Atak po Koronę Warszawy

Warszawa, 05.04.2021

Atak po Koronę Warszawy wyszedł na spontanie. Zobaczyłem, że Fundacja Maraton Warszawski organizuje tę imprezę, w dodatku można wybrać ścieżkę charytatywną, wspierając Fundację Rak’nRoll, decyzję podjąłem więc natychmiast.

Tekst: Norbullo Kontrabacz, Zdjęcia: Jan Nyka Fotografia

Wielka Prehyba, czyli bieg górski w Szczawnicy mi wypadł dopiero co z kalendarza właśnie, więc chociaż warszawskie górki poatakuje pomyślałem. Gdy po rejestracji ogłosiłem wsród znajomych na FB, że będę atakował Koronę, napisała do mnie Maciek Ners, mój przyjaciel biegowy. A może to razem pobiegniemy, zaproponował ?. Maciek to świetny kolega i biegacz, więc bardzo się ucieszyłem. Będzie wzorowo! Wystarczyło tylko zgrać terminy. Wybraliśmy Wielką Sobotę.

Zaczęliśmy od ataku na Kopiec Powstania Warszawskiego (121m). Wiadomo, powstań i walcz! Nie było długiego zastanawiania, od której górki zacząć. Najpierw wbiegamy po schodach lekko, bo w ramach rozgrzewki tylko trochę pajacyków zrobiliśmy. Na górze charakterystyczny znak Polski Walczącej oraz fajny widok na południową stronę Warszawy. Cyk foteczka i lecimy w dół dookoła górką po podłożu już naturalnym. Widać, że rowerzyści tu tez lubią pozjeżdżać, bo sporo śladów po terenowych kołach. Rozpędzamy się leciutko i skręcamy w stronę do ul. Czerniakowskiej by nią pobiec do Bulwarów Wiślanych. Tam spotkanie z mocnym i zimnym wiatrem w twarz a ja nie wziąłem rękawiczek i teraz trochę zaczynam tego żałować. Odcinek pięcio kilometrowy, od mostu Łazienkowskiego do Mostu Gdańskiego jest dobrze mi znany bo czasem tu trenuję mocniejsze tempo. Ale my wcześniej bo za mostem Śląskodąbrowskim skręcamy w lewo i tunelem pod trasą, bo zaraz kierując się w prawo mamy drugą górkę. Wbiegamy z boku po schodach i zaliczona. Gnojna Góra( 86.5 m.). Dopiero teraz skojarzyłem, że to ta na którą często się chodzi będąc na Starówce, bo stąd jest super punkt widokowy, na prawą stronę Wisły. Cykamy kolejnego z „Nersiem” sefiaczka i grzejemy dalej. Przebiegamy przez rynek Starego miasta jak nigdy pusty. Zgrabny tyłeczek Syrenki warszawskiej zwraca uwagę jak nigdy dotąd. Może to te słynne endorfiny już zaczynają działać się zastanawiam albo, że mało ludzi.. Dalej wpadamy w uliczkę, co to zawsze po bułkę z pieczarkami w kolejce się tu stało. Teraz zamknięte, pewnie bo święto i pandemia. Smutno trochę, jak tak pusto jest w mieście, którego masz jeszcze w pamięci gwar. Pędzimy przez Barbakan tu kiedyś lody na murku się jadło, a pod spodem biegnąc za młodzieniaszka skręciłem kostkę. Ten ból i pękniecie torebki stawowej mam w głowie do dzisiaj. A tu biegniemy szybko po koślawym bruku. Przeszedł dreszczyk. Ludzie wchodzą do kościoła, ksiądz się obraca i spogląda na nas ale my dalej! Myśli wspomnieniami zasuwają, rozkręcamy się i kierujemy w stronę Parku Krasińskich.

Maciek pokazując oczko wodne, opowiada jak tutaj za dzieciaka łapał kijanki, żeby je potem w słoiku trzymać, czekając aż przemienią się w żaby. Odpowiadam ze zrozumieniem, że ja też mam jakieś biedne kijanki na sumieniu. Wybiegamy w ciszy z parku i dalej kierując się na zachód, przebiegamy jedną po drugiej a wszystkie szerokie ulice. ”Ale mamy Feng Shui” - śmiejemy się, bo światła pod nas chyba ustawili, cały czas zielone. I pyk, biegniemy już przy cmentarzu Żydowskim tzn. wzdłuż jego muru. jakieś małe uliczki, między blokami, po trawnikach, wbiegając w podwórka bez wyjścia, błądzimy ale biegniemy jakoś na zachód. Jest ulica Płocka znów między bloki i dobiegamy do torów kolejowych. Po drugiej stronie jest, widać go, to Kopiec Moczydłowski (130m.). Pokonujemy trasę Prymasa Tysiąclecia kładką i atak na szczyt. Kolejna fotka i zbiegając w stronę jeziorka lecimy dalej. Około 13km za nami. Jest dobrze, chociaż ciężko złapać rytm, bo co chwila zmiana podłoża, niepewność co do trasy wytrąca skutecznie z niego. Na szczęście „Nersiu” biega na orientację, więc się umówiliśmy, że On pilotuje a ja trzymam tempo. Współpraca przebiega wzorowo. I mój pilot opowiada, że tutaj mieszkał z dziadkiem jakiś czas, więc tereny zna doskonale. Zaraz będzie park Szymańskiego. Tutaj biegałem tempa pod atak w maratonie, mówi. Jest to Park Elekcyjny. Erekcyjny ? -spytałem i zaczęliśmy się śmiać. Głupawka. Mijamy ul. Kasprzaka i znów zielone „feng shui”. Następnie dalej ul. Kolejową, gdzie kiedyś się koncerty grywało i na imprezy DrumnBasowe przyjeżdżało. Dalej przez tory kolejowe i wybiegamy gdzieś przy Reducie w Al. Jerozolimskich. Przebiegamy Aleję i zaraz za momencik jest i Górka Szczęśliwicka(152m.). Atakujemy, ale na sam szczyt drogę nam odcina mur i ogrodzenie. Obiegamy dookoła i zbiegamy kierując się na południowy wschód. Jakieś domy, ślepa uliczka. Biura, Fundacja Greenpeace obok Dawców Szpiku i dalej, dobiegamy do torowiska kolejowego i przystanku Warszawa Rakowiec. Dalej biegniemy już wychodzoną przez współczesnych nomadów ścieżką wzdłuż torów. Biegnie się super, fajna odmiana dla stóp po asfalcie i chodnikach różnej czasem wątpliwej jakości. Wbijamy się z powrotem w sztuczną nawierzchnię i jest ul. Cybernetyki. Wszystko nowe, piękne rabatki z kosówką, małe rondka. Niestety projektowane nie dla ścigaczy. Dobiegamy do Ul. Rzymowskiego a tam kładką na drugą stronę i dalej na południe w kierunku pętli tramwajowej. Jest zbiornik wodny i wpływająca do niego słynna „smródka”. Dalej tunelem pod ul Puławską. i jesteśmy w Dolince Służewieckiej gdzie zielono i sporo drzew. Ścieżką dalej i mamy przed nami ul. K.E.N. a po prawej widzimy Kopę Cwila.

Atakujemy podbiegiem po trawie i na szczycie stwierdzamy zgodnie, że tutaj już trochę przytkało. Fotka, żółwik i zbiegamy między bloki. Klucząc pomiędzy blokami, przez alejki osiedlowe i skwerki kierujemy się na południe w stronę ostatniej, „Kazurki”. Widzimy słynny malunek na jednym z bloków przedstawiający „Gospodarza Anioła” z filmu Alternatywy 4. Jesteśmy bardzo blisko ostatniego szczytu. Jeszcze chwilka i jest ona! Stoi ukochana. Znana nam dobrze górka o wys. 134m z wyścigów „Monte Kazura” organizowanych przez sklep biegowy „Napieraj”. Chwila zastanowienia, co uznać za szczyt główny, bo górka jest dosyć rozległa i wybieramy wierzchołek, który wydał nam się najwyższy. Atakujemy razem, biegnąc obok siebie tzw. stylem nepalskim. Wbiegamy i radość czujemy ogromną! Wyszło o jakieś 10 minut szybciej! Ktoś coś krzyczy z dołu, patrzymy a to Janek Nyka z którym się umówiliśmy na zdjęcia. Miał nam zrobić foty jak atakujemy ostatni szczyt.

Mieliśmy być o ok 11.30 najwcześniej, byliśmy 10 minut wcześniej niż planowaliśmy „Janeczek” wchodzi zdyszany i robi nam foty już na górce. A radości i łez wzruszenia nie widać końca.

Ps. cały czas możecie wesprzeć Fundację Rak’nRoll biegać można do 11 kwietnia a wpłacać datki aż do 18 kwietnia 2021r.

Norbullo: rejestracja.maratonwarszawski.com/pl/charity/11477

Nersiu: rejestracja.maratonwarszawski.com/pl/charity/11503

Kingrunnera tworzą biegacze. Dodaj swój artykuł.

pozostałe artykuły