Drużyna Pierścienia - Rafał Bielawa bije rekord GSB

GSB, 29.05.2020

Czym dla mnie zawsze był sport? Zabawą, nauką, lekcją życia. Z dzieciństwa pamiętam wybieranie drużyn. Przestępowałem z nogi na nogę i nie mogłem się doczekać, aż wybiorą mnie. Później, zwłaszcza grając w kosza, to ja wybierałem, kompletowałem skład. Dobierałem rycerzy prawie jak przed walką na śmierć i życie. Wygrywając, czułem się, jakbym płynął nad ziemią, porażki bolały, a mimo to zawsze po meczu podchodziłem do przeciwnika i dziękowałem za walkę. Później z wiekiem walka pozostała walką, a rywale stawali się dobrymi znajomymi, którzy tylko na czas meczu przywdziewali wojenne barwy. Tak czy owak, zwycięstwo czy porażka, kończyło się tak samo. Podziękowaniem za rywalizację.

Zdjęcia: Łukasz Buszka

Akcja Główny Szlak Beskidzki 2.0 tylko pozornie była próbą indywidualną, w rzeczywistości okazała się rywalizacją zespołową. Stworzyliśmy Drużynę Pierścienia, a zamiast drogi do Mordoru mieliśmy do pokonania 500 km po szlakach od Beskidu Śląskiego, przez Beskid Żywiecki, Gorce, Beskid Sądecki, Beskid Niski, po Bieszczady. Nie było pierścienia do zniszczenia, była za to niebieska kropa nad moją głową i cel – muszę ją zaprowadzić do końca szlaku, do punktu ukrytego gdzieś przy drodze w Wołosatem. Musiałem tę drogę pokonać sam, a oni sprawili, że była to przygoda mojego życia. Oni, moja drużyna!

Adam

Pojawił się w Rytrze. Milczący, aż za bardzo, za co po pierwszej części biegowej został karnie przesunięty do sekcji samochodowej. W drugiej dał z siebie więcej niż powinien. Nie zatrzymały go kontuzja kostki ani też osłabienie wynikające ze zmęczenia. Biegł, walczył i nabijał kolejne kilometry. To jedna z takich przyjaźni, która wydaje ci się, że trwa całe życie, chociaż licznik dopiero niedawno przekręcił tarczę drugi raz. Silny i jednocześnie wyprostowany jak kolumna Zygmunta z Warszawy. Jak sam powiedział, mimo naszej intensywnej znajomości, nigdy nie był ze mną tak blisko jak na Cergowej. To był wspaniały czas przebywania w słońcu i kolorach pięknej jesieni, dyskusje – chciałoby się powiedzieć – do rana. Później tylko szybki asfalt i wariactwo wśród zawodniczek i zawodników z krótkich tras Łemkowyny. Dlaczego Adam? Bo jest równie szalony jak ja i reszta drużyny. Mimo obaw, warunków i własnych ograniczeń wdrapał się po śniegu na Rysy, przeżył tygodniowy wypad w Tatry i… dalej biegał. Na GSB był dokładnie taki, jakiego go znam – zaangażowany, waleczny i dzielny!

 

Andrzej

Zwariowany typ, któremu ciągle jest mało – a to niewiele kilometrów, a to za mało w górę. Poznaliśmy się w Kudowie podczas Biegu 7 Szczytów i od tego czasu przeżyliśmy wiele przygód. Nasza znajomość przyspieszyła, gdy wpadliśmy na plan zorganizowania zimowego obozu w Tatrach. Wszystko szło dobrze dopóki był z nami Adam, nasz anioł stróż i wentyl bezpieczeństwa. Gdy go zabrakło, okazało się, że Andrzeja nie zatrzyma dosłownie nic. Razem zaczęliśmy mocno przesuwać granicę, po osiągnięciu której powinno się krzyknąć: „Wycof!”. Tatrzańskie treningi spodobały się nam tak bardzo, że zaowocowały wspólnym startem w Rzeźniku, który każdy z nas zapamięta na długo. Andrzej dał z siebie 130%, a ja zobaczyłem, że można oczekiwać od siebie więcej. Wprawdzie podczas GSB bałem się, że będzie chciał mi się odpłacić za męczarnie w Bieszczadach, ale nic z tego. Pilnował, abym jadł i pił. Serwował mi swoje specjały, np. bitą śmietanę i parówki – zestaw, który zasmakował mi tak bardzo, że z pewnością nie raz będzie mi towarzyszył na biegach! Andrzej nie odpuścił nawet na moment. Dawał z siebie więcej i więcej, a apogeum nastąpiło gdzieś na bagnach nad Bartnem, gdzie nakarmił leśnego potwora własnym telefonem. Podobno od naszego przejścia tym fragmentem aż do dzisiaj słychać na szlaku jakieś dziwne dźwięki: bulgotanie, światła migają, a bagienne potwory pojękują. Ukuta na szybko opowieść cieszyła nas do samego końca. Bawiliśmy się świetnie, może jedynie Andrzej nie był skory do śmiechu, a do tego wszystkiego nie miał kontaktu ze światem i skazany został na banicję z bandą chichoczących trolli.

 

Kamil

Tego jegomościa nikomu nie trzeba przedstawiać. Poznaliśmy się po Rzeźniku w parku linowym. Już podczas kolejnego spotkania spędziliśmy ze sobą prawie 180 km na trasie Biegu 7 Szczytów. Później testowaliśmy nasz „związek” podczas pokonywania Głównego Szlaku Beskidzkiego w wersji bez supportu. Tym razem miało być podobnie, ale gdzieś po drodze nieco rozminęliśmy się ze stanem formy i biegłem sam. Wiedziałem jednak, że Kamil będzie w pobliżu i dołączy w drugiej części (najpewniej w Bieszczadach). Wypatrywałem go na każdym kroku od sobotniego poranka i co punkt pytałem o tego zarośniętego drwala. W końcu Komańcza. Jest! Bardzo się ucieszyłem, a późniejsze przeżycia pokazały, że pojawił się w najwłaściwszym momencie. Ostatnia noc na szlaku, najcięższa. Chciało mi się spać i w końcu runąłem pod drzewem. Kamil z Andrzejem owinęli mnie folią i pilnowali, by drzemka nie przeciągnęła się do rana. Kamil nie ma ze mną łatwo, bo potrafię np. rzucić ciężkim dowcipem, ale nigdy mi się za to nie dostało, nawet w formie żartu. Wiem, że mogę przy nim powiedzieć, co myślę, nie muszę udawać, szukać gładkich słówek, budować okrągłych zdań. I to jest piękne. Mimo że tym razem biegłem sam, to nasze wspólne wspomnienia dodawały mi sił. Wtedy cierpiałem, teraz było inaczej – łatwiej, bardziej radośnie. Czego mi zabrakło? Rozmowy na koniec pod Honem. Poprzednio nieźle się tam ubawiliśmy. Projekt GSB 2.0 mamy za sobą, ale na pewno jeszcze nie raz zaskoczymy czymś szalonym, a razem potrenujemy już niebawem!

 

Krzysiek

To miało być nasze pierwsze wspólne „bieganie”. Mimo że w mojej przygodzie z tym sportem pojawił się dość dawno, to jednak wcześniej był „za szybą”. Po roku lub dwóch nasza relacja zaczęła się zmieniać. Kiedy zapadło sakramentalne „tak” odnoszące się do tej wyrypy? Decyzja zapadła ponad rok temu. To było na targach w Kielcach, gdzie mieliśmy prelekcje – ja z Kamilem, a Krzysiek z Magdą. W którymś momencie padło pytanie: „następnym razem z nami?”. Szybka odpowiedź i... wiedziałem, że mam przed sobą kogoś, kto zna się na rzeczy. Przed startem nie rozmawialiśmy za dużo – ja robiłem swoje, a Krzysiek swoje. Wysłałem plan, przesłałem kilka pytań. Wymieniliśmy się uwagami, zabawkami i ani się obejrzałem, jak jechaliśmy na start w Ustroniu. Ja biegłem, a on próbował pokonać chorobę, która go dopadła. Od czasu do czasu pytał o samopoczucie i czekał na kryzys (który nie nastąpił). Gdy wpadałem na punkt, stale widziałem jak obserwuje, a jednocześnie nie wtrąca się w szkic, jaki skreśliłem na kartce. Nie przeszkadzał, nie ingerował, nie popędzał, a gdy jedyny raz rozciągnąłem się jak guma w gaciach, wreszcie zareagował. Ostre jak cięcie nożem: „długo będziesz siedział?” padło w Bartnem i wystarczyło mi na całe GSB. Poznaliśmy się lepiej, oboje darzymy się szacunkiem. I na pewno sprawdzimy tę naszą relację jeszcze nie raz!

Mateusz

Nie znamy się długo, chociaż podobnie jak z większością Drużyny Pierścienia jest to relacja bardzo dynamiczna. Już tydzień po mojej wizycie u Krzycha, gdzie spotkaliśmy się po raz pierwszy, wspomniany wyżej Adam przeklinał ten dzień – Mateusz przywiózł mu na dworzec w Krakowie raki i czekan, dzięki czemu przekonał się, że można wejść na Rysy, nawet nie znosząc wysokości! Kiedy Paweł został w Krynicy, to Mateusz zajął się kuchnią i robił to perfekcyjnie. Niezwykle serdeczny, ciepły i spokojny człowiek, który potrafił zapanować nad potrzebami całej ekipy. Pichcił jajecznicę na trzy kuchenki i nawet gdy wymyśliłem sobie dokładkę, sprostał zadaniu. Karmił jak dobra matka chłopaków, a gdy była taka potrzeba, oddawał swój własny sprzęt, a sam prawie po ciemku gnał przez las. Pamiętam wyraz jego twarzy, gdy po raz kolejny zaproponował mi pomidorową, o której nie chciałem już słyszeć. Ale to moja wina – na pytanie, cobym zjadł, powiedziałem, że zupę, mając na myśli coś pysznego jak z mety Łemkowyny. Problem w tym, że tam grali też tylko ten rodzaj pierwszego dania. Wiedziałem, że mogę na nim polegać, ale nawet nie spodziewałem się, że aż tak!

Paweł

Jedyny z całej ekipy nie biegł ze mną, ale od początku było wiadomo, że startuje w ŁUT 150, więc jego zadaniem była raczej pogoń niż szwendanie się ze mną na trasie do Krynicy. Paweł to niezwykle serdeczny, zawsze uśmiechnięty, elokwentny człowiek. Do tego uwielbia słodycze i pożera je – podobnie jak ja – w ilościach hurtowych. Ostatnie kilka tygodni przed akcją to z nim konsultowałem wszystkie tematy jedzeniowo-organizacyjne. Pamiętam taką historię, gdy Paweł wybiegł nam naprzeciw w okolicy Przełęczy Knurowskiej, a ja zagaiłem: „zjadłbym jajecznicę”, Odwrócił się i ze szczerym, rozciągniętym na całą twarz uśmiechem odpowiedział: „jajka już są”. Taki właśnie jest – ma się wrażenie, że czyta w myślach, a to po prostu ogromne doświadczenie zdobyte w górach podczas wypadów, wspinania i innych działań. W oczach wszystkich był wartością dodaną, dobrym duchem, którego dla powodzenia każdej akcji trzeba mieć po swojej stronie. Paweł był z nami od początku do końca i czekał na nas w Wołosatem. Warto dodać, że mimo zmęczenia, wspierania naszego przedsięwzięcia, zdobył swój medal i ukończył ŁUT 150!

 

Tomek K.

Kolejny wiecznie uśmiechnięty. Tomek to człowiek, którego nie chcesz spotkać, gdy przeżywasz swój największy kryzys. Dlaczego? Patrzysz na jego roześmiane lico i trudno wierzyć, gdy mówi: „ja też cierpię” czy „ledwo żyję”. Nie należy do największych gaduł, ale ma wiele innych fantastycznych zalet. Słowny jak Zawisza Czarny, powiedział: „będę w Bieszczadach” i gdy z rana dobiegaliśmy do Smereka, przywitała nas łuna światła, za którą ukrywał się on. Roześmiany, zadowolony, od razu zaraził nas tą energią. Gdy okazało się, że ekipa nie dojechała na czas, pognał do samochodu po dodatkową wodę, w porę jednak udało się nam go zatrzymać. Gdy nie cisnęliśmy zbyt mocno, w końcu miałem okazję zamienić z nim kilka słów na temat sezonu i planów na kolejny. Z reguły widzimy się gdzieś przelotem, na starcie, mecie, szybko w biegu. Wcześniej spotkaliśmy się na trasie Rzeźnika, gdy biegł swoje ultra, a ja wszedłem pod Małe Jasło, aby strzelić mu kilka zdjęć. Nie muszę mówić, że po prawie 140-kilometrowym biegu oczywiście miał filmowy uśmiech na twarzy. Cały Tomek! Cieszę się, że mogę liczyć na takich ludzi, w dodatku mocnych jak konie na wyścigach!

 

Tomek N.

Prawie sąsiad, chociaż zawsze wydawało mi się, że nie mieszka we Wrocławiu. Do Rabki przyjechał autobusem. Miał biec przez etap lub dwa w nocy, a wykręcił ponad 80 km. Do tego wspólnie przekonaliśmy kierowniczkę schroniska na Przehybie, że „zupa na rano” to strawa podana o 21:15. Jaka? Czy naprawdę muszę pisać? Pomidorowa oczywiście! Ubaw z tego mieliśmy po pachy, chyba nawet ta absurdalna scena dała nam więcej energii niż godzinna drzemka na łóżkach. To z Tomkiem mieliśmy okazję podziwiać wspaniałe widoki, panoramę Tatr, Gorce, Jezioro Czorsztyńskie, czy wreszcie dać się złapać Łukaszowi na Turbaczu. Nie dał mi się poddać emocjom, gdy z Piotrkami na trasie leciałem poniżej 4:00 min/km na zbiegach i tylko szeptał: „wolniej”. Mimo to pozwolił mi na chwilę szaleństwa, gdy potrzebowałem się zagotować i w szalonym tempie dopadłem na szczyt Lubania. Do ekipy dołączył jako ostatni, ale na każdym kroku okazywał, że przeżył fajną przygodę!

 

Wojtek

Nieco obawiałem się wspólnego biegania. On szybszy niż wiatr w górach, wyrywny jak kula z armaty i ja – na początku jeszcze świeży, z pewnością nie tak dynamiczny, z lufy wypadam wolniej, jednak ta mieszanka mogła się wypalić jak zbyt krótki lont. Musiałem bardzo uważać, aby nie dać się ponieść. Wiedziałem, że nawet nie zauważę, gdy dobiegnę zbyt blisko słońca i padnę jak Ikar. Do katastrofy nie będę potrzebował wysokości, nagle zatrzymam się tam, gdzie stałem. Nic takiego się jednak nie wydarzyło. Pilnowałem się, jednocześnie nie zapominając, że chodzi o dobrą zabawę. Biegliśmy lekko, cała ta nasza przygoda była na sporym luzie. Dużo rozmów, śmiechu, a kilometry mijały szybko lub jeszcze szybciej. Gdy trzeba było, potrafiliśmy przystanąć, przejść do marszu, aby za chwilę po raz kolejny zerwać się i gnać przed siebie. Gadaliśmy jak najęci, wydawało się, że nic nas nie zaskoczy, a pierwsza noc minie jak za pstryknięciem palcami. Rzeczywistość nas jednak pogrążyła. Po dziesięciu minutach od zapadnięcia zmroku usta się zamknęły i nastała cisza. Jakoś jednak udało nam się wybrnąć z marazmu i polecieliśmy na Markowe Szczawiny celebrować pierwsze 100 km. Później fantastyczne wejście przy silnym wietrze na Babią Górę i w końcu pierwszy nocleg w autach na Krowiarkach. Rano zabawa zaczęła się na dobre, przy czym ja już od 7:00 domagałem się prażącego słońca, a Wojtek tylko się radośnie podśmiewał. Wprawdzie zabił mnie przed Rabką, gdy usłyszałem: „Rafał, nie dam rady już dalej, muszę się wyspać. Jestem strasznie zmęczony”. Otworzyłem szeroko oczy. Ta szczerość nieco wybiła mnie z roli. Poprosiłem, aby „na przyszłość tego typu wyznania zostawiał dla siebie, gdyż – jakby to powiedzieć – ostatnio nieco nie dosypiam”. Później dalej biegł, a w sumie pokonaliśmy razem grubo ponad 200 km. Walczył i pomagał, nie odpuścił nawet na moment, a w Bieszczadach trudno było już go upilnować i latał sobie wokół nas jak ptak.

 

Rafał, czyli ja

Biegłem i cieszyłem się chwilą. Od początku do końca otoczony wspaniałymi ludźmi. Kierowałem się samopoczuciem i cieszyłem się tym wszystkim, co działo się wokół. Nie spalałem się na myśl o czasie, jaki mam do zrobienia. Nie wpadałem w zbyt wielki optymizm, gdy szło dobrze. Byłem spokojny, rozważny, ale w takim moim romantyczno-szalonym wydaniu. Wiedziałem, że mam oparcie, że są ze mną Przyjaciele, że tuż obok jest moja rodzina, która mnie wspiera i dopinguje. Tylko jedno „musiałem” – dobiec do końca, do Wołosatego. Dla siebie i dla nich. Dla tych, którzy poświęcili swój czas, aby pchać niebieską kropę na wschód. Nie było wyjścia, tym razem otwarte złamanie byłoby zbyt błahym powodem do odwrotu. Powiedziałem Pawłowi kilka tygodni przed akcją, że jestem dzieckiem szczęścia i pogodę będę miał dobrą. Tak było. Nawet kiedy padało, cieszyłem się jak dzieciak, bo uwielbiam deszcz. Tak, jestem zwariowany. Jedno na koniec. Mówi się, że szukamy ludzi podobnych do nas samych. Patrząc na taką ekipę, aż trudno mi uwierzyć, że mogę być choć w części do nich podobny!

Dzięki!

[Red. tak było w 2017 roku, a czy w tym zwiarowanym 2020 ktoś pobije rekord Rafała?]

Oficjalne info z portalu https://fastestknowntime.com/athlete/rafal-bielawa

 

Kingrunnera tworzą biegacze. Dodaj swój artykuł.

pozostałe artykuły