Biegacz amator

"Biegacze" niekoniecznie o bieganiu

Warszawa, 20.10.2017

W czwartkowy wieczór zaproszeni szczęśliwcy lub ci, którym dzięki różnym konkursom udało się zdobyć wejściówki, spotkali się w warszawskiej Lunie na premierze Biegaczy – pierwszego pełnometrażowego dokumentu poświęconego biegaczom. Jeśli ktoś planuje obejrzenie filmu, uprzedzam, że zdradzam trochę historii i detali.

Przede wszystkim, nie jestem pewna, czy te zapewnienia o "pierwszym filmie o biegaczach" nie są trochę na wyrost – przecież już kilka filmów się przewinęło przez różne festiwale i spotkania przy okazji imprez biegowych. Ale rozumiem, że to takie buńczuczne hasło, którego używa dystrybutor dla przyciągnięcia publiki.

Nie ukrywam, że po przeczytaniu pressbooka dołączanego do materiałów prasowych trochę się na tę produkcję najeżyłam. Biegi ekstremalne, czyli te powyżej 100 km... Zamiast podania tych ponad 7 tysięcy przewyższenia, z którymi muszą się zmierzyć uczestnicy Biegu 7 Szczytów, na plakacie filmu jest ledwie 1200 metrów wspinaczki. Nie do takiej nomenklatury przyzwyczailiśmy się w środowisku, prawda? Zastanawiam się zawsze w takich sytuacjach, czy bardzo trudne jest skonsultowanie z kimś bardziej zagłębionym w temat tego typu haseł? Czy po prostu dystrybutor nie chce trafić do odbiorcy ultrasa (z założeniem, że jego uwagę i tak ta produkcja przyciągnie), a do zwykłego szarego człowieka, nieznającego tematu, stąd te nieścisłości? Z drugiej strony na to patrząc, chyba w takich niechlujnych czasach przyszło nam żyć po prostu, bo tego typu łatwych do wyeliminowania błędów ustrzec się mogła także redakcja tygodnika dołączanego do poczytnej gazety codziennej, która w ubiegłym tygodniu wypuściła, skądinąd świetny i poruszający wywiad z jedną z filmowych bohaterek, Agatą Matejczuk (choć bardzo podobny do tekstu Wojtka Staszewskiego sprzed dwóch lat o tej samej bohaterce).

Ad rem jednak. Po prezentacji osób zaangażowanych w produkcję zaczął się pokaz filmu. Nie mogę powiedzieć, żeby te 72 minuty mnie znużyły – mimo tego, że mogłam się domyślić, dokąd zmierza przynajmniej biegowa część historii, bo w końcu wyniki z biegów są dostępne w internecie. Pierwszą myślą, która pojawiła się w mojej głowie po seansie, była ta, że to wcale nie był film o bieganiu. Mamy trójkę bohaterów: Agatę właśnie, Michała i Wiesława. Początkowo widzimy sceny, które pokazują, jak bardzo różni się ich pozabiegowe życie. Codzienność Agaty, która jako mama dwójki chłopaków nawet w ciąży z trzecim dzieckiem nie ma taryfy ulgowej, a i chyba mieć jej nie chce, skoro planuje start na 240 km zaledwie pięć tygodni po porodzie. Problemy z ciągnącą się kontuzją kolana Michała, który mimo ostrzeżeń fizjoterapeuty nie ma zamiaru odpuścić ani ciężkich treningów, ani ryzykownego startu, mało tego, interesuje go tylko zwycięstwo. Warszawską rzeczywistość Wiesława, bankowego menadżera, który początkowo wydaje się być osobą z zupełnie innej bajki niż pozostała dwójka, a jednak z czasem…

Każde z nich ma swoją codzienność i demony, z którymi musi się mierzyć. Trudne dzieciństwo, a w zasadzie jego brak, które dewastuje psychicznie i wpływa na resztę życia. Trochę chorobliwa i autodestrukcyjna ambicja, która każe gonić ciągle do przodu, bez zwracania uwagi na konsekwencje dla zdrowia i życia prywatnego. Reguły korpożycia, rozmowy i metody niczym z artykułów w Harvard Business Review o byciu liderem i metodach pracy nad sobą, tylko człowieka w tym nie widać, jest jedynie coaching. To wszystko jest rzucone gdzieś na bieganie ultra. Dość zgrabnie poprzeplatane z kryzysami na trasie 240-kilometrowego biegu. Tyle tylko że ten bieg to – właśnie – tło. OK, jest ból, dużo bólu. Agatę widzimy praktycznie wyłącznie w momentach, gdy ma ochotę się poddać, ale jednak wstaje i ciśnie dalej. Aż strach pomyśleć, jaki ta dziewczyna miałaby czas na mecie, gdyby tych kryzysów było nieco mniej. Michał napierający z bolącym kolanem jest bardziej skłonny upatrywać w odbiegającym mu coraz bardziej Dybku i jego czasach jakiejś próby oszustwa niż przyznać, że po prostu jest wolniejszy ze względu na kontuzję. Wiesław, który po jakimś czasie zostaje sam na trasie biegu, mimo tego, że leciał wcześniej z dwójką innych biegaczy. W końcu poddaje się, nie kończy w limicie na jednym z punktów. Nie sposób powstrzymać szczerego uśmiechu, kiedy widzi się Agatę wbiegającą na metę. Jakiś grymas pojawia się też przy finiszu Michała. Ostatniego trochę żal, mimo tego braku pokory w tym jego „chcę wszystko”.

Trudno oglądać ten film i nie oceniać przedstawionych w nim postaci. Co jest o tyle trudne, że po pierwsze, są to prawdziwi ludzie z realnymi problemami, a nie wyimaginowani bohaterowie, po drugie, nawet jeśli się nie znamy, to prawdopodobnie spotkamy się gdzieś na ścieżkach biegowych, przy okazji zawodów itd. W tym ocenianiu „pomaga” trochę montaż. Nie mam na myśli fragmentów z biegu – te ujęcia bywają rozedrgane, nieostre, jak to na biegu. Choć purystów może to wkurzać, dla innych będzie to naturalizm w przedstawianiu sytuacji. Bardziej moją uwagę przykuły sceny dotyczące Wiesława – zestawienie tego fragmentu biegu, w którym zostaje sam, z jego odwiedzinami u mamy, która narzeka, jak ciężko jej siedzieć samotnie w domu. Samotność starszej kobiety i jego, syna, gdzieś na biegowej trasie. Trudna rozmowa telefoniczna z kobietą, która nie chce być punktem w tabelce, i odpowiedź Wiesława na jej pytanie: „czego ty chcesz?”, „chcę wszystkiego” w kontrze do biegacza niekończącego rywalizacji na trasie i menadżera próbującego kilkukrotnie dodzwonić się do swoich współpracowników, bo fakt, że pytał o niego nowy szef, wywołuje w nim strach. Z jednej strony – dość łopatologiczne zestawienie scen, z drugiej – ma szansę dotrzeć do tych bardziej opornych na subtelne przekazy. Jakby tego zabiegu nie oceniać, robi przejmujące wrażenie.  

Słabszą stroną filmu jest dźwięk. Sporo fragmentów rozmów było dla mnie niejasnych, angielskie napisy nieco ratowały sytuację, ale też nie dla wszystkich. Inna sprawa to muzyka. W zasadzie jeden powtarzający się motyw muzyczny, trochę mechaniczny, ale dobrze w mojej opinii oddawał rytm walki na trasie biegowej. Oszczędnie zastosowany, nie przytłoczył. Odgłos szumiących traw na wietrze zdecydowanie bardziej do mnie mówił.

Na koniec powtórzę zatem to, co napisałam na początku. To nie jest film o bieganiu. Jeśli takie chcemy oglądać, chyba sami musimy je robić. Ale Biegacze bronią się jako dokument o ludziach i ich pobudkach, dla których porywają się na rzeczy niewyobrażalne dla wielu. Mimo wszystko polecam wybrać się do kina i wyrobić sobie własną opinię na jego temat.

A Agata jest tak wspaniałą dziewczyną, że jedyne, co chciałam zrobić po seansie, to bardzo mocno ją przytulić. Sęk w tym, że jestem chyba równie nieśmiała, co ona i się na to nie zdobyłam…  

Kingrunnera tworzą biegacze. Dodaj swój artykuł.

pozostałe artykuły