Formalnie wszyscy mieszkamy w Karpaczu, ale długo nie mogliśmy się umówić na rozmowę. Ostatecznie udało się w pierwszą niedzielę ferii 2025, pomimo że ich początek był wyjątkowo ciężki dla karkonoskiego GOPR-u.
Maciek Skiba: Wezwali Cię do pomocy, Michał?
Michał Klamut: Nie, ale wiem co się działo – 11 poważnych wypadków, no i ujawnił się nowy bardzo niebezpieczny spot – Wielki Szyszak.
Biegaliśmy tam w sobotę i na zimowym obejściu było tyle lodu, że w butach z kolcami trzeba było uważać. W przypadku poślizgu to chyba tylko czekan wyhamowałby zjazd.
MK: Był dramat, na zamkniętym, letnim szlaku właśnie tam zjechały cztery osoby, z czego dwie zostały ewakuowane śmigłowcami z Wrocławia i Zielonej Góry.
W Karkonoszach nie ma maszyny ratunkowej, pewnie bardzo tego żałujecie, bo może moglibyście wtedy mieszkać razem i pracować na miejscu?
Natalia Klamut: Byłoby to marzeniem, ale nie jest to takie proste. Żeby latać dla LPR-u (Lotniczego Pogotowia Ratunkowego – przyp. red.), trzeba mieć na uprawnienia luźne jakieś 300 tysięcy złotych. Nie ma gwarancji miejsca zatrudnienia, bo wysyłają tam, gdzie brakuje personelu. Jak jesteś pilotem, to trzeba się liczyć z tym, że nie ma cię w domu, a ja jestem „na walizakach” od 19. roku życia, więc mam lekki przesyt. Dlatego latanie w swoich górach, w terenie, który dobrze się zna i wykorzystywanie swoich umiejętności do ratowania ludzi byłoby idealnym zwieńczeniem tylu lat poświęcania.
Od zawsze marzyłaś, by latać?
NK: Mój ojciec latał, więc było to dla mnie dość naturalne, że w jedynym z zawodów dorosłych można być pilotem. Chciałam skakać ze spadochronem, w liceum skoczyłam z czterech tysięcy, ale dalsze szkolenie było bardzo drogie. Taniej było szkolić się na szybowcach i to była najlepsza decyzja w życiu. Skończyłam kurs szybowcowy i wtedy tak naprawdę nakręciłam się na latanie, żeby robić to do końca życia zawodowo. A jak byłam dzieckiem, to interesowałam się astronomią, podbojem kosmosu, czyli marzenia o dalszym lataniu niż tutaj, a teraz widzisz, nie mogę wytrzymać jazdy pociągiem przez weekend do domu. (śmiech)
No tak, bo na co dzień stacjonujesz w centralnej Polsce, a Michał przecież jest w Karpaczu, chociaż nikt z Was stąd nie pochodzi.
NK: U mnie to skomplikowana historia. Urodziłam się w Łodzi, dzieciństwo spędziłam na Pomorzu Zachodnim, a później non-stop przeprowadzki: Warszawa, Skierniewice, Zakopane, Opole. Znam dobrze Podlasie.
MK: Ja się urodziłem we Wrocławiu, trochę mieszkałem w Przemyślu, potem w Jeleniej, aż rodzice przeprowadzili się do Karpacza, więc takim stuprocentowym lokalsem nie jestem.
Fot. Robert Urbaniak Photo
Ale już później wracałeś wszędzie, by być w Karkonoszach.
MK: Góry w moim życiu były zawsze i na każdym etapie. W szkole działaliśmy w górach, z rodzicami działaliśmy w górach, z dziadkami. W sumie moja pierwsza praca też była związana z górami, bo od 15. roku życia jestem instruktorem narciarskim. Tak bardzo moje życie było związane z górami, że nawet nie starałem się od tego uciekać, bo bardzo mi to pasowało.
Jednak porzuciłeś część swojej działalności górskiej na rzecz innych ludzi, zostając ratownikiem górskim.
MK: To akurat nie była tak łatwa decyzja, jakby mogło się wydawać. Paradoksalnie od tej ścieżki kariery długo uciekałem. To trochę rodzinny temat, bo mój ojczym był ratownikiem, więc znałem to środowisko. Od dziecka wiedziałem, jak ta „firma” funkcjonuje i z czym to się wiąże. Jak człowiek dorasta, to próbuje stanowić o sobie, być wyjątkowy, nie powielać schematów i znaleźć własną ścieżkę. Studiowałem na AWF-ie we Wrocławiu, ale rzuciłem po trzech latach. Atmosfera miasta i tego, co tam się działo, strasznie siadła mi na psyche, aż postanowiłem wyjechać do Norwegii. Tam szwendałem się ze swoim najbliższym przyjacielem właśnie z Karpacza i postanowiłem, że wracam i skupiam się na pracy w górach – nie widziałem siebie w żadnej alternatywnej rzeczywistości.
Do GOPR-u pchnęło Cię poczucie misji?
MK: Nie. W ogóle nie lubię szufladkowania tego typu zawodów związanych ze służbą. Składa się na to jakaś suma cech osobniczych kandydata. Albo się do tego nadajesz, masz zestaw potrzebnych umiejętności, charakter, czujesz, że chcesz to robić, albo nie. Praca w pogotowiu to też czasami praca jak każda inna – masz godziny do wyrobienia zgodnie z umową...
...ale nagle dostajesz wezwanie na akcję i...?
No i jest to praca obarczona dużym ryzykiem niepewności. Czasami przez trzy dni nic się nie dzieje, a kiedy indziej jest tak jak wczoraj – 11 wezwań. Dobrze jest, jak zdążysz rano coś zjeść, bo potem następny posiłek może być dopiero wieczorem.
I co sobie myślisz po tylu latach pracy o właśnie takim dniu jak wczoraj, kiedy ktoś ześlizgnął się z Wielkiego Szyszaka, dzisiaj kolejne osoby... a jutro pewnie następne. Wciąż te same błędy, a Ty znów nie możesz dokończyć owsianki rano?
MK: Zacznijmy od tego, że my nie jesteśmy instytucją od oceniania ludzi. Wiadomo, każdy może mieć jakiś tam własny osąd, ale koniec końców jesteśmy, by nieść pomoc i to robimy. Dostajemy zgłoszenie i każdy wychodzi na akcje, by wykonać swoją pracę rzetelnie, najlepiej jak potrafi.
Jak zmieniała się Twoja motywacja do pracy z biegiem lat służby?
MK: Wiadomo, będąc młodym ratownikiem, liczysz na nie wiadomo co, podkręcasz sobie właśnie działanie jakąś wyższą ideą i misją, a z biegiem czasu schodzisz na ziemię, widzisz, jak to wszystko funkcjonuje i nie ma tu wielkiej magii, liczy się po prostu praca i rzemiosło.
To teraz co Cię motywuje, by iść do „firmy” każdego dnia?
MK: Cała specyfika, bo to jest megaciekawy zawód. Obracamy się wśród niesamowitych postaci, które często gęsto w niespodziewany sposób potrafią na nas wpłynąć. Ratownicy to ludzie z różnych środowisk, branż, części Polski. Poza tym... takie prozaiczne rzeczy. Ja do pracy mogę wyjść na nartach w taką wyżową pogodę jak dzisiaj (ciepło, bez wiatru, z bardzo dużą widocznością – przyp. red.), nie w każdej pracy to możliwe. (śmiech) Mnóstwo niepoliczalnych rzeczy – pytałeś wcześniej o misję i mimo że nie lubię tak tego nazywać, ale odczuwam dużą satysfakcję z pomocy ludziom, wyciągania ich z różnych tarapatów. Nie ma co stygmatyzować wszystkich dookoła, bo to są ludzie w różnych sytuacjach życiowych, stanach psychicznych, fizycznych. A w górach, jak w życiu ‒ shit happens, wszystko może się zdarzyć i pomoc daje mi pozytywnego kopa!
Natalia, Ty też ratujesz ludzi…
NK: Tak, latam śmigłowcem ratowniczym. Podczas pandemii praktycznie na każdym dyżurze wykonywaliśmy lot z pacjentami. Byli to nie tylko chorzy na covid, ale też czekający na przeszczepy czy transport samych organów. Jest to świetne uczucie, realnie pomagasz ludziom, lata nauki przekładają się na praktykę i mogą uratować komuś życie. To największa nagroda, ale mam tu podobnie do Michała i nie lubię mówić o jakiejś misji.
Domyślam się, że nie wszystkim da się pomóc. Jak sobie radzicie z tym aspektem swojej pracy?
NK: Na szczęście nie miałam jeszcze takiej historii, że nie zdążyłam. Czasami o tym myślę, trochę się tego boję, ale z drugiej strony wiem to, co powiedziałeś, że nie zawsze się da.
Natalia na trasie MP w Verticalu podczas PIENINY ULTRA-TRAIL® Fot. Karolina Krawczyk
MK: Pamiętam swoją pierwszą taką sytuację, jak i kolejne, czy przekazywanie tragicznych wiadomości rodzicom czekającym na jakieś wieści. Elementem profesjonalizmu w naszej pracy jest totalne oddzielenie emocji, bo emocje nie pomagają skupieniu się na robocie. A gdy starasz się pomóc najlepiej, wtedy wiesz, że zrobiłeś wszystko, co mogłeś i nie masz sobie nic do zarzucenia. To pomaga.
Można znaleźć książki i opracowania ratowników, gdzie opowiadają o swoich najbardziej zapamiętanych z różnych powodów akcjach. Jakie są Wasze?
NK: Za wiele nie mogę niestety powiedzieć. Zdarzały się oczywiście trudne warunki pogodowe, ale i też kontrowersje. Przyszła skarga z wnioskiem o odszkodowanie, że podczas lotu koszącego zerwaliśmy wielką folię z tunelu ogrodniczego w zagłębiu ogórkowym. Właściciel chciał postresować młodych pilotów, a najprawdopodobniej zrobiła to wichura dzień wcześniej. (śmiech)
MK: Moja ulubiona akcja zdarzyła się w wigilię. Mimo że nie wpisałem swojej dyspozycji, to i tak zadzwonił telefon, bo niektórzy wiedzą, że jak mnie zapytają, to nie odmówię. (śmiech) Więc wstałem od stołu i poszliśmy w noc. Wichura, zamieć śnieżna. Szukaliśmy faceta, który skręcił kostkę gdzieś w rejonie od Przełęczy Karkonoskiej do Czarnej Przełęczy. Przeczesywaliśmy teren skuterem, zaklinował się w zaspach w kosówce. Po wielu godzinach w końcu udało się zlokalizować poszkodowanego i mu pomóc. Zjeżdżaliśmy skuterem z przyczepką totalnie zmęczeni i kolega prowadzący maszynę za ostro wszedł w zakręt, więc wszystko (i wszyscy) wyleciało w powietrze i tak leżeliśmy w śniegu kilka dobrych minut, nieżywi ze zmęczenia, śmiejąc się z tego.
Podejrzewam, że obojgu Wam w tej bardzo stresującej pracy pomaga sport...
NK: Zdecydowanie. Oczyszcza głowę, po pracy mogę się zrestartować, odstresowuje i pomaga zachować zdrowie, bo reguluje wszystkie procesy. Przy systematycznym treningu szybciej myślę, mam lepszy refleks, dużo łatwiej mi się wtedy lata. Zauważyłam to podczas kontuzji. Kiedy nie trenuję, zaczynam gorzej spać, czuję się gorzej, a to wszystko przekłada się na latanie. Nie wyobrażam sobie, jak można być dobrym pilotem albo kierowcą bez takiego regularnego wysiłku.
MK: Dla mnie to bufor bezpieczeństwa. Czas, kiedy jestem sam ze sobą, święty czas – nie patrzę wtedy w telefon. Jest to też pole do popisu dla samego siebie. To nakręca i daje zastrzyk endofrin, progres, rozwój, te moje małe Everesty. (śmiech)
Jak w ogóle udaje Wam się trenować przy takiej pracy?
NK: Trzeba być mistrzem spontanu, bo tu ciężko coś zaplanować. Zwykle dowiaduję się o moim tygodniu pracy w poniedziałek, a wszystko zależy od liczby interwencji. Kiedy siedzę w papierach, wtedy nie mam problemu z wyjściem na trening, nawet jesteśmy do tego zachęcani, by pójść na siłownię. Swoją rozpiskę traktuję bardzo poważnie i bardzo nie lubię opuszczać treningów, ale po długich lotach, wielkim stresie czasami muszę.
MK: Czasami podczas dyżuru mogę sobie zrobić trening nie tylko na siłowni, ale też w terenie. Jestem wtedy ograniczony do terenu działania, by w razie akcji jak najszybciej wyruszyć na pomoc. Wszystko zależy od dnia, a jak nie udaje się w pracy, to wtedy zostają wieczory i wypady z czołówką.
Ale jednocześnie musicie dużo planować, żeby w ogóle pobyć ze sobą razem.
MK: Jesteśmy mistrzami logistyki. (śmiech) Oprócz oczywiście urlopów, jakichś kilku dni wolnego zostają nam weekendy. Często widujemy się na zawodach, kiedy ja jadę z Karpacza, a Natalia od siebie, potem ją odwożę i spędzam kilka dni w płaskopolsce, odbierając nadgodziny. Kiedy jesteśmy razem, to wykorzystujemy ten czas na maksa.
Jesteście bardziej skiturowcami czy biegaczami?
NK: U nas to prosta odpowiedź: jesteśmy narciarzami. Ze wszystkich sportów kochamy najbardziej skitury i Michał pewnie to potwierdzi.
MK: Tak, to nasza wspólna decyzja. (śmiech)
NK: Ja zaczęłam biegać dopiero jak poznałam Michała, wcześniej myślałam, że bieganie dla człowieka to taki chory wymysł, no, bo jak nie musisz uciekać lub polować, to po co? (śmiech) Ale miałam już zrobioną bazę tlenową na skiturach i byłam już w jako takiej formie...
Jeden ze zjazdów w Tatrach. Fot. Rafal Ślęzak
A jak w ogóle trafiłaś w góry?
NK: Pojechałam ze znajomymi w skały na Jurę, potem zaczęłam chodzić na ściankę w Radomiu. (śmiech) Ekipa namówiła mnie na sylwestra w górach, więc poszłam do sklepu górskiego w Łodzi, rzuciłam całą wypłatę na stół i powiedziałam „potrzebuję wszystkie rzeczy na trekking zimą w Tatrach”. Jechaliśmy do Doliny Pięciu Stawów, zima, Tatry, miało być na grubo. Oczywiście sprzedawca wszystko mi sprzedał, i to całkiem fajny sprzęt, który mam do dzisiaj, ale po przyjeździe do „piątki” okazało się, że nie było w ogóle śniegu. (śmiech) Na nartach uczyłam się jeździć już w pracy, w... Mrągowie, na górze Czterech Wiatrów. Skoro tak długo się uczyłam na tych nartach, to też chciałam na nich jeździć w górach, więc pojawiły się skitury.
Michał, Ty też nie lubiłeś biegać, nie?
MK: Przez wiele lat dla mnie było to wielkie zło. Bo po co biegać, skoro mamy sprzęty do poruszania się po górach...
No tak, Ty możesz jeździć quadem, skuterem czy land roverem. (śmiech)
MK: To było długo wcześniej – wtedy jeździłem na rowerze i na nartorolkach. Zaczynałem w ogóle od biegania na nartach, dlatego jestem narciarzem do szpiku kości, takim wręcz fanatycznym i religijnym. A moja jedyna religia to opad śniegu, power i ogień na kredkach. (śmiech) (Kredki to wąskie i lekkie narty skiturowe do startów w zawodach – przyp. red.). Na studiach startowałem w maratonach rowerowych, czasem się wygrało, czasem przegrało, ale... zacząłem biegać, jak właśnie ukradziono mi rower na uczelni. To było totalnie nie moje dziecko, więc duża załamka, ale żeby jakoś wytrzymać w tym mieście, to zacząłem biegać. Potem po rzuceniu studiów usłyszałem, że w Karpaczu organizują maraton, postanowiłem wystartować, bo czemu nie. Co ciekawe, przez lata moją bardzo dużą inspiracją był Artur Kurek, który czasami przyjeżdżał do moich rodziców i opowiadał o rajdach przygodowych. Wtedy wróciły do mnie te wszystkie historie Artura o tym, że dopiero po 70 km czuł się rozgrzany (śmiech) i to odcisnęło na mnie duże piętno. Zapisałem się na ten bieg i go wygrałem. (śmiech) Od tamtego czasu startuję w kilku biegach rocznie, teraz głównie w verticalach, bo jeździliśmy tam z Natalią (Natalia została drugą zawodniczką w Pucharze Słowacji w skyrunningu w ubiegłym roku – przyp. red.). Na etapie studiów byłem „ciężkim” narciarzem, luźne spodnie, kurtki i 110 cm pod butem, dopiero w GOPR znalazłem totalnie swojego Świętego Graala i pojawił się skialpinizm, czyli szybkie zdobycie góry i jeszcze szybsza ewakuacja z niej, bo umówmy się – narty są po to, by na nich zjeżdżać, a nie podchodzić. (śmiech)
Natalia, to było do nas. (śmiech)
NK: Tak, wiem – aluzja „weźcie się w końcu nauczcie porządnie zjeżdżać”. (śmiech)
MK: No tak, bo narciarze dzielą się na narciarzy i posiadaczy nart. (śmiech)
Jakby jeszcze było Wam mało zajęć, organizujecie razem zawody skiturowe – jedyne po polskiej części Karkonoszy.
MK: Narciarstwo w Karkonoszach ma bardzo bogatą historię, zarówno to biegowe, zjazdowe i skiturowe. Pierwsze wyścigi były organizowane tu za Niemca, przed wojną organizowali też Czesi. Powstał nawet film Ostatni wyścig o tragedii podczas zawodów. Gorąco go polecam wszystkim, którzy interesują się historią narciarstwa. Później były zawody dla ratowników Karpacz‒Szpindlerowy Młyn – trasy malownicze, często w eksponowanych terenach. Dołączył do tego memoriał im. Waldemara Siemaszki, właściciela schroniska Samotnia, który zginął w wypadku samochodowym. Wspaniały był to wyścig, trasa biegła przez Mały Staw, Żlebem Fajkosza na grzbiet przez szczyt Śnieżki, zjazd do Rynny Śmierci. Taki pełnokrwisty skialpinizm. Człowiek jeździ po świecie, ogląda i bierze udział w zawodach i zastanawia się, czemu w Karkonoszach tego nie ma, skoro góry mają tak duży potencjał do narciarstwa wysokogórskiego? Jak to w życiu bywa – jak sam nie zrobisz, to nikt nie zrobi.
Dlatego cztery lata temu...
MK: Zagadłem do świetnej ekipy, doświadczonej w robieniu imprez sportowych, czyli fundacji Ultra Kotlina, czy nie pomogliby mi w tym czelendżu. No i udało się.
NK: Organizujemy vertical, czyli najłatwiejszą z konkurencji skialpinizmu, podejście tylko do góry po stoku narciarskim na Kopę.
MK: Marzy mi się wrócić do korzeni tego karkonoskiego narciarstwa i zorganizować zawody jak kiedyś – w eksponowanym terenie z ciężkimi podejściami i trudnymi zjazdami, bo to jest sól, sól tej dyscypliny.
Natalia podczas pierwszej edycji KarkonoSkiego Verticala Fot. Anita Oblicka @aifowy
To już tak na koniec. Macie podobne zawody – moglibyście razem pracować?
NK: Zdecydowanie. Razem przeszliśmy przez tyle różnych sytuacji i dobrych, i złych, że nie byłoby problemu. Żadne z nas w dużym stresie nie panikuje.
MK: Dokładnie tak – trochę nas już przetestowało i zawsze dawaliśmy radę. Natalia jest jedną z kilku osób, z którą pracowałem i bezgranicznie jej ufam. W stresowych sytuacjach nie pęka. Pamiętasz na Czerwonej Ławce?
NK: (śmiech) Mam lęk przestrzenny, więc Michał musiał mnie tam przyasekurować, by nie było nawet najmniejszego odpadnięcia.
Ale to poczekaj... lęk przestrzenny i latanie śmigłowcem?!
NK: Podczas latania ten typ lęku się nie objawia. Nie wiem, dlaczego tak jest, ale zarówno w śmigłowcu, jak i na paralotni czy w szybowcu go nie czuję. Na wspinaniu strach, a w powietrzu nie. W skokach ze spadochronem trochę czuć dyskomfort w momencie wyskoku, ale potem mija!
MK: Mimo strachu, z Czerwonej Ławki nie chciała schodzić, a wręcz odwrotnie – przyspieszała. I nigdy wcześniej, ani później, nie była dla mnie taka miła. (śmiech)
Skoro dobrnęliście tutaj po lekturze wywiadu, to wiecie, że o świetną atmosferę zawodów możemy być spokojni! To właśnie za sprawą Natalii i Michała skialpinizm wraca na polską stronę Karkonoszy! W tym roku dwie trasy - krótka, tylko pod górę w sam raz dla początkujących oraz dłuższa ze zjazdami dla żądnych przygody! A po wszystkim przemiłe zakończenie w schroniskach Samotnia i Strzecha Akademicka. Informacje i zapisy tutaj!