Zawoja – 23 sierpnia 2014 r., godz. 3:00 startuje Ultra SkyMarathon 6 Babia Góra. Świat polskiego ultra nie był wówczas na coś takiego gotowy. Trasa liczyła 100 km, przewyższenie sięgało +/-8000 m, limit na ukończenie biegu – 17 godzin! Współtwórcą trasy był Lucjan Chorąży, który zgodził się pomóc ją wyznaczyć pod warunkiem, że będzie ona prowadzić tylko pod górę albo w dół i będzie bardzo trudna. Pomagał oznaczać trasę, a potem stanął na starcie biegu. Lucek jako jedyny pokonał legendarną trasę 6×Babia z lat 2014–2016, choć nie zmieścił się w wyznaczonym limicie. Przekroczył linię mety 1. edycji 6×Babia z czasem 17:07:20. Twierdził, że ta trasa jest do ukończenia w 14 godzin. Niestety w kolejnym roku nie było mu już dane spróbować. Zmarł podczas treningu na zboczach Babiej Góry.
Pierwszym pełnoprawnym finiszerem był natomiast Krzysztof Dołęgowski, który uporał się z trasą w 16:06:26 podczas czwartej edycji wydarzenia w 2017 roku.
Od pierwszej edycji uczestniczyłam w tym wydarzeniu, a od trzeciej stałam już po stronie organizatorskiej. Układałam trasy, bo zależy mi, by w Polsce rozgrywały się biegi certyfikowane przez International Skyrunning Federation. Ultramaraton 2×Babia Góra jako pierwszy bieg w kraju miał taki certyfikat ‒ i to już od 2019 roku. Wcieliłam też w życie takie szalone pomysły jak m.in. bieg 10×Babia Góra z okazji 10. edycji Ultra Babiej. Na Ultra Babiej, tak jak i na samej Babiej Górze, zawsze się dzieje i bywa zaskakująco. Dziesiąta edycja miała być odwołana z powodu mojej choroby. Na nic nie miałam sił, do tego postawiono mi diagnozę: nowotwór złośliwy. Ostatecznie jednak, z pomocą przyjaciół, zorganizowałam jubileuszową 10. Edycję wydarzenia. Od 2025 r. w ramach Ultra Babiej odbywa się bieg charytatywny dla Fundacji Rak’n’Roll – Babia Góra Rolling Trail, na który serdecznie zapraszam, bo biegając, możecie pomóc innym. To dla mnie ważna rzecz. Tyle słowem wstępu, a teraz oddaję głos moim Przyjaciołom ‒ Jackowi, Marcinowi i Michałowi, którzy od wielu lat są mocno związani z Ultra Babią i bezinteresownie poświęcają jej dużo serca i czasu. Poznajcie trzy różne historie i zrozumiecie, dlaczego ten bieg jest wyjątkowy - Kinga Pachura
Moja droga na szczyt i z powrotem. Historia z Ultra Babiej
Michał Sedlak
Wszystko zaczęło się w 2015 r. od niewinnej rozmowy z Magdą – moją ówczesną znajomą, a dziś żoną. Opowiedziała mi o biegu, w którym wielokrotnie wbiega się na Babią Górę. Prawdziwym magnesem stało się jedno zdanie: „Tej trasy jeszcze nikt nie ukończył w limicie czasu”. Choć moje doświadczenie w górach było zerowe, pomyślałem: „Ja tego nie zrobię?!” Szybko odebrałem jednak pierwszą lekcję pokory.

Nie tylko medale – Magda i atmosfera
Ultra Babia to dla nas stały punkt w kalendarzu. Przyjeżdżamy tu z Magdą razem – ja biegam lub pomagam, ona dokumentuje zmagania jako fotograf. Przyciąga nas niepowtarzalna atmosfera tworzona przez organizatorów i wolontariuszy, którzy trwają na posterunku przez kilkanaście godzin, oferując uśmiech nawet w najtrudniejszych warunkach.
Dziś moje ciało i głowa mówią „odpocznij”, ale nie wyobrażam sobie czerwca bez tego wydarzenia. Moja przygoda zatoczyła koło. Podczas najbliższej edycji nie zobaczycie mnie z numerem startowym, ale spotkacie mnie w roli wolontariusza. Wspomnienia z tych tras do dziś ładują moje życiowe baterie. Jeśli planujecie start, pamiętajcie: przygotujcie się stopniowo i miejcie ogromny respekt do tej góry. Ona potrafi dać w kość, ale oddaje z nawiązką.
Szacunek do „Bestii”
Po kilku treningach zrozumiałem, że porwałem się z motyką na słońce. Warunki na Diablaku bywają nieprzewidywalne, a trudności techniczne potrafią złamać najtwardszych. Moja historia z tym wydarzeniem to dziewięć podejść, z których każde było inną lekcją:
- Podejście 1: Miało być 1xBabia Góra, lecz kontuzja wykluczyła mnie ze startu, i to wtedy narodziła się druga opcja – wolontariat. Zamiast biegać, pomagałem w organizacji, a do domu wróciłem z potężną dawką motywacji.
- Podejście 2: Dystans maratoński. Do wbiegnięcia na Babią Górę wszystko szło zgodnie z planem, lecz na szczycie pobiegłem niewłaściwą trasą, więc pojawiła się świadomość, że już ‘po zawodach’. Presja rywalizacji się ulotniła i dzięki temu mogłem delektować się trasą. Ostatecznie zostałem sklasyfikowany jako drugi.
- Podejście 3: To już nie przelewki, 3xBabia Góra. Tu byłem już lepiej przygotowany, 2 lata doświadczeń zrobiły swoje. Od początku do końca czułem, że kontroluję ten bieg i do mety dotarłem pierwszy.
- Podejście 4: „Zaległy” 1xBabia Góra. Bardzo fajnie mi się tego dnia biegło. Do szczytu było delikatnie i z zapasem, czułem się rewelacyjnie, pogoda cudowna, więc zacząłem przyspieszać i cieszyć się biegiem. Niestety chyba za bardzo, bo zbiegając z Małej Babiej zawadziłem o korzeń i konkretna wywrotka. Nowe buty rozwalone, stopa uszkodzona, ostatecznie jednak wszystko zakończyło się pozytywnie. Na mecie zameldowałem się pierwszy.
- Podejście 5: Wymarzony dystans, na który tak długo czekałem 6xBabia Góra. Ciekawość trasy była ogromna. Do trzeciego podejścia biegliśmy z Grześkiem Ziejewskim. To była świetna współpraca, ciągle któryś przypominał, aby pić, aby oszczędzać nogi itp. Późniejsze spotkania na trasie też pokazywały wzajemne motywowanie się do walki - to jest kwintesencja tego sportu. Rewelacyjny jak dla mnie bieg, choć były też i problemy, ale kto by o tym pamiętał ;) Ostatecznie na metę dotarłem drugi. Grześ był lepszy tego dnia.
- Podejście 6: Próba zdobycia ponownie 6xBabia Góra. Startując czułem pewność, że uda mi się ponownie ukończyć ten dystans. Trasę znałem bardzo dokładnie, każde podejście, każdy zbieg i wszystkie pułapki, które mogą zaskoczyć i skutkować utratą sił. Niestety chyba po trzecim podejściu straciłem czujność i siadła głowa, a później ciało, lub odwrotnie. A może po prostu byłem zbyt pewny siebie - element, który zbagatelizowałem. Przyznaję, bolało bardzo, gdy na mecie pojawiłem się z wynikiem tylko 4xBabia Góra.
- Podejście 7: 6xBabia Góra po raz trzeci. Tu też nie ustrzegłem się błędów. Do czwartego razu wszystko szło zgodnie z planem, i to tak fajnie, że na 4 zbiegu chyba poniosła mnie fantazja, puściłem nogę i okazało się, że to było zdecydowanie za wcześnie. Żołądek się zdziwił, zaprotestował i na umieranie przyszedł czas. Nie sądziłem, że dotrwam do końca, lecz tak wiele osób mnie wspierało, dopingowało, że będąc piąty raz na szczycie siły mi wróciły. Ostatecznie na mecie pojawiłem się na czwartej pozycji i jako pierwsza osoba, która pokonała dystans 6xBabia Góra 100 km dwukrotnie, i jest mi z tym szalenie dobrze.
- Podejście 8: Atak na 10xBabia Góra, choć już nie trenowałem jak kiedyś, bo ciało i głowa nie pozwalała, ale gdy pojawiła się jubileuszowa, limitowana wersja trasy zapisałem się bez dłuższego namysłu. Wiedziałem, że będzie bardzo trudno i tylko dzięki dotychczasowemu doświadczeniu udało mi się tak rozłożyć siły, aby wystarczyło na 8xBabia Góra. Po 8 wbiegnięciach okazało się, że nie mam dużych szans, aby zmieścić się w limicie czasu na jednym z punktów kontrolnych, więc zdecydowałem o zakończeniu zmagań na ten dzień. Zatrzymałem się w okolicy Kępy, było już grubo po południu, piękny słoneczny dzień, ostatni, nieliczni turyści schodzili do Krowiarek, a ja usiadłem sobie gdzieś na grani i patrzyłem na Tatry w oddali. Chyba tamta cisza i samotność pozwoliły mi pogodzić się ze sobą i może trochę pożegnać z trasą. Czułem, że to był właśnie ostatni raz.
- Podejście 9: W założeniu miał to być tylko wolontariat i pomoc w organizacji. Niestety z powodów zdrowotnych musiałem pozostać w domu, a całe wydarzenie mogłem jedynie śledzić w sieci.

Od pierwszego startu do wolontariatu – moja historia z Ultra Babia
Marcin Neufeld
Moja przygoda z bieganiem zaczęła się w 2014 roku. Najpierw były krótkie treningi i pierwsze starty asfaltowe, potem weszły treningi z trenerem, dłuższe starty uliczne. Z czasem pojawiły się biegi trailowe, a później także ultramaratony. W 2019 roku nasz trener, Piotr, rzucił hasło: „Chłopaki, jest bieg na Babią Górę. Jedziemy powalczyć!". Odpowiedź była szybka: „Pewnie, dwa razy damy radę wbiec". Byłem wtedy absolutnym nowicjuszem w biegach górskich i tak naprawdę nie wiedziałem, na co się piszę. Tylko cudem zmieściłem się w limicie czasu, a bieg ukończyła wtedy zaledwie około jedna trzecia startujących. Diablak bardzo szybko pokazał, że trzeba podejść do tej góry z dużo większym szacunkiem i pokorą. Tak zaczęła się moja przygoda z Ultra Babia. W kolejnych latach wracałem z nowymi planami: najpierw zdobyć Babią Górę trzy razy, potem cztery. Podczas jubileuszowej, dziesiątej edycji imprezy postanowiłem podjąć szalone wyzwanie – spróbować wbiec na szczyt dziesięć razy. Ostatecznie zameldowałem się na Diablaku „tylko" siedem razy w ciągu jednego dnia. Ktoś, kto nigdy nie próbował takiego biegu, może powiedzieć „tylko". Ale dla tych, którzy znają tę trasę, to raczej „aż". Byłem z siebie dumny. Podczas większości startów wspierała mnie moja żona Ania. Była moim supportem na punktach odżywczych – pilnowała logistyki, pomagała na punktach i często była tą osobą, która motywowała mnie do ruszenia dalej. Po dziesiątej edycji zgodnie stwierdziliśmy, że chcemy spróbować czegoś nowego i poznać świat Ultra Babiej od kuchni. W 2024 roku zgłosiliśmy się jako wolontariusze. Ania została z ekipą na dole w biurze zawodów, a ja trafiłem do ekipy odpowiedzialnej za pomiar czasu na szczycie. Razem z Oszi, dla której wolontariat na Babiej nie był czymś nowym, w środku nocy, wnosiliśmy na Diablaka maty i aparaturę pomiarową. Potem spędziliśmy na szczycie wiele godzin, czekając na kolejnych zawodników. To zupełnie inne doświadczenie niż start w biegu. Na górze stoisz przez długie godziny, często w trudnych warunkach – w chłodzie, wietrze albo ostrym słońcu. A jednak ma to swój niepowtarzalny klimat. Widzisz zawodników pojawiających się na szczycie po raz kolejny, czasem kompletnie wyczerpanych, ale wciąż walczących. Zejść można dopiero wtedy, gdy przez punkt przebiegnie ostatni zawodnik. A potem trzeba jeszcze znieść cały sprzęt z powrotem na dół. Po zejściu na dół usłyszałem tylko: „Porywamy Ci Anię do wolontariatu, ale spokojnie – nadal dostaniesz support, jeśli wrócisz tu biegać". Rok później znowu wróciliśmy na Ultra Babią w roli wolontariuszy: Ania pomagała w biurze zawodów, a ja znowu powędrowałem z matami i sprzętem na szczyt, choć w zmienionym składzie. Jedno się jednak nie zmieniło na górze – imię Oszi nadal było obecne wśród stałych bywalców. I znów zamykałem bieg, schodząc w dół i znosząc sprzęt, zmęczony, ale szczęśliwy, z zamiarem powrotu na Diablaka za rok. Mamy 2026 rok i trzynastą edycję biegu, i kolejny raz nie może nas tam zabraknąć. Babia Góra ma w sobie coś wyjątkowego. Coś, co sprawia, że chce się tu wracać. Nawet jeśli mieszkamy nad morzem, a do Beskidu Żywieckiego mamy kawał drogi, zawczasu planujemy urlop, odliczamy dni i w dniu wyjazdu jedziemy przez całą Polskę, wiedząc, że czeka na nas, aby znowu zaskoczyć czymś nowym, pięknym i niepowtarzalnym. Jeśli biegasz, a nigdy nie oglądałeś zawodów „od drugiej strony", naprawdę warto tego spróbować. Dopiero wtedy zobaczysz, jak ogromną pracę wykonują organizatorzy i wolontariusze – na wiele dni przed startem, w trakcie zawodów i jeszcze długo po ich zakończeniu. W czasie, gdy my, zawodnicy, odpoczywamy już po biegu, wspominamy start i przeglądamy w mediach społecznościowych zdjęcia z trasy. To nie jest ogromna impreza i właśnie dlatego ma tak wyjątkowy klimat. Na tej trasie nie walczy się z innymi zawodnikami. Walczy się przede wszystkim z własnymi słabościami, pogodą i limitem czasu. A jednocześnie normą jest wzajemne wsparcie na trasie – uśmiech, gest czy krótkie słowo motywacji.Zaczynałem od mozolnego zdobywania Diablaka kilka razy w ciągu jednego dnia. Dziś z niecierpliwością czekam na moment, w którym Kinga ogłosi zapisy na wolontariat.
Legenda Ultra Babiej
Jacek Fidelus
Babia Góra to nazwa masywu górskiego leżącego w Beskidach Zachodnich. Jego najwyższy szczyt to Diablak (1725 m n.p.m.), który jest zwyczajowo nazywany właśnie Babią Górą. Miejsce to jest wyjątkowe, najwyższe w całych Beskidach. Poza Tatrami jest to najwyższa góra w Polsce. Ze szczytu rozciąga się jedna z najpiękniejszych i największych panoram krajobrazu. Miejsce na granicy Beskidu Żywieckiego i Orawy, Polski i Słowacji, ale to miejsce nigdy nie dzieli, a zawsze łączy. Łączy piękno góry z jej zagrożeniami, piękne wschody i zachody słońca, upalne lata z lodowatymi zimami i ludzi tu przybywających z jej lokalnymi mieszkańcami. Liczne podania i bajania ludowe głoszą o różnych genezach powstania nazwy Babia Góra, ale niech każdy poszuka i wybierze sobie własną, najbardziej mu bliską. Tu opowiemy o innej legendzie. Biegowej legendzie, która właśnie u podnóża Babiej Góry, już trzynasty rok będzie gromadzić miłośników biegów górskich pisanych przez duże B i duże G. Na imię jej Ultra Babia. Powstała dzięki pasji grupy ludzi do tego właśnie miejsca. Ludzi, którzy z szacunkiem zawsze patrzyli na Babią, bo wiedzieli jaką ma w sobie moc i siłę. Pytaniem dla nich było czy nie jest przesadą tyle razy wbiegać i zbiegać z Babiej? Takie właśnie dylematy miał Lucek Chorąży. To On podjął się wytyczenia pierwszej trasy, pod warunkiem, że będzie arcytrudno, tylko góra-dół, zero płaskiego, dziko, niesamowicie dziko. Taką też ta trasa była. Szczęśliwcy, którzy jej zasmakowali. Po dziś dzień, jak im się przyśni, budzą się w nocy zlani potem i z uśmiechami na twarzach, że tym razem to tylko sen. Lucek znakował trasę, a sam jej nie ukończył, niestety. Brakło mu kilku dosłownie minut. Na tym właśnie powstała legenda Ultra Babiej. Na ludziach z pasją do góry, na dzikiej i arcytrudnej trasie i diabelsko wyśrubowanym limicie czasu na jej pokonanie. Nieugięte 17 godzin. Takie to nasze polskie Barkley. Dzikie, trudne, wymagające poświęcenia i oddania się górze. Zarazem piękne w swojej prostocie. Tu wszystko staje się na trasie, a nie dzieje poza nią. Może nie wszystkim ten zestaw przypadł do gustu, może nie wszyscy tak samo jak Organizatorzy postrzegali bieganie po górach. Ale nie wszystkim się nagodzi. My to szanujemy. Tu miłośnicy asfaltowych przelotów i karbonu zawsze mieli bardziej pod górkę. Wiem, że nie wszyscy to kochali. Nie wszyscy rozumieli, że Babia Góra to jedyny masyw w Beskidach o cechach wysokogórskich, że załamanie pogody nawet w czerwcu niesie ze sobą poważne konsekwencje. Nie chcieli zabierać czapki, rękawiczek, czy czasem dwóch kurtek, o czołówce nie wspominamy. Były żale, ochy i achy. Ale w perspektywie czasu wszyscy szanowali, że Organizator dbał o bezpieczeństwo biegaczy, a regulamin i zasady w nim zawarte były zawsze święte. Lata mijały, pojawiali się w końcu finiszerzy. Trasy ewaluowały, stawały się coraz bardziej przystępne. Brakuje może dziś trochę z tamtych tras. Tej pionowej ściany pokonywanej wzdłuż granicy, gdzie nos spotykał się z kolanami, a odchylenie do tyłu groziło uratą kontaktu z podłożem. Perci Akademików, którą raz w roku można było legalnie pokonać z góry na dół, odwrotnie do kierunku szlaku. No i tych dzikich miejsc pokonywanych w tempie biegowym około 25 min/km, strumieni kamienistych wijących się w górę i dół, których środkiem wisiały oznaczenia. To po takich fragmentach, gdy w końcu ujrzałeś kawałek „łatwiejszego” terenu i tak miałeś tylko ochotę usiąść i płakać. Było minęło.

Z okazji 10 rocznicy biegu pojawiła się jedyna możliwość zdobycia szczytu aż 10 razy. Ta wyjątkowa, jubileuszowa trasa miała tylko jednego finiszera, resztę odprawiła z kwitkiem i oczywiście z pięknymi wspomnieniami. Dziś jest inaczej, z różnych względów. Chociażby takich, że nam wszystkim przybyło po 13 lat. Nie chcemy mówić, że z organizowaniem biegu na Babiej Górze leżącej w Babiogórskim Parku Narodowym jest trudno, bo zawsze było. Jest inaczej, wcale nie znaczy, że gorzej. Wręcz przeciwnie, wiele osób, jak wolontariusze, Partnerzy, lokalni mieszkańcy i Gmina Lipnica Wielka, BgPN dalej umożliwiają nam pielęgnowanie legendy. Legendy 6xBabia. Legenda może obdarta trochę z tajemnic, może już bardziej dostępna, może właśnie taką miała się stać. Teraz na Ultra Babiej zapraszamy na „wolniejsze” jej zdobywanie. Mamy dystanse, które pozwalają co roku zwiększanie doznań w liczbie zdobywania Diablaka. Zaczynając od dwa razy Babiej, przez trzy, cztery, aż do magicznej liczby sześciu wbiegnięć na szczyt Babiej Góry w ciągu jednego dnia. Proszę nam wierzyć, to dalej jest nie lada wysiłek i osiągnięcie wymagające solidnego przygotowania. Może to będzie właśnie droga dla Ciebie młody górski biegaczu czy biegaczko, aby sięgnąć kiedyś po smak legendy, który nie każdemu jest dany od razu? Może potrzeba kilku lat konsekwencji? Nie zawsze trzeba się porywać od razu na całość, można się delektować.Wielu z nas którzy, podjęli taką czy inną drogę do wspinania się po cyfrach szlaków Babiej Góry, zostali już tutaj na stałe. Pomagają, poświęcają swój czas, a nie rzadko i zdrowie, targają sprzęt do pomiaru czasu na szczyt, dbają o to, aby wszystko było wykonane z najwyższą starannością. Nie chodzi o to, aby wymieniać osoby, każdy wie, ile oddał dla niej, ale też co dostał w zamian. Ultra Babia potrzebuje nie tylko śmiałków zmierzających po wieczną chwałę i zachwyty turystów, którzy co chwilę pytają się „to który to już raz”? Dobrze też czasem popatrzeć na marzenie o własnej legendzie z boku, z dystansem, z uśmiechem zmęczonego wolontariusza, który w tym roku wesprze innych w walce o marzenia spełnienia się jego własnej legendy. Można spędzić dobę na szczycie ubranym w kilka warstw ubrań i zmarznąć, można spędzić dzień przy łańcuchach na perci pilnując bezpieczeństwa biegaczy. To dobrze robi każdemu. A legendy i tak wystarczy dla Wszystkich. Magia Ultra Babiej polegała zawsze na wbieganiu na szczyt i zbieganiu po tej samej drodze, zaczynając od pierwszego a kończąc na szóstym razie, zawsze góra i dół po własnych śladach. A właśnie, że nie do końca. Na Ultra Babiej na tej drodze nigdy nie jesteś sam. I jeśli zachwyciła mnie tak jak Ciebie legenda o 6 zdobyciach szczytu, to nie w tym się rozkochałem. Tylko na Ultra Babiej tyle razy spotykasz się z rywalami, przybijasz piątki. Czasem tylko wymieniasz krótkie spojrzenie, bo brak ci tchu pod górę. Czasem szybki uśmiech, bo lecisz jak pilot bombowca w dół. Ty masz wzrok zamglony, a oni we włosach wiatr. I może to być raz lub dwa, trzy lub cztery, a może sześć razy. To jest szacunek dla rywali. To jest ta magia. To właśnie Legenda Ultra Babiej.Każda legenda ma swoją królową, kierowniczkę zamieszania, panią Dyrektor. Jest nią Kinga Pachura. Osoba wielu talentów, ale też twardego charakteru. Utytułowana biegaczka górska i skyrunningowa. To Ona czuwa na wiele miesięcy przed imprezą, aby wszystko było formalnie i normalnie dopięte na ostatni guzik. To szyja i głowa i nogi Ultra Babiej.
Kinga, bez Ciebie legenda nigdy nie byłaby taka piękna.