Biegacz amator

JAK NA SKRZYDŁACH!

03.05.2017

Dominika Stelmach, Bartek Olszewski i Tomek Walerowicz. Polacy, którzy podbili w biegu świat. Każde na innym kontynencie. Ruszyli asfaltowymi drogami w jednym celu. Pobiegli dla tych, którzy nie mogą biegać. Pobiegli? Polecieli! Na skrzydłach, do mety, po zwycięstwo! Przeczytajcie ich łączoną relację z Wings for Life World Run 2016. A potem pękajcie z dumy, bo to Bohaterowie z naszej ultrabajki.

Kanada, Australia i Polska

Bartek: Dlaczego Kanada? To pytanie zawsze pada w wywiadach. Lokalizację wybraliśmy wspólnie z Kasią (Gorlo). Zadecydowały dwa względy, sportowy i turystyczny. Z jednej strony, była to dobra lokalizacja do szybkiego biegania. Płaska trasa, raczej sprzyjająca pogoda i całkiem dogodna godzina biegu. Z drugiej, zawsze chciałem zobaczyć wodospad Niagara i Toronto. I w jednym, i w drugim przypadku się nie zawiodłem. Wodospady są naprawdę wspaniałe, a miasto robi wrażenie. Szczególnie na kimś, kto lubi klimat dużych metropolii.

Dominika: Do Australii przylecieliśmy tydzień przed biegiem. Chciałam mieć czas na regenerację po podróży, w końcu przyjechałam wygrać. A przynajmniej walczyć o wygraną. Tymczasem po 24-godzinnym locie czułam się źle. Dwie noce nie mogłam spać, a gardło porastał drut kolczasty, zdecydowałam, że nie ma czasu do stracenia. Tylko lekarz może mi pomóc. Basia, u której się zatrzymaliśmy z Bartkiem, moim mężem, mieszka w Sydney od pięciu lat, także szybko ogarnęła nam doktora (3 minuty wizyty za 300 zł, ale takie tu są ceny – wszystko razy trzy, a piwo po jeszcze gorszym kursie…). Wyrok – angina, pięć dni antybiotyku. Zostało zwiedzanie jako zamiennik trenowania. Dobre i to.

Tomek: W Wings For Life po raz pierwszy brałem udział przed rokiem, zająłem drugie miejsce w krajowej rywalizacji, dobiegając do 67,3 km. Zainspirowała mnie niespotykana formuła biegu bez klasycznej linii mety oraz przede wszystkim szczytny cel, jaki towarzyszy tej imprezie. Do Poznania udałem się dzień wcześniej razem z żoną Anią i synem Bartkiem. Mam taką zasadę, że na zawody jeżdżę albo z moją rodziną albo wcale. W życiu mam jasno postawione priorytety. Na pierwszym miejscu jest rodzina, potem praca i dopiero na trzecim bieganie. Wieczorem przed snem syn zapytał mnie, co jest nagrodą za wygranie biegu. Odpowiedziałem mu, że można sobie wybrać w przyszłym roku start w dowolnym miejscu na świecie. Bartek odpowiedział, że jak wygram, to on wybierze nam cel podróży i położył się grzecznie spać. Ja też.

Przed startem

B: Leciałem do Kanady z dwoma celami. Przede wszystkim wygrać bieg. Moim zdaniem nie byłem w formie, która pozwoliłaby mi na przebiegnięcie 80 km. Po cichu liczyłem na 75 i skakałbym z radości po przekroczeniu tego dystansu. Jak się okazało, sport jest nieprzewidywalny. Idealnie wstrzeliłem się z treningiem, regeneracją, dietą i taperingiem. Wszystko zagrało, a jeszcze dzień przed biegiem, na ostatnim rozbieganiu, czułem się jakbym z formą cofnął się przynajmniej o dwa lata.

D: Obeszliśmy Sydney, pojechaliśmy do buszu, zwiedziliśmy dzikie plaże, widzieliśmy pytona. Dwa dni przed biegiem polecieliśmy do Melbourne, czyli na miejsce biegu. Postanowiłam, że już pora wrócić do biegania. Ale to wcale nie było takie proste. Wiał cholerny wiatr – taki, że nie mogłam się przebić do przodu. Średnia z 10 km wyszła zatem całkiem przyzwoita, jakieś 4:30 min/km. Ale do poczucia formy było daleko. W sobotę przeszliśmy ponad 30 km… zastanawiam się, czy mogło to jakkolwiek wpłynąć na bieg, ale nie sądzę. Raczej pomogło mi się rozruszać. Przed krótkim biegiem nie ryzykowałabym takiej przechadzki, ale biegi ultra to inna bajka.

W niedzielę obudziłam się w dziwnym nastroju. Jakbym to nie ja miała biec, jakby to nie dzisiaj…

T: W marcu na łamach portalu Bieganie.pl ukazał się wywiad ze mną, w którym zostałem przedstawiony jako jeden z faworytów tegorocznej polskiej edycji WfL. Rozpoczęło się „pompowanie balonika”, dostałem wreszcie porządnego kopa, żeby przyłożyć się do treningów. Przyznam, że w listopadzie i grudniu zrobiłem sobie dwumiesięczne roztrenowanie i przygotowania zacząłem z czterokilogramową nadwagą. Miałem problem, by zmobilizować się do mocniejszego biegania, gdyż po prostu nie chciało mi się zbytnio męczyć. Wolałem delektować się treningiem. Dopiero w marcu i kwietniu uczciwie przyłożyłem się do biegania, waga wróciła do normy, zacząłem startować w zawodach. Najlepiej wyszedł mi DOZ Maraton w Łodzi, gdzie w samotnym biegu uzyskałem 2:25. Wtedy byłem już pewny, że nawet w trudnych warunkach poprawię zeszłoroczny rezultat z Wings for Life.

Aklimatyzacja, pogoda i emocje

B: Z mojej perspektywy aklimatyzacja nie była mi do niczego potrzebna. Wręcz przeciwnie, ja wcale nie chciałem się przestawiać. Start był o godz. 7 rano, czyli 13:00 polskiego czasu. Kanadyjczycy musieli wstać na bieg o 4 rano, co nie jest łatwe. Ja wstałem o tej samej porze, ale czułem się solidnie wyspany. Zmiana czasu paradoksalnie zadziałała na moją korzyść. Dobrze zniosłem podróż samolotem, spałem jak dziecko i tylko odliczałem sekundy do startu. Co ciekawe, na pewno w sobotę za dużo chodziłem, zamiast leżeć plackiem w łóżku. Jednak nie sądzę, żeby ostatecznie miało to wpływ na bieg. Zwyczajnie, wstałem w niedzielę i to był ten dzień. Idealnie trafiłem z formą.

D: Co kilka minut (serio!) nerwowo sprawdzałam prognozę pogody. Zapowiadali burzę, ale każdy portal podawał inną godzinę nadejścia piorunów.

Ostatecznie apokalipsa nie nadeszła, wiatr się uspokoił, choć w Warszawie narzekałabym, że wieje, deszcz ustał. Dwie godziny przed startem wyszliśmy z hotelu. Nie czułam się jednak jak przed ważnym biegiem. Nie potrafiłam zmusić się do takiej pożądanej tremy przedstartowej, gdy żołądek pracuje szybciej i serce rwie się do boju. Nic z tego. Marazm i jakieś otępienie. Żołądek nie chciał współpracować. Przeczuwałam kłopoty. Nogi były ciężkie. Pociłam się, choć temperatura oscylowała wokół 18-20 stopni. Niemniej wilgotność sięgała 85-90%. Było tak poburzowo, albo przedburzowo. Gęsta atmosfera.

T: W dniu startu wróciłem po śniadaniu do pokoju hotelowego, aby przygotować strój. Długo nie mogłem się zdecydować, jakie wybrać buty: startowe czy treningowe? Postawiłem na sprawdzone treningówki. Uznałem, że w upale i tak nie utrzymam tempa, jakim planowałem początkowo biec, a przynajmniej dam stopom wytchnienie, gdy spuchną. Za bardzo zżyłem się z moimi paznokciami, aby ryzykować ich utratę w startówkach. Komfort wygrał z dynamiką. Przypiąłem pas do spodenek, spakowałem sześć żeli. Z obawy przed zbyt szybkim startem wykonałem tylko 2 min truchtu na rozgrzewkę oraz kilka ćwiczeń rozciągających. Wolałem być niedogrzany niż nadmiernie pobudzony.

3, 2, 1, 0…

D: Start! Zaczęłam biec. Ciężko. Nogi nie chciały się kręcić. Cierpiałam, bieg nie sprawiał mi przyjemności, nie wiedziałam, co się dzieje. Nie tak miało być. Nogi musiały przestać słuchać mózgu, który na pewno się broni przed wysiłkiem, dostał przez ostatnie dni w kość. Poza tym nie znałam profilu trasy, nie wiedziałam, że to bieg po autostradzie! Zostaliśmy puszczeni wydzielonym pasem „hajłeja”, obok jeździły ogromne tiry, kierowcy trąbili. Beton, beton, betonowe mury. I trzy tysiące zawodników obowiązkowo ubranych w startowe koszulki (niestety, bo „XS” była naprawdę duża, materiał bardzo syntetyczny – choć grafika fajna i rzeka biegaczy musiała wyglądać imponująco).

B: Bieg na pewno ma nieporównywalnie mniejszą skalę niż ten w Polsce. Startowało trochę ponad 700 biegaczy, spakowałem ze sobą sześć żeli energetycznych, potruchtałem ze 2 km i ustawiłem się na starcie. Pogoda była niemal idealna. Trochę wiało, ale tego można było się spodziewać. Świeciło słońce, a temperatura wynosiła ok. 8 stopni w cieniu. Ustawiłem się w drugiej linii za Kanadyjczykiem Neffem i Amerykaninem Ornelasem. Oni celowali w 80 km. Jeszcze ostatnie odliczanie i ruszyliśmy. Od początku tempo jak dla mnie zawrotne, na 10 km miałem czas minimalnie poniżej 37 min. Cały czas wisiałem im na plecach i modliłem się w duchu, żeby zwolnili. Z jednej strony było to kilka sekund za szybko i chciałem odpuścić, z drugiej strony biegliśmy pod wiatr, z którym nie chciałem walczyć samotnie. Pulsometr pokazywał jednak, że wszystko jest pod kontrolą.

D: Organizatorzy australijskiej edycji nie przewidzieli żadnego pakietowego napoju przed biegiem. Nigdzie też nie można było kupić płynów (poza kawą). Normalnie zdenerwowałoby mnie to okropnie, ale tym razem tylko machnęłam ręką i uznałam, że napiję się na 5. kilometrze...

T: W kuluarach jako faworytów tegorocznej edycji typowano Artura Jabłońskiego, Pawła Grzonkę, Marcina Kęsego oraz mnie. Od startu mocno ruszyliśmy z Arturem, a początkowe kilometry wychodziły po ok. 3:35 min/km. Po dwóch tak szalonych kilometrach odpuściłem Artura, gdyż uznałem, że w takich warunkach żaden z nas nie jest w stanie tego tempa wytrzymać. Przez pierwsze 40 km poziom terenu wznosi się o ponad 60 m, dodatkowo wiał mocny wiatr głównie w twarz. Poza tym temperatura powietrza wynosiła około 24 stopni Celsjusza, co na pewno nie sprzyjało długiemu i szybkiemu bieganiu. Na trzecim kilometrze doszli mnie Mateusz Wójcik i Paweł Grzonka. Po 8 km Mateusz zwolnił i zostaliśmy sami z Pawłem. Przez kolejne kilometry pogoni za Arturem zdążyliśmy z Pawłem pogadać nie tylko o bieganiu, ale również o życiu osobistym i zawodowym.

Zawrotne tempo

D: Na 5. kilometrze wypiłam łapczywie pierwszy kubeczek wody. I zaczęła się orka. Zaczęło się moje tradycyjne odliczanie piątkami. Byle do 20. kilometra, byle do 25., byle do 30. Noga za nogą, nie za szybko. Po 15 km miałam czas 1:04, co oznaczało, że biegłam w tempie 4:16 min/km, grubo za wolno w stosunku do założeń. Samotność długodystansowca, możliwość odcięcia się od świata zewnętrznego, to ona uratowała mój bieg. Zamknęłam się w sobie, uspokoiłam. Przestałam przejmować się informacjami, że druga zawodniczka jest kilkanaście sekund za mną. Podjęłam ze sobą dialog. Wyłączyłam się.

T: Na 33. kilometrze dogoniliśmy Artura, który po kilkuset metrach próby utrzymania naszego tempa odpuścił. 2 km później Paweł lekko przyspieszył. Postanowiłem nie dotrzymywać mu kroku, uznałem, że jest za wcześnie, żeby opuszczać komfortową dla mnie intensywność. Czułem, że zaczynają się pierwsze drobne kryzysy, więc nie był to moment na ich pogłębianie, tylko łagodzenie. Paweł zyskał nade mną około 40 m przewagi i tak dobiegliśmy do 40. kilometra, gdzie droga skręcała w lewo. Nareszcie przestało wiać nam w twarz, więc postanowiłem odrobić stratę. Zaraz za wirtualną metą maratonu, gdy byłem już kilka metrów za liderem, Paweł nagle stanął, miał skurcze łydek. Przybiliśmy piątkę i pobiegłem samotnie dalej.

B: Tempo cały czas wynosiło ok. 3:45 min/km. Przebiegliśmy już wzdłuż wodospadów Niagara i teraz kończyliśmy piękny odcinek wzdłuż rzeki. Od tej chwili otaczały mnie już tylko olbrzymie przestrzenie. Farmy, pola golfowe, łąki, lasy. Wiedziałem, że coraz słabiej radzi sobie zawodnik z Kanady, Calum Neff. Dziwiło mnie to, bo to naprawdę utytułowany biegacz, zwycięzca dwóch edycji i szybszy maratończyk niż ja. Ostatecznie odpadł po ok. 30 km i powoli tracił dystans. Został ze mną tylko Amerykanin, Zach Ornelas. Nic o nim nie wiedziałem, ale wyglądał bardzo dobrze. Chwilami uciekał mi na kilkanaście metrów, a ja zwyczajnie nie mogłem utrzymać zadanego tempa. Jak się później okazało to członek kadry USA w biegach górskich i maratończyk z wynikiem poniżej 2:20.

Jednak po 40. kilometrze zupełnie opadł z sił. Zacząłem stopniowo zwiększać dystans. Jeszcze do 50. kilometra różnica nie była duża, jednak później drastycznie się zwiększyła. Zostałem sam z przyspieszającą metą za plecami i kolejnymi kilometrami przed sobą. I tak naprawdę dopiero teraz zaczęło mi się dobrze biec.

D: I nagle był 35. kilometr, poczułam rytm. Skupiłam się. Tempo 3:58 min/km, 4:08 min/km – w zależności czy akurat było z górki czy pod górkę. Dodam, że płasko nie było ani przez chwilę. Nie żeby mnie to szczególnie martwiło, ale inni padali, po kolei wyprzedzałam zmęczonych facetów. Nie byli przygotowani na tyle podbiegów, na taką depresyjną trasę, która na stronie WfL określona została jako: turystyczna z widokiem na morze!

Ale mi wreszcie zaczęło podobać! Organizm zrozumiał, że może. Głowa mnie posłuchała! Posłuchała serca, które chciało walczyć! Przecież kocham rywalizację. Kocham bieganie! To moja pasja! Po rodzinie, najważniejsza rzecz, jaką mam w życiu! Realizacja tej pasji dodaje mi skrzydeł!

T: Okazało się, że Paweł miał problemy ze skurczami łydki, która nie doszła do siebie po maratonie w Warszawie. Odwróciłem się za siebie, lecz mimo długiej prostej nie zobaczyłem nikogo. Zrozumiałem wtedy, że tylko na własne życzenie mogę tego biegu nie wygrać. Przez kilka kolejnych kilometrów biłem się z myślami, co robić. Czy zwolnić do truchtu, aby bezpiecznie ukończyć rywalizację, czy biec odważnie, walcząc o poprawę wyniku sprzed roku. Szybko przeliczyłem w głowie, iż biegnąc po ok. 4:10 powinienem dobiec do ok. 70. kilometra. Kolejne kilkanaście kilometrów pokonywałem w przedziale 3:55-4:15.

B: Biegłem trochę jak w transie, od punktu z wodą do punktu z wodą. Od jednego żelu energetycznego do drugiego. Ze mną cały czas tylko kamera i dwa rowery. Czekałem na kryzys, ale ten nie przychodził, a tempo cały czas było mocne. Chciałem dobiec tam, gdzie przed rokiem, no dobra, chociaż kawałek dalej. Jednak po przekroczeniu 60. kilometra, kiedy średnia wynosiła 3:45, wiedziałem, że 80 km staje się realne. W końcu to jeszcze tylko półmaraton do przebiegnięcia. I tak zaczęło się odliczanie wsteczne.

Długi finisz!

B: 19, 18, 17 i tak każdy kolejny kilometr. Minąłem 70. kilometr ze średnią 3:46 min/km. Starałem się coś przeliczać, ustalić tempo, jakim muszę biec. Wychodziło mi, że wystarczy dokładnie 4:00 min/km, ale aż nie chciało mi się w to wierzyć. Biegłem więc o 6 sekund szybciej.

D: Walczyć do końca – tego nauczyłam się niedawno. Bieg kończy się na mecie lub wyjątkowo, gdy meta Cię dogania – do tego momentu Ty decydujesz. Walka rozgrywa się w Twojej głowie. Nieważne, czy chodzi o mały bieg, czy o ten najważniejszy. Możesz go przegrać zanim wystartujesz, ale możesz też odwrócić los. Ostatni kilometr w 3:30 min/km. Czemu już? Ja bym jeszcze chciała pobiec! STOP. Przychodzi radość z wygranej. Zwyciężyłam w Australii, po raz drugi wygrałam WfL. Przebiegłam 55,25 km, a średnie tempo wyniosło 4:10 min/km. Byłam siódma na świecie, pierwsza wśród kobiet w Australii, trzecia w klasyfikacji open. Wygrałam ze sobą!

T: Cyklicznie pojawiały się drobne kryzysy, które jednak nie trwały zbyt długo. Gdzieś lekka kolka, za chwilę drobny skurcz, ale pomagała szybka zmiana tempa. W przypadku kolki musiałem zwalniać, przy skurczu łydek pomagało mi akurat przyspieszenie poniżej 4 min/km. Niby dziwne, ale działało. Po 68 km pokonałem ostatni długi podbieg, trasa skręciła w prawo i pierwszy raz wiatr zaczął pomagać. Chłopaki na rowerze krzyknęli mi, że jak przyspieszę, mam szansę złamać 71 km. Miałem jeszcze spory zapas sił, więc podkręciłem tempo o kilka sekund. Udało mi się zwiać przed Adamem Małyszem do 71,12 km. Kiedy mnie mijał, podskoczyłem jeszcze w euforii do góry. Pomyślałem: „Stary, jak cię mija taki wybitny skoczek jak Adam Małysz, to nie wypada nie skoczyć”. Adam wysiadł z auta, pogratulował mi zwycięstwa i przeprosił za to, że musiał mnie dogonić. Potem spotkała mnie najmilsza sytuacja tego dnia. Adam poprosił mnie o zrobienie wspólnego zdjęcia… Wielki mistrz, skromny człowiek, któremu sukces nie uderzył do głowy. Człowiek, którego podziwiałem przez całe młodzieńcze życie, mój największy idol sportowy poprosił mnie o wspólną fotkę. Po prostu szok i niedowierzanie.

B: Odliczanie wsteczne sprawdziło się idealnie. Trzymałem tempo 3:54 do 79. kilometra. Obejrzałem się za siebie, nie było nic, pusto! Pierwszy raz tego dnia uwierzyłem naprawdę w te 80 km, wiedziałem, że tam dobiegnę. Nie wierzyłem w to, nie postawiłbym na to grosza. A jednak. Minąłem ten punkt, z radości wyrzuciłem kubek z wodą do góry i… chciałem skończyć.

Wiedziałem, jaka jest sytuacja na świecie. Wiedziałem, że jestem drugi, znałem stratę do Włocha i wiedziałem, kim ten Włoch jest. Bieg się dla mnie skończył, zwolniłem. Wiele osób mówi, że końcówkę człapałem, może tak to wyglądało. Ale ostatnie 3 km to tempo 4:02, 4:10, 4:20 min/km, więc mimo wszystko biegłem, ale już tak, żeby mniej bolało. A bolało mnie już wszystko, dosłownie wszystko. W końcu dogonił mnie samochód. Stanąłem. Ledwo trzymałem się na nogach, ale jednocześnie byłem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Zrobiłem coś, w co nigdy bym nie uwierzył. W sumie dalej nie wierzę i nie potrafię racjonalnie tego wyjaśnić. Mogę tylko powiedzieć, że sport jest piękny i nieprzewidywalny.

 

A to, co działo się po biegu, to już czyste szaleństwo. Owacja na lotnisku, setki, tysiące gratulacji. Do mnie to cały czas nie dociera. Jest mi niezmiernie miło, że mogłem swoim biegiem dać innym tyle radości i emocji. Bo moim zdaniem o to chodzi w sporcie. O emocje. A skoro o nich mowa to chciałem wszystkim serdecznie podziękować za wsparcie przed biegiem, w jego trakcie i po nim. Przede wszystkim Kasi, Bratu i Rodzicom, którzy zawsze będą mi kibicować. Oraz firmie Adidas za wsparcie sprzętowe i za to, że nie muszę co miesiąc kupować nowej pary butów do biegania.

Dziękuję Wam, wszyscy jesteście wielcy!

Aż chciałoby się dopisać: To my dziękujemy Wam! Gratulacje!

TEKST POCHODZI Z MAGAZYNU ULTRA#5 do kupienia na www.sklep.kingrunner.com

Kingrunnera tworzą biegacze. Dodaj swój artykuł.

pozostałe artykuły