BARKLEY MARATHONS - Kult wyhodowany na jałowej glebie

Frozen Head State Park, 30.03.2019

Wyobraź sobie, że masz przed sobą pustą kartkę i zadanie – zapisać receptę na kultowe ultra. Gdybyś mieszkał w Stanach, pewnie pojawiłby się tam Wielki Kanion. Albo dzikie przełęcze Gór Skalistych. Może indiańskie rezerwaty, gdzie na co dzień biali nie mają wstępu…

Tekst: Krzysztof Dołęgowski

Zdjęcia: Alexis Berg 

Do tego warto dodać nazwiska wielkich gwiazd. Gdy Kilian Jornet tworzył Tromso Race, już na pierwszej edycji pojawiały się tłumy, a bieg relacjonowały najważniejsze portale. Może więc wrzucić kilku mocarzy, by się ścigali, kilku, by stali na punktach kontrolnych. No i jeszcze jakiegoś, by zawiadywał całym bałaganem i swym białym uśmiechem (np. Sage Canaday ma taki) raczył nadbiegających ultrasów.

Przyda się jeszcze jakiś partner sprzętowy, który zrobi limitowaną serię butów czy plecaków, jakie mogą mieć tylko uczestnicy biegu i nikt więcej. Na koniec przysłać helikopterem ekipę najlepszych fotografów i filmowców, żeby piękne zdjęcia zmęczonych twarzy obiegły świat.

Problem

Rzecz w tym, że na to wpadło już wielu. I niektórzy sięgnęli głęboko do kieszeni, by sprawę urzeczywistnić. Gdy masz tylko kartkę, a budżet składa się w dużej mierze z drobniaków, sprawa robi się trudniejsza. Ale czy na pewno niemożliwa?

Po tym przydługim wstępie dochodzimy do Barkley Marathons – głównego tematu – biegu, który jest wymieniany jednym tchem wraz z UTMB, Western States czy Hardrockiem. A odbywa się w najbardziej wieśniackim stanie – Tennessee.

Nie bójmy się tego słowa. Tennessee jest kojarzony ze wszystkim, co jest z dala od wielkich biegów ultra: z „redneckami” – starymi szczerbatymi farmerami, którzy myją się raz w tygodniu, dużą czarną populacją i problemem rasizmu, z muzyką country, z kombajnami i traktorami. Nie ma tam wielkiej społeczności szybkich biegaczy jak w Chamonix czy Boulder. Nie ma tam wielkich zaśnieżonych szczytów, dookoła których można owinąć trasę. Amerykanie śmieją się z mieszkańców, że dzieciaki biegają tam na bosaka po klepisku, dorośli noszą długą broń i jeżdżą wielkimi pickupami.

Do tego Barkley Marathons nie wykorzystuje najwyższych i najładniejszych gór stanu, czyli południowej części Apallachów i pięknego szlaku, po którym niedawno przemykali Scott Jurek i Karl Metzler. Barkley Marathons odwracają się dupą od wszystkiego, co postrzegane jest jako trendy, nowoczesne czy eleganckie. I… jakoś sobie radzą.

Jaka strona?

Trzeba więc chyba dać link do strony organizatorów. Hmm… nie ma tam za dużo informacji. Niedawno strony nie było wcale. Teraz nie ma zapisów. Jakieś mapy? Tracki? Zdjęcia?

Taa… na Barkleymarathons.com jest tylko prosty szablon i informacje o kilkunastu osobach, które ukończyły bieg w całej jego historii. Mimo to co roku ok. 700 osób znajduje klucz, by zdobyć formularz zgłoszeniowy i wziąć udział w losowaniu. Z tej grupy organizatorzy wybierają około 50 – to już razem z listą rezerwową.

 

Jacy organizatorzy?

Jest chociaż jeden. Duch przedsięwzięcia – Lazarus Lake. Siwowłosy brodacz we flanelowej koszuli i luźnych dżinsach. Taki człowiek, którego do amerykańskiego filmu wpuszcza się, tylko na kilka sekund, żeby z butelką piwa obserwował zmagania herosów. Albo żeby wpadł na słup swoim pickupem, gdy obok niego przemkną gangsterzy. Mówi niewyraźnie, ma żółte zęby i okulary jak denka od butelek. Ale to geniusz – geniusz prostoty i przewrotności. To w jego głowie zrodził się wyścig. To jemu zawdzięcza on swoją złą sławę i wszystkie dziwactwa. On wie, że można mieć stronę internetową. Wie, że można inaczej. A jednak – wybrał swoją drogę w 1986 r. i tego się trzyma.

Początek

Bieg swój dystans 100 mil i limit czasu (60 godzin) zawdzięcza mordercy. James Earl Rey – nie byle kto, ale zabójca Martina Luthera Kinga. James wraz z kilkoma innymi więźniami zbudował drabinę ze starej rury i uciekł z więzienia o zaostrzonym rygorze. Uciekał pieszo przez lasy i góry. Policja schwytała go po dwóch dniach z okładem. W tym czasie zbiegowi udało się pokonać zaledwie 12 km niegościnnego terenu parku Frozen Head. Był wykończony. Psy znalazły go, gdy próbował się skryć pod warstwą zeschłych liści.

To było w latach 70. Lazarus Lake stwierdził, że „w tym czasie byłby w stanie pokonać ze sto mil”. No i słowo ciałem się stało. Lazarus, choć był biegaczem, nigdy nie wystartował w swojej imprezie. Ale bieg ruszył. I od razu był wredny.

Bo miał być wredny, nawet gdy przez pierwsze lata rozgrywano go na dystansie 50 mil.

 

Trasa

Istota trudności nie polega tu na wielkich szczytach, lodowcach czy skwarze dżungli. Frozen Head to góry wysokości Beskidów. Najwyższy szczyt można by posadzić gdzieś pod Limanową i by się nie wyróżniał. Trzeba tylko podejść bliżej. Bo z bliska teren wygląda już znacznie gorzej. Kawałki trasy to stary, nieutrzymywany szlak. Ale większość to przeloty na rympał po krzakach i skrajnie dużych nachyleniach. Do tego wszechobecne zwalone pnie i kolczaste krzewy zarastające miejsca, gdzie kiedyś były ścieżki. Taka paskuda, która kroi łydki jak nóż rzeźnicki. I nie ma oznaczeń ani tracka GPS. Trzeba radzić sobie z mapą i w dzień, i w nocy. Trasa ma w sumie pięć pętli po 20 mil (32 km), ale ci, którzy je pokonali, raczej mówią o pięciu maratonach. Do tego dochodzi kosmiczna wartość przewyższenia – 16 500 m, która sprawia, że biegania nie ma nie tylko pod górę, lecz także w dół. Czasem po prostu jedzie się na tyłku po liściach lub krzakach.

Niby wszystkie pętle są takie same, ale pokonuje się je w różnych kierunkach. Czasem za dnia, czasem w nocy. I nawet doświadczeni zawodnicy się gubią.

 

Najbardziej utytułowanym uczestnikiem Barkley Marathons jest Jared Campbell i on daje najlepsze świadectwo, jakim piekłem potrafią być małe górki. Wygranie Hardrocka – jednego z trudniejszych stumilowców w USA – zajęło mu 27 godzin. I to było na trasach przekraczających często 3000 m n.p.m. Żeby ukończyć Barkley, potrzebował dwa razy tyle (dokładnie 56:00:16) i na mecie wyglądał jakby go właśnie ekshumowano. Czy robił to dla nagrody? Jakiej nagrody? Podium? O! Nie ma podium…! Medalu też nie ma…

Właściwie to lepsze przyjęcie mają rezygnujący z walki – im przynajmniej trębacz gra ponury hejnał ich porażki.

Postawmy znak minus

Barkley w ogóle jest odwróceniem zasad współczesnego ultra. Wpisowe wynosi 1,6 dolara i w pakiecie nie ma nic. To znaczy – ty robisz pakiet dla Lazarusa. Masz przywieźć tablicę rejestracyjną ze swojego kraju czy stanu. Innym razem masz mu sprawić nową flanelową koszulę. A jeśli przyjeżdżasz po raz kolejny – wpisowym jest paczka cameli.

Na każdej pętli dostajesz nowy numer, na którym umieszczono zgrabne hasło – Barkley Marathons – miejsce, gdzie marzenia umierają. Sędziów na punktach nie ma. Są za to książki. Zamiast punktów kontrolnych na pętli jest rozłożonych 10–15 książek, z których należy wyrwać stronę zgodną ze swoim numerem. W ten sposób potwierdza się zaliczenie pętli.

Po kilku latach uczestnicy sami zaczęli przysyłać ciekawe tytuły, dzięki czemu organizatorzy nie muszą inwestować. Ptaki ciernistych krzewów, Jak poradzić sobie z kryzysem osobowości, Skarb radości i entuzjazmu, Poświęcenie dziewicy. Każda książka przyprawia o głupawy uśmiech, gdy wyciąga się ją z wodoodpornego worka zawieszonego na drzewie. Czasem worka pokrytego szronem, często mokrego od wiosennej ulewy. Bo bieg zwykle rozgrywany jest w okolicach prima aprilis (oczywiście to nie przypadek – po angielsku mówi się „dzień głupców”).

Dodatkowo w ramach złośliwości organizatorzy typują sobie nieboraka, który według nich wycofa się jako pierwszy i to jemu dają numer 1. Zresztą co roku część zawodników jest dobierana tak, by nie mieć szans na ukończenie. Loteria jest niby zwykłym losowaniem, ale losowaniem ważonym. Niektórzy mają więcej losów w puli. I Lazarus stara się mieszać peleton. Wpuścić na trasę trochę „mięsa armatniego”, ludzi bez większego doświadczenia, trochę weteranów Barkley i trochę zawodników z elity.

Konsekwentne wariactwo

Przez pierwsze dziesięć lat nikomu nie udało się ukończyć biegu w limicie. A gdy okazywało się, że trasa jest „za łatwa”, bo ktoś zmieścił się w umówionych 60 godzinach, to na kolejnych edycjach wyrastają nowe górki, a odcinki szlakowe są wypierane przez kolejne bezdroża. Nie wydaje się więc, by Barkley miał być oswojony, gdy wreszcie skupia się na nim uwaga mediów. Nie widać też, żeby ktoś próbował przekuć popularność na monetę, robiąc koszulki czy dodając zaporę w postaci wyższego wpisowego.

I na tym polega urok tej imprezy. Na sygnale startowym dawanym przez zapalenie papierosa. Na nieznanej godzinie rozpoczęcia. Na mapie, którą trzeba sobie samemu przerysować. Na drobnych (i grubych) złośliwościach jak to, kiedy w 2001 r. dwaj świetni zawodnicy „dostali dyska” za to, że na 200 m nie trzymali się założonego szlaku i biegli drogą równoległą do niego.

Na przestrzeni tych wszystkich lat Barkley Marathons ukończyło tylko 15 osób. [18 razy, red.]

Da się w Polsce?

Pewnie, że tak. Tylko trzeba mnóstwo konsekwencji, dwadzieścia lat na rozbujanie kultu, a do tego paczkę papierosów i żółte zęby. A na poważnie. Kiedyś taką rolę pełnił w Polsce Harpagan. Garstka zawodników radziła sobie z czarno-białymi nieaktualnymi mapami i kończących 100 km w 24 h można było liczyć na palcach. Przez chwilę (w okolicach 2003) istniała też Próba Mamuta – impreza tak skonstruowana, by 150 km było na granicy ukończenia. Najbliżej do klimatu Barkley ma Ultramaraton 6 × Babia, którego pierwsza edycja miała miejsce w 2014 r. i do tej pory nikt nie dotarł do mety w wyznaczonym limicie 17 godzin. Może uda mi się być pierwszym, bo mapa biegu od pół roku wisi u mnie na ścianie. Na szczęście nie muszę biegać aż 60 godzin, by na koniec dowiedzieć się, że minąłem się z limitem o 6 s, jak zrobił to w tym roku Gary Robbins. Chciał być pierwszym kanadyjskim finiszerem, ale na ostatniej pętli pogubił się we mgle. Zresztą i tak dostałby „dyska”, bo zbiegł z właściwej trasy...

Czy to takie fajne?

Jak to mówią – decydujemy stopami. Jest tyle pięknych biegów z łagodnymi limitami, że warto zrobić miejsce dla takiego dziwadła. Jest na swój sposób pociągające. Jak Syrena Bosto, która znalazła swoich fanów. Albo Willem Dafoe – najprzystojniejszy z jaszczurkowatych.

A! Czy ja wspominałem, że Lazarus Lake to tylko pseudonim? Facet naprawdę nazywa się Gary Cantrell i jest księgowym. A Barkley, od którego wzięła się nazwa imprezy, to jego dawny biegowy kompan – farmer, który nigdy nawet nie pojawił się na imprezie.

Tekst: Krzysztof Dołęgowski

Artykuł ukazała się drukiem w magazynie ULTRA#11.

Kingrunnera tworzą biegacze. Dodaj swój artykuł.

pozostałe artykuły