak podziwiasz ultrasów biegających po górach. A czy Ciebie ktoś inspiruje? Masz jakieś biegowe czy życiowe autorytety?

Wiele osób. Nawet Marcina Świerca poznałem na Rzeźniku te pięć lat temu… Pewnie mnie nie pamięta, ale ja to nasze wspólne zdjęcie mam. Kiedyś byłem cholerykiem, co podkreślają moi znajomi. Teraz stałem się „do pogadania”. Dzięki bieganiu ultra wyciszyłem się i nie reaguję tak raptownie. Wolę sobie jednak pewne rzeczy przemyśleć, zanim zareaguję. Ultra mnie nauczyło pokory. Znam wielu biegaczy, wielu podpatrywałem, wymienialiśmy poglądy.

Kiedy pierwszy raz pojechałem na dwumaraton w Bydgoszczy, poznałem wielu inspirujących ludzi. Cały wieczór poprzedzający start tylko słuchałem i chłonąłem. To właśnie tam dowiedziałem się, że są biegi dobowe, spartathlony. Dużo starszych ludzi to dla mnie autorytety. To osoby, które podejmowały i wciąż podejmują intrygujące wyzwania.

Moje bieganie to przemyślenia – o tym, co było i co będzie. Walka o cel. Bo lubię sobie stawiać cele i je osiągać. Dla mnie bieg rozpoczyna się wtedy, gdy zostaje podjęta decyzja o starcie. Powiem Ci, że jak stanąłem na starcie biegu na 1000 mil, to czułem spokój. Że to się wszystko skończyło i teraz tylko muszę przebiec 1000 mil. Miesiące strategii, obmyślania, logistyki…

Fot. Karolina Krawczyk

 

W pierwszym numerze ULTRA ukazał się Kwestionariusz Ultrasa, którego byłeś bohaterem. Pisałeś wtedy, że pracujesz zmianowo w dużej firmie handlującej częściami samochodowymi. Ciągle tam pracujesz? Jak reagują na to, co robisz, Twoi współpracownicy?

Bardzo dobrze! Trafiłem na firmę, która mnie wspiera, jest jednym z moich sponsorów. Bezpośredni przełożeni bardzo życzliwie i ze zrozumieniem odnoszą się do tego, co robię. Wiesz, uważam, że jestem dobrym pracownikiem – w ogóle nie chodzę na zwolnienia lekarskie. Awansuję, jestem liderem brygadzistą, mam pod sobą ludzi, z którymi potrafię się dogadywać na różnych płaszczyznach, także dzięki bieganiu. Teraz jestem na drugim zwolnieniu w życiu – pierwsze wziąłem po biegu 10-dobowym w Nowym Jorku rok wcześniej.

A jak motywujesz ludzi do biegania? Bo przecież jesteś pacemakerem na biegach.

Tak, faktycznie. Już cztery razy byłem zającem na Silesia Maraton, parę razy w Poznaniu, Krakowie, Wrocławiu. Chyba cztery razy podczas Półmaratonu Praskiego. Lubię pociągnąć grupę kilkudziesięciu osób. No i dla mnie samego to jest ogromny zastrzyk energii. Zwłaszcza gdy mijam innego zawodnika w trakcie np. biegu na 1000 mil. Wtedy przypominam sobie o tych ludziach z maratonu czy półmaratonu. Bo my na tych długich biegach nie walczymy ze sobą wzajemnie, lecz z dystansem, realizacją strategii. Walczymy na bazie tego, co udało się zaplanować przez te osiem poprzedzających start miesięcy.

Jakie jest znaczenie serwisu w takim wyzwaniu jak Twój bieg w Atenach?

Ogromne. Serwis musi być bardziej wypoczęty niż ja. A widzę jak oni wyglądają, gdy koło nich przebiegam. Prawie jak zwłoki, które mi wszystko szykują. Niejednokrotnie są bardziej zmęczeni niż ja. Ale bez dobrego serwisu nie ma biegu. Francuz na biegu tysiącmilowym przegrał w cztery godziny. Bo zamiast zrobić przerwę, gdy czuł coś w stopie, biegał dalej. Niestety odcisk zrobił się już na tyle duży, że lekarz nie dopuścił go do dalszej rywalizacji. Francuz nie miał supportu. Kiedy coś działo się ze mną, od razu przerwa, wcieranie maści, rozmasowywanie, zmiana butów. Serwis nierzadko podejmował decyzje za mnie.

A w jakich Ty butach biegasz?

Biegałem w Hoka One One, ale teraz częściej biegam w obuwiu marki Altra. Czyli bardzo duża amortyzacja.

Pojawili się sponsorzy po Twoim triumfie w Atenach?

Tak, na szczęście. Największym problemem są oczywiście pieniądze. Ja mam rodzinę, normalne życie, nie zapłacę tysiąca euro za bieg. Są ważniejsze cele. Te pieniądze można przeznaczyć na rodzinę, na dom. Ale chcę biegać! Jeżeli znajdą się ludzie, którzy opłacą mi start w biegu na 5000 km w Atenach, a to wynosi 2300 euro, czyli 10 000 zł, to tak. Ale nawet gdybyśmy całą rodziną odkładali, nie przeznaczyłbym tych pieniędzy na bieg, bo nie miałbym serca.

A nie myślałeś o zbiórkach typu Zrzutka.pl lub Polakpotrafi?

Nie wiem, czy wytrzymałbym to psychicznie. W końcu tyle osób by mi zaufało, a mi np. w 28. dniu biegu wyskakuje dysk. Z drugiej strony już kilka osób mnie do tego namawiało. Póki jednak mam wsparcie firmy Nessi Sportstwear oraz mojej firmy, w której pracuję, to udaje się na to wpisowe jakoś uzbierać. Budżet biegu w Nowym Jorku wyniósł prawie 20 000 zł - tysiąc dolarów samo wpisowe, przeloty, wizy itd. Na miejscu rozstawiliśmy namiot 8-osobowy jako bazę, który jednak został zniszczony w nocy przez nawałnicę. Dwa lata przygotowań na marne.

Polonia amerykańska Ci pomogła?

Bardzo! Kiedy przyszedłem na start, stał wzmocniony, ogromny namiot, z dodatkowymi plandekami, żadne warunki już mu nie zagroziły. Kiedy nie schły mi ubrania, bo tak było wilgotno na zewnątrz, następnego dnia Artur przywiózł agregat, grzejniki, było ciepło jak w domu, schło wszystko. (śmiech) Spotkałem tam naprawdę niesamowitych ludzi, dało mi to bardzo mocny zastrzyk motywacji. Wiesz, na trasie walczę sam, moja walka jest samotna. Ale ci ludzie mnie niesamowicie nakręcali.

 (Przerwa na ciastko. Dzięki wywiadom dla ULTRA jem ich coraz więcej. Może chłopcy zlecą mi dla odmiany rozmowę z dietetykiem?)

Paweł: Słyszałaś w ogóle o grupie biegowej Śri Chinmoy? Odkąd biegam ultra, zbieram się, by napisać coś o nich. W Polsce w ogóle nie ma filozofii biegania, są plany treningowe. Zgodnie z poglądami Śri Chinmoya człowiek może przejść wewnętrzną przemianę poprzez uprawianie sportu, a najprostszą i najtańszą formą w jego czasach było bieganie, po prostu. Ale nie bieganie piątek czy dyszek, ale bieganie non-stop pięć dni albo tydzień. I wtedy masz pewne przemyślenia – o tym, co dobre, co złe, co zrobiliśmy w życiu, co możemy jeszcze zrobić. I ja chyba właśnie tak mam. Temu wszystkiemu towarzyszy też muzyka zbliżona do np. hare kriszna. Mają kilka tysięcy wyznawców w Europie. Organizują biegi na Ukrainie, w Pradze, Skandynawii, Mediolanie, Londynie, Nowym Jorku, gdzie właśnie odbywa się ten 10-dobowy i jeszcze bieg na 3100 mil. W lipcu zresztą jedziemy biegać na ich zawodach do Kladna.

To ciekawe jest, muszę w takim razie o tym więcej poczytać.

Nieszkodliwa biegowa sekta. (śmiech)

Paweł, tak rozmawiamy i wspominasz jednak o tym biegu na 5000 km. Chodzi Ci po głowie, co?

Chodzi. Chciałbym wydłużać te dystanse, jeżeli jest taki bieg, to trzeba go przebiec. Z racji moich problemów z sercem w przeszłości wolę obciążać nogi i stawy, a serce jednak trzymać w komforcie. Zwłaszcza że nigdy, przy żadnym badaniu, nie będą ci towarzyszyć takie emocje jak przy biegu ultra, więc to serce trzeba trochę bardziej oszczędzać. Choć jak skończyłem bieg na 1000 mil, to pierwsze co powiedziałem, to to, że nie widzę szans na start na 5000 km. Między biegiem 10-dobowym a tym na tysiąc mil jest bardzo duża przepaść. Więc jaka będzie między tysiącem mil a 5000 km?

Nie wiem też, jakby to wyglądało pod względem psychiki. Na razie, jak mówię, nie rozpocząłem tego biegu, decyzja nie została podjęta. Choć dostałem już pewne sygnały, że gdy trzeba będzie, dostanę pomoc od pewnych firm. Dwa tysiące euro samego wpisowego, dwa miesiące nie byłoby mnie w pracy, a przecież rachunki trzeba płacić.

(Paweł na chwilę zawiesza głos.) Wiesz, ja jestem amatorem. W rozmowach ze sponsorami nie zarabiam, nie biorę więcej niż mi trzeba. Jakieś osiem czy dziewięć lat temu podjąłem decyzję, że nie będę kłamał. Dzięki temu spokojniej mi w życiu i na duszy też.

A jeśli byś chciał wziąć udział w tym biegu, to kiedy? 2020 rok?

W tym roku to by już było przegięcie. Chciałbym, wszystko jest do negocjacji i do dogadania. Póki jest serce i chęć, to trzeba biegać. Na razie mam dwa takie cele biegowe. Na pewno chciałbym pobiec coś dłuższego. A jeżeli nie, to w przyszłym roku chciałbym wrócić na bieg 10-dobowy do Nowego Jorku, powalczyć o podium i nowe rekordy Polski. Stać mnie na to – w końcu byłem piąty z urazem stopy.

To było by też – mam na myśli bieg na 5000 km – spore wyzwanie dla serwisu.

Nawet nie chcę myśleć! Natalia nie będzie zadowolona... (śmiech) Na pewno będą dni, kiedy będę sam. Mam wokół siebie jednak oddanych przyjaciół i wiem, że tak całkiem samego mnie nie zostawią. Sam staram się pomagać ludziom – wiedzą, doświadczeniem i czym tylko mogę – i to wraca. Dostaję niesamowite wsparcie od ludzi, także w social mediach.

A nie przeraża Cię choć trochę ten dystans?

Mam już duże doświadczenie. Wiesz, w takich biegach wygrywają albo przynajmniej je kończą zawodnicy +50 lat, to nie jest przypadek. Trzeba całe życie zbierać doświadczenie w tego typu biegach. Jeszcze dwa lata temu, w trakcie przygotowań do startu w biegu 10-dobowym w Nowym Jorku, nie wyobrażałem sobie, że przebiegnę tysiąc mil. A już na pewno nie spodziewałem się, że fizycznie i psychicznie będę się lepiej czuł po tym tysiącu mil niż po biegu 10-dobowym. Jednak na to miała wpływ zmiana sposobu przygotowań, myślenia, podejścia, spowodowało, że organizm fajnie to przyjął.

Nie lubisz sztampy, co?

Nie, nie. Dopóki mam możliwość zrobienia czegoś po raz pierwszy, to chcę to robić.

 

 

Wywiad pochodzi z ULTRA nr 22. Rozmawiała: Ola Belowska

Zdjęcia: Karolina Krawczyk 

 

Kingrunnera tworzą biegacze. Dodaj swój artykuł.

pozostałe artykuły