Redakcja KR

Jej imię ULTRA BABIA

20.05.2026

Zawoja – 23 sierpnia 2014 r., godz. 3:00 startuje Ultra SkyMarathon 6 Babia Góra. Świat polskiego ultra nie był wówczas na coś takiego gotowy. Trasa liczyła 100 km, przewyższenie sięgało +/-8000 m, limit na ukończenie biegu – 17 godzin! Współtwórcą trasy był Lucjan Chorąży, który zgodził się pomóc ją wyznaczyć pod warunkiem, że będzie ona prowadzić tylko pod górę albo w dół i będzie bardzo trudna. Pomagał oznaczać trasę, a potem stanął na starcie biegu. Lucek jako jedyny pokonał legendarną trasę 6×Babia z lat 2014–2016, choć nie zmieścił się w wyznaczonym limicie. Przekroczył linię mety 1. edycji 6×Babia z czasem 17:07:20. Twierdził, że ta trasa jest do ukończenia w 14 godzin. Niestety w kolejnym roku nie było mu już dane spróbować. Zmarł podczas treningu na zboczach Babiej Góry.

Pierwszym pełnoprawnym finiszerem był natomiast Krzysztof Dołęgowski, który uporał się z trasą w 16:06:26 podczas czwartej edycji wydarzenia w 2017 roku. 

Od pierwszej edycji uczestniczyłam w tym wydarzeniu, a od trzeciej stałam już po stronie organizatorskiej. Układałam trasy, bo zależy mi, by w Polsce rozgrywały się biegi certyfikowane przez International Skyrunning Federation. Ultramaraton 2×Babia Góra jako pierwszy bieg w kraju miał taki certyfikat ‒ i to już od 2019 roku. Wcieliłam też w życie takie szalone pomysły jak m.in. bieg 10×Babia Góra z okazji 10. edycji Ultra Babiej. Na Ultra Babiej, tak jak i na samej Babiej Górze, zawsze się dzieje i bywa zaskakująco. Dziesiąta edycja miała być odwołana z powodu mojej choroby. Na nic nie miałam sił, do tego postawiono mi diagnozę: nowotwór złośliwy. Ostatecznie jednak, z pomocą przyjaciół, zorganizowałam jubileuszową 10. Edycję wydarzenia. Od 2025 r. w ramach Ultra Babiej odbywa się bieg charytatywny dla Fundacji Rak’n’Roll – Babia Góra Rolling Trail, na który serdecznie zapraszam, bo biegając, możecie pomóc innym. To dla mnie ważna rzecz. Tyle słowem wstępu, a teraz oddaję głos moim Przyjaciołom ‒ Jackowi, Marcinowi i Michałowi, którzy od wielu lat są mocno związani z Ultra Babią i bezinteresownie poświęcają jej dużo serca i czasu. Poznajcie trzy różne historie i zrozumiecie, dlaczego ten bieg jest wyjątkowy - Kinga Pachura 

Moja droga na szczyt  i z powrotem. Historia z Ultra Babiej  
Michał Sedlak 

Wszystko zaczęło się w 2015 r. od niewinnej rozmowy z Magdą – moją ówczesną znajomą, a dziś żoną. Opowiedziała mi o biegu, w którym wielokrotnie wbiega się na Babią Górę. Prawdziwym magnesem stało się jedno zdanie: „Tej trasy jeszcze nikt nie ukończył w limicie czasu”. Choć moje doświadczenie w górach było zerowe, pomyślałem: „Ja tego nie zrobię?!” Szybko odebrałem jednak pierwszą lekcję pokory. 

Nie tylko medale – Magda i atmosfera 


Ultra Babia to dla nas stały punkt w kalendarzu. Przyjeżdżamy tu z Magdą razem – ja biegam lub pomagam, ona dokumentuje zmagania jako fotograf. Przyciąga nas niepowtarzalna atmosfera tworzona przez organizatorów i wolontariuszy, którzy trwają na posterunku przez kilkanaście godzin, oferując uśmiech nawet w najtrudniejszych warunkach. 
Dziś moje ciało i głowa mówią „odpocznij”, ale nie wyobrażam sobie czerwca bez tego wydarzenia. Moja przygoda zatoczyła koło. Podczas najbliższej edycji nie zobaczycie mnie z numerem startowym, ale spotkacie mnie w roli wolontariusza. Wspomnienia z tych tras do dziś ładują moje życiowe baterie. Jeśli planujecie start, pamiętajcie: przygotujcie się stopniowo i miejcie ogromny respekt do tej góry. Ona potrafi dać w kość, ale oddaje z nawiązką. 

Szacunek do „Bestii” 

Po kilku treningach zrozumiałem, że porwałem się z motyką na słońce. Warunki na Diablaku bywają nieprzewidywalne, a trudności techniczne potrafią złamać najtwardszych. Moja historia z tym wydarzeniem to dziewięć podejść, z których każde było inną lekcją: 

  • Podejście 1:miało być 1×Babia, lecz kontuzja wykluczyła mnie ze startu. Wtedy narodziła się druga opcja – wolontariat. Do domu wróciłem z potężną dawką motywacji.
  • Podejście 2 (1×Babia, 42 km): na szczycie pomyliłem trasę. Gdy presja rywalizacji zniknęła, zacząłem delektować się biegiem. Ostatecznie zająłem 2. miejsce. 
  • Podejście 3 (3×Babia): bogatszy o dwa lata doświadczeń, od początku do końca kontrolowałem bieg. Do mety dotarłem jako pierwszy. 
  • Podejście 4 (1×Babia): czułem się rewelacyjnie, ale nadmiar pewności siebie na zbiegu z Małej Babiej skończył się bolesnym upadkiem. Mimo rozwalonych butów i urazu stopy wygrałem bieg. 
  • Podejście 5 (6×Babia): mój wymarzony dystans. Przez pół trasy współpracowałem z Grześkiem Ziejewskim – to wzajemne motywowanie się to kwintesencja sportu. Zająłem drugie miejsce, Grześ był tego dnia lepszy. 
  • Podejście 6 (ponownie 6×Babia): zbyt pewny siebie, zbagatelizowałem trasę. Po trzecim wbiegnięciu „siadła głowa”. Skończyło się na wyniku 4×Babia, co bardzo zabolało. 
  • Podejście 7 (6×Babia po raz trzeci): kryzys dopadł mnie na czwartym zbiegu. Gdyby nie wsparcie ludzi na trasie, nie dotrwałbym do końca. Ukończyłem bieg na 4. pozycji jako pierwsza osoba, która dwukrotnie pokonała dystans 100 km (6×Babia). 
  • Podejście 8 (10×Babia): jubileuszowa edycja. Wiedziałem, że nie trenuję już tak mocno, ale doświadczenie pozwoliło mi zaliczyć osiem wbiegnięć. Gdy zrozumiałem, że nie zmieszczę się w limicie, usiadłem na grani w okolicy Kępy. W ciszy, patrząc na Tatry, pożegnałem się z trasą. Czułem, że to był ostatni raz. 
  • Podejście 9: miałem wrócić jako wolontariusz, jednak względy zdrowotne zmusiły mnie do śledzenia zawodów online. 

Od pierwszego startu do wolontariatu – moja historia z Ultra Babia  
Marcin Neufeld 

Moja przygoda z Ultra Babia zaczęła się w 2019 r., kiedy trener rzucił hasło: „Chłopaki, jest bieg na Babią Górę. Jedziemy powalczyć!” 

Byłem absolutnym nowicjuszem w biegach górskich i nie wiedziałem, na co się piszę. Cudem zmieściłem się w limicie, a bieg 2×Babia 55 km ukończyło wtedy zaledwie ok. 30% startujących. Diablak bardzo szybko pokazał, że ta góra wymaga szacunku i pokory. W kolejnych latach wracałem, aby zdobyć Babią Górę trzy razy, potem cztery. Podczas jubileuszowej edycji postanowiłem spróbować wbiec na szczyt 10 razy. Ostatecznie zameldowałem się na Diablaku siedem razy. Ktoś może powiedzieć „tylko”, ale ja byłem z siebie dumny. Podczas większości startów wspierała mnie Ania. Była moim supportem – pilnowała logistyki, karmiła na punktach i często była tą osobą, która motywowała do ruszenia dalej. Po dziesiątej edycji postanowiliśmy poznać świat Ultra Babiej od kuchni i w 2024 r. zgłosiliśmy się na wolontariat. Ania została w biurze zawodów, a ja trafiłem do ekipy odpowiedzialnej za pomiar czasu na szczycie. Razem ze znaną w środowisku Oszi w środku nocy wnosiliśmy na Diablaka maty i aparaturę pomiarową, po czym spędziliśmy na szczycie cały dzień. 
To zupełnie inne doświadczenie niż start w biegu. Na górze przebywasz przez długie godziny w chłodzie, wietrze albo ostrym słońcu. A jednak ma to swój niepowtarzalny klimat. Widzisz zawodników pojawiających się na szczycie po raz kolejny, czasem kompletnie wyczerpanych, ale wciąż walczących. Rok później ponownie wróciliśmy na Babią jako wolontariusze. Znowu powędrowałem z matami i sprzętem na szczyt. Po całym dniu zamykałem bieg, schodząc na dół i znosząc sprzęt – zmęczony, ale szczęśliwy, z zamiarem powrotu na Diablaka. Mamy 2026 rok i 13. edycję biegu, i kolejny raz nie może nas tam zabraknąć. Babia Góra ma w sobie coś wyjątkowego. Coś, co sprawia, że chce się tu wracać. Mieszkamy nad morzem, a do Beskidu Żywieckiego mamy kawał drogi, ale zawczasu planujemy urlop i jedziemy przez całą Polskę, wiedząc, że czeka na nas, aby znowu zaskoczyć czymś nowym, pięknym i niepowtarzalnym. Jeśli biegasz, a nigdy nie oglądałeś zawodów „od drugiej strony”, warto tego spróbować. Dopiero wtedy widać, jak ogromną pracę wykonują organizatorzy i wolontariusze – na wiele dni przed startem, w trakcie zawodów i po ich zakończeniu, gdy zawodnicy już odpoczywają po biegu, wspominają start i przeglądają zdjęcia. To nie jest ogromna impreza i właśnie dlatego ma tak wyjątkowy klimat. Na trasach Babiej nie walczy się z innymi zawodnikami. Walczy się z własnymi słabościami, pogodą i limitem czasu, ale jednocześnie normą jest wzajemne wsparcie, uśmiech, gest czy krótkie słowo motywacji. 

Legenda Ultra Babiej 
Jacek Fidelus 

Babia Góra – miejsce wyjątkowe, najwyższe w całych Beskidach, ich Królowa. Na granicy Beskidu Żywieckiego i Orawy, Polski i Słowacji – miejsce, które nigdy nie dzieli, a zawsze łączy. Liczne podania i bajania ludowe głoszą o różnych genezach powstania nazwy Babia Góra, ale niech każdy poszuka i wybierze sobie własną, najbardziej mu bliską. Tu opowiemy o innej legendzie. Biegowej legendzie, która u podnóża Babiej Góry już trzynasty rok gromadzi miłośników biegów górskich. Na imię jej Ultra Babia. Powstała dzięki pasji grupy ludzi, którzy z szacunkiem zawsze patrzyli na Babią, bo wiedzieli, jaką kryje moc. Pytaniem dla nich było, czy nie jest przesadą tyle razy wbiegać i zbiegać z Babiej. Pierwsza trasa była arcytrudna – tylko góra–dół, zero płaskiego i dziko. Szczęśliwcy, którzy jej zasmakowali, po dziś dzień – gdy im się przyśni – budzą się w nocy zlani potem. Z uśmiechem na twarzy, że tym razem to tylko sen. Na tym właśnie powstała legenda Ultra Babiej. Na dzikiej, arcytrudnej trasie i diabelsko wyśrubowanym limicie czasu – nieugięte 17 godzin. Takie to nasze polskie Barkley – dzikie, trudne, wymagające poświęcenia i oddania się górze, ale piękne w swojej prostocie. Tu wszystko dzieje się na trasie, a nie poza nią. Tu miłośnicy asfaltowych przelotów i karbonu zawsze mieli bardziej pod górkę. Lata mijały, pojawiali się w końcu finiszerzy. Trasy ewoluowały, stawały się coraz bardziej przystępne. Brakuje może dziś trochę z tamtych tras. Tej pionowej ściany pokonywanej wzdłuż granicy, gdzie nos spotykał się z kolanami, a odchylenie groziło utratą kontaktu z podłożem. Perci Akademików, którą raz w roku można było legalnie pokonać z góry na dół – odwrotnie do kierunku szlaku. Było, minęło.

Legenda może odarta trochę z tajemnic, może już bardziej dostępna, może właśnie taką miała się stać. Jednak nadal mamy dystanse, które pozwalają co roku zwiększać liczbę wbiegnięć na Diablaka. Zaczynając od 2×Babia, przez trzy, cztery, aż do magicznej liczby sześciu wbiegnięć na szczyt Babiej Góry w ciągu jednego dnia. Uwierzcie – to nadal jest nie lada wysiłek i osiągnięcie wymagające solidnego przygotowania. Może to będzie właśnie droga dla ciebie, młody górski biegaczu czy biegaczko, aby sięgnąć kiedyś po smak legendy, który nie każdemu jest dany od razu? Może potrzeba kilku lat konsekwencji? Nie zawsze trzeba porywać się od razu na całość – można się delektować. Magia Ultra Babiej polegała zawsze na wbieganiu na szczyt i zbieganiu po tej samej drodze – od pierwszego do szóstego razu, zawsze góra i dół po własnych śladach. Na Ultra Babiej na tej drodze nigdy nie jesteś sam. I jeśli zachwyciła mnie tak jak ciebie legenda o sześciu zdobyciach szczytu, to nie w tym się rozkochałem. Tylko na Ultra Babiej tyle razy spotykasz się z rywalami i przybijasz piątki. Czasem tylko wymieniasz krótkie spojrzenie, bo brak ci tchu pod górę. Czasem szybki uśmiech, bo lecisz jak pilot bombowca w dół. Ty masz wzrok zamglony, a oni we włosach wiatr. I może to być jeden lub dwa, trzy lub cztery, a może sześć razy. To jest szacunek dla rywali. To jest ta magia. To właśnie legenda Ultra Babiej. 

Każda legenda ma swoją królową, panią dyrektor, kierowniczkę. To Kinga Pachura. Osoba wielu talentów i twardego charakteru. Utytułowana biegaczka górska i skyrunningowa. To ona czuwa na wiele miesięcy przed biegiem, aby wszystko było formalnie dopięte na ostatni guzik. To szyja, głowa i nogi Ultra Babiej. Kinga – bez ciebie legenda nigdy nie byłaby taka piękna. Dziękujemy.