Biegacz amator

Herciego głód życia, czyli czy jest na sali jakiś tłumacz?

Warszawa, 1.01.2020

Coraz więcej na rodzimym rynku wydawniczym książek pisanych przez polskich biegaczy, co cieszy, bo przecież nasi sportowcy nie mają się czego wstydzić. Tym bardziej w tym przypadku, książką Piotrka Hercoga należałoby się raczej chwalić!

To jest lektura niemalże doskonała. Świetnie napisana, odpowiednio wyważona między wypowiedziami samego Piotra a fragmentami autorstwa Jacka Antczaka, o ciekawej formie chronologicznej, wreszcie zilustrowana na absolutnie doskonałym poziomie, ale to akurat nihil novi, w końcu Herci przyzwyczaił nas do wysokich standardów w tym temacie. Ale od początku.

Po pierwsze, układ chronologiczny. Dla tych z Was, którzy w społeczności są już parę lat lub interesują się projektami i startami takich osób jak Piotr Hercog, czytanie o wyprawach, które mogliście śledzić wcześniej czy to w branżowej prasie, czy w social mediach, mogłoby być nieco wtórne. (Sama się tego bałam). Na szczęście nie dostaliśmy linearnej opowieści, tylko trochę pomieszaną. Rozdziały poświęcone projektom wchodzącym w skład Hercog Mountain Challange zostały wkomponowane w te dotyczące młodości Piotra: dzieciństwa w Częstochowie, nastoletnich lat spędzanych niemal wszędzie, tylko nie w domu, studiów, aż w końcu rajdów! Nie mogłam w trakcie ich czytania przestać zastanawiać się, czy książkę miała już w rękach mama Piotra i czy wiedziała o tych nie do końca legalnych eskapadach swojej latorośli. Dzięki temu zabiegowi świetnie udało się utrzymać napięcie całej opowieści, książki nie da się tak po prostu odłożyć na stolik, tylko trzeba czytać, czytać, żeby koniecznie dowiedzieć się, co dalej, czy udało się im wyjść z tej jaskini, czy z tym gipsem na nodze Piotrek jednak dotarł do mety i jak z tym pierwszym rajdem było.

Po drugie, ile napisał Herci, a ile Jacek Antczak. Myślę sobie, że gdyby Piotr sam wziął się za pisanie tej książki, efekt byłby naprawdę super. Ale dzięki temu, że zrobił to razem z Jackiem, jest jeszcze lepiej. Drugi autor, niejako z zewnątrz, bo jednak facet niezwiązany z AR czy ultra, dodaje tej książce oddechu, uzupełnia wypowiedzi Piotra o fakty, tło, komentarze osób trzecich, wnoszące inny punkt widzenia na to wszystko, co Piotra po drodze spotyka. Herci ma kapitalny dar do dzielenia się anegdotami, soczystymi wspomnieniami, zarówno przerażającymi (głównie dla mnie z jaskiń, bo na fali akcji w Wielkiej Śnieżnej naoglądałam się filmów z zacisków typu Magduchna i, parafrazując klasyka, „za ch… bym tam nie wlazła”, i rajdów), jak i śmiesznymi (jak te wigwamy, o których nam mówił w wywiadzie). Smaczku lekturze dodaje też fakt, że niejednokrotnie na kartach książki pojawiają się osoby znane w środowisku, zwłaszcza w czasach rajdowych ich sporo i anegdot z nimi związanych też. (Dymus, pozdro! :))

Po trzecie, technikalia. Jestem freakiem. Takim, co jak na ósmej stronie widzi jakiś paskudny babol językowy, to nie kończy książki. (Serio, nie skończyłam Szeptów kamieni przez to ;)). Nie mówię, że w tym wypadku jest bezbłędnie, bo trochę się tam nazbierało, ale generalnie i pod tym względem jest naprawdę dobrze.

Do rewelacyjnych zdjęć ze swoich eskapad Piotr przyzwyczaił nas przez lata. Nie inaczej mogło być w wypadku książki. Ponowne oglądanie zdjęć m.in. Piotrka Dymusa, Kasi Biernackiej czy Łukasza Buszki cieszy wzrok, a i fotografie z młodości Piotrka to perełka, bo fajnie zobaczyć, jakim młokosem kiedyś był Herci.

Po czwarte, wady. Nie wiem, nie ma. (A ja potrafię się wad doszukać zawsze, taki mam talent ;)). Mogłabym napisać, że za krótka, ale może gdyby była dłuższa, byłaby przegadana. A tak jest naprawdę idealna do czytania. Mam nadzieję, że kolejne lata i wyzwania Piotrka zaowocują np. za dekadę wydaniem wznowionym, uzupełnionym. Bo to, co mnie ujęło w tej książce, to nie tylko przygody, podróże, wyrypy i starty. To fajny gość, któremu to wszystko się przytrafia. Który ma ogromny apetyt na życie, na wyciąganie z niego tego, co najlepsze, na zabawę w gronie bliskich. Który mimo tego, że osiągnął tak wiele pod względem sportowym, ma czas dla innych, nie wywyższa się, nie stracił zapału (tudzież nie zyskał kija nie powiem gdzie) do wygłupów. Który ma dopiero lat 45 (tak?), więc serio, czekam i bacznie obserwuję, gdzie się jeszcze pojawi, w jakich projektach weźmie udział i czy sobie czegoś nie odmrozi podczas wypraw PHZ czy innych szalonych pomysłów ze swoim równie ultraciekawym imiennikiem. Acha. Porad treningowych tam nie znajdziecie. Na szczęście!

Pod pewnym względem to zdjęcie jest kwintesencją książki. Fot. oczywiście Piotr Dymus

 

 

Czytajcie. Koniecznie. Choć pewnie już wszyscy przeczytaliście ;)

Piotr Hercog. Ultrabiografia, Jacek Antczak, Piotr Hercog, Wydawnictwo SQN, Kraków 2019. 

Kingrunnera tworzą biegacze. Dodaj swój artykuł.

pozostałe artykuły