Sylwester bez procentów, sylwester na 100%, czyli Kupa Chwały

Kupa, 31.12.2017

Wyobrażacie sobie samotny bieg z Beskidu Niskiego na Węgry? Nie? Wcale mnie to nie dziwi. Ja też sobie nie wyobrażałem. Aż do 31 grudnia 2016 r., kiedy równo o północy wybiegłem z domu i ruszyłem na południe.

„K***, jak mi zimno!” Nawet nie wiem, ile razy powtórzyłem te słowa. Pierwsza noc na trasie była gwiaździsta, lecz ciemna, a słowackie doliny przywitały mnie wyjątkowo mroźnym pocałunkiem. Całowały namiętnie, i chyba wzięły mnie za damę, bo szczególnie upodobały sobie dłonie – w pewnym momencie było mi w nie już tak zimno, że byłem o krok od poddania biegu. Skórę uratowały mi dodatkowe rękawiczki, które zgarnąłem jako ostatnią rzecz przed wyjściem z domu – „tak na wszelki wypadek”. Założyłem je na zgrabiałe, obolałe kosteczki i pobiegłem dalej w noc. Do świtu wciąż było daleko...

Kontrola paszportowa

Kilka godzin wcześniej, jeszcze w mojej krainie – Beskidzie Niskim – spotkała mnie przemiła niespodzianka. Na 15. kilometrze trasy, na nieczynnym przejściu granicznym w Koniecznej, czekała na mnie ekipa Schroniska na Magurze Małastowskiej, Wati i spółka. Ciekawe, czy byli tam przypadkiem – ale na zdrowy rozum kto stoi przypadkiem o 2 w nocy na polsko-słowackim pograniczu?! – czy śledzili kropkę i pojawili się na granicy specjalnie dla mnie, żeby dać mi kopa w dupę na dalszą drogę. Tak czy inaczej, to była najprzyjemniejsza kontrola paszportowa w moim życiu. Dostałem zapas mocy aż do Bardejowa.

Ki diabeł?!

Bardejów. Piękne miasteczko z jeszcze piękniejszym renesansowym ryneczkiem. Perełka. Ostatnio byłem w nim na mecie Transcarpathian Race Ultra, innego samotnego biegu, kiedy w październiku ubiegłego roku przybiegłem tu z Gorlic. Wtedy jednak leciałem przez góry, a teraz ani na krok nie opuszczałem ściętej lodem szosy. Kiedy biegłem pod prąd, nie miało dla mnie znaczenia, kto kogo bardziej oślepia – z rzadka przejeżdżające samochody mnie, czy ja je moim mocarnym feniksem. Niektórzy trąbili. Trudno, przynajmniej to znak, że mnie widzieli. Do Bardejowa wbiegłem równo o trzeciej nad ranem. Gdy byłem na wyskości rynku, wydarzyło się coś niezwykłego. Nagle z wież kościołów po całym mieście rozlało się bicie dzwonów. Nie wierzyłem, że to się dzieje naprawdę. Zabawne, że przeszła mi przez głowę głupia myśl, że to sprawka mojego serdecznego kumpla Maćka Nersa. Maciek to znany w świecie sobowtór Batmana, a przy tym miłośnik Słowacji, Bardejowa i – przede wszystkim – wyprażanego syra. Pomyślałem, że to może on użył swoich konszachtów, zagadał z jednym, drugim księdzem i przygotował mi takie powitanie. Przyznacie, że musiałem być już trochę zmęczony, prawda? Dopiero po biegu mój przyjaciel Dziki Bo oświecił mnie, że trzecia w nocy to godzina szatana i to na pewno stąd te dzwony. Przeszły mnie ciarki!

McJajko

Trasa Bardejów–Preszów to odcinek właściwie bez historii. Albo inaczej – to odcinek z bardzo monotonną historią, ograniczającą się do schematu: rozgrzewam dłonie, biegnę, rozmrażam wężyk do bukłaka (zamarzał pomimo neoprenowej ochrony). W końcu jednak i wężyk ścięło na amen, a ja, żeby się napić, musiałem czekać aż do świtu. Warto było! I to wcale nie na to, żeby się napić, ale żeby zobaczyć jak budzi się dzień. Przepiękna panorama Šimonki (1092 m n.p.m.) – szczytu w Górach Tokajsko-Slańskich we wschodniej Słowacji – która otworzyła się przede mną przed wioską Kapušany, wynagrodziła mi tę cholernie ciężką pierwszą noc. Dla tej chwili warto było przebiec 60 km. Po kolejnych kilkunastu siedziałem wygodnie na kanapie w Macu i piłem paskudnie pysznego liptona za 1,5 euro. Maska Dziadka Mroza, którą przywdziałem na ostatnich parę godzin, spływała razem ze zmęczniem na czystą podłogę jankeskiej franczyzy. W tym samym czasie chłopak z kasy patrzył na mnie z niepokojem, kiedy zdzierałem skorupkę z McJajka, wyciągniętego z wypchanego po brzegi plecaka. Tym samym wdrożyłem nową usługę do oferty sieci – do take away dodałem take inside.

Siostra miłosierdzia

Prawie każdy ma na świecie taką osobę, którą kocha miłością wyjątkową. Ja mam tak z moją siostrą Oliwką. Nie znam nikogo, kto ma w sobie więcej wrażliwości, dobroci i łagodności niż ona. Oliwka to prawdziwy skarb! O północy, kiedy ja wybiegałem, ona leżała w łóżku powalona grypą żołądkową. „Miki, tak mi wstyd, że nie pomogę ci na trasie”, takimi słowami mnie pożegnała. „Olcia, nic się nie martw, zdrowiej i jeśli się lepiej poczujesz, to przyjeżdżaj, a jak nie – dam radę. Muszę dać radę!”, odpowiedziałem. Kiedy zobaczyłem Oliwkę za kółkiem hondy na wysokości miejscowości Lemešany, ogarnęła mnie wielka radość. Szczerze się nie spodziewałem, że jednak zdoła pokonać chorobę i do mnie dołączyć. Moja siostra to jedyna osoba na świecie, która potrafi w jedną noc zwalczyć grypę żołądkową, po czym wsiąść w samochód i przywieźć mi na słowackie odludzie butelkę coli i kubek gorącej herbaty. Dochodziło południe, a ja w nogach miałem już blisko 100 km. Siostra wspierała mnie na trasie aż do godziny 20, kiedy w miejscowości Buzica przejęli mnie Gabriela i Krzysiek Gajdzińscy.

Koszyce

Od kiedy biegam, mam w planach, że kiedyś wystartuję w tutejszym maratonie. Koszycki Maraton chwali się mianem najstarszego w Europie (to podobno wcale nie jest takie pewne), a towarzyszy mu wspaniała atmosfera (to z kolei potwierdzona informacja). Biegnie się dwie pętle głównie po starej części miasta, dzięki czemu trasa jest ładna i – przede wszystkim – pełna kibiców. Ale tym razem nie było ani kibiców, ani atmosfery. Było za to dużo chodzenia, gubienia drogi i długie poszukiwanie kibla. Po 120 km wypadałoby się załatwić, ale nie było gdzie. W końcu wziąłem szturmem biurowiec T-Mobile, a recepcjonistka musiała zobaczyć w moich oczach wyjątkową determinację, bo od razu wskazała mi drogę do sanitariatów. Wtedy nastapił jeden z najpiękniejszych momentów na całej trasie – poczułem się, jakbym dotarł na metę! W podziękowaniu za gościnę zostawiłem dziewczynie z recepcji kawowego batona Chia Charge, złożyłem jej życzenia noworoczne i ruszyłem dalej na południe. Z Koszyc wyprowadziła mnie nieprzyjemna droga szybkiego ruchu, a sił dodawały myśli o Darku Strychalskim. On jest prawdziwym mistrzem w pokonywaniu podobnych trudności – włącza tryb „automat” i po prostu tnie przed siebie. Przez wiele następnych kilometrów byłem jak Darek Strychalski. Ciąłem przed siebie.

Druga noc

Zastała mnie na poboczu nieprzyjaznej „śmigawicy”. Zakładam czołówkę. Bateria z pierwszej nocy dawno wyładowana – wiadomo. Niestety mróz poradził sobie również z zapasowym ogniwem. Fenix spisał się na medal w starciu z nocą, niestety dostał sromotny wpierdol w potyczce z mrozem. Mam na sobie niewiele odblasków, więc tylko mocna czołówka była gwarancją bezpieczeństwa. Czuję się niepewnie, na dodatek na dłuższą chwilę tracę łączność z siostrą. Jest zimno, ciemno, do domu daleko. Przyspieszam kroku, żeby pobudzić krążenie. Ale nie jest łatwo szybko biec, bo GPS wskazuje już 130 km przebiegu. Tym razem myślę o Adrianie Gronku i jego ekspedycji na Alaskę. „Czym są moje problemy w porównaniu do jego tułaczki przez naprawdę dzikie ostępy?” – ta myśl stawia mnie do pionu. Wciąż nie mogę się dodzwonić do siostry, która czeka na mnie gdzieś, nie wiadomo gdzie, z gorącą herbatą. Nagle zaskoczenie – odbieram telefon od Agnieszki Korpal: „Cześć Miki, jak się bawisz?”. „Bawisz?! Jestem przemarznięty, nic nie widzę, a w nogach już 140 km. Tak, można powiedzieć, że nieźle się bawię”, odpowiadam szczękając zębami. „No przecież sam tego chciałeś. Nie maż się!”, żegna mnie Aga, dając mi kawał motywacji przed żmudnym, ostatnim odcinkiem. Na szczęście znajduję jakąś boczną drogę i zostawiam za sobą okropną ekspresówkę Koszyce–Bratysława.

Veľká Ida

Od samych rogatek witają mnie głośne śpiewy. Domy są odgrodzone od drogi wysokimi parkanami, ale zza płotów dobiega fascynująca, żywa muzyka. Nie widać nikogo, ale słychać. I to jak słychać! Mam wrażenie, jakby tuż obok śpiewały dziesiątki albo i setki ludzi. Atmosfera flamenco przeszywa miasteczko na wskroś. Okazuje się, że Veľká Ida to jedno z najbardziej zdominowanych przez Cyganów miejscowości na Słowacji. Podobno powstał reportaż na ten temat – zdaje się, że można go znaleźć na Youtube. Była dopiero 18, ale Cyganie już rozpoczęli świętowanie Nowego Roku. A może po prostu świętowali – tak bez okazji? Kto ich wie...

Łemkowyna Ultra Help

„Przecież Węgry miały być płaskie, dlaczego w takim razie droga ku granicy cały czas się wspina?!” – nie wiem po raz który zadaję sobie to pytanie. Może i są płaskie, ale akurat rejon, który obrałem sobie za metę, to w najlepszym wypadku płaskowyż. A że Koszyce są położone w niecce, końcowe 40 km to nieustający podbieg. W międzyczasie odnaleźliśmy się z siostrą, która znalazła w samochodzie zapasową czołówkę, ale i ta padła w starciu z mrozem. Dopiero w Buzicy, niewielkim miasteczku na granicy słowacko-węgierskiej, Krzysiek Gajdziński pożyczył mi swojego petzla. Zaserowował też ciepłą zupę paprykową i ryż z warzywami. Gajdzińscy znają się na robocie, lata doświadczeń przy organizacji ŁUT nie poszły w las. Przyjechali do mnie łemkobusem, w którym mieli wszystko, czego w tej chwili potrzebowałem. Z nimi przy boku byłem bezpieczny.

Moc wiary, wiara mocy

„Gdzie chcesz dobiec?”, pyta Krzysiek na ostrym podejściu do przejścia granicznego. Maszerując, odpowiadam bez chwili namysłu: „Do Kupy!”. Coś, co do tej pory traktowałem jako zwykły żart, nagle miało szansę stać się rzeczywistością. Do Kupy zostały 32 km, a czasu do północy – prawie 4 godziny. W normalnych okolicznościach, na świeżości, nie byłby to żaden problem, jednak teraz miałem za sobą już około 300 tysięcy kroków i każdy kolejny był dużym wyzwaniem. Na dodatek cały czas pod górkę, ale zawziąłem się. Przypomniałem sobie wszystkie wiadomości od znajomych, które przeczytałem siedząc na kiblu w Koszycach i poczułem, że skoro tyle osób we mnie wierzy, to i ja muszę uwierzyć, że się uda. Nie miałem już sił, ale miałem moc. I to ona pozwoliła mi dotrzeć do mety.

Kupa chwały

Na ostatnie 15 km przyłączyła się do mnie Gabriela. Wiem, że gdyby nie ona, nie zdążyłbym do Kupy przed północą. Biegła pół kroku przede mną, i gdy tak patrzyłem, jak lekko przemieszcza się do przodu, łatwiej było mi kręcić nogą. Owszem, poruszałem się jak w zwolnionym tempie, ale najważniejsze, że z każdą sekundą byliśmy bliżej celu. Ultramaratończyk jest jak stary kawaler – biegnie przez 100, 150, 160 km w samotności, i gdy nagle ktoś do niego dołącza, nawet najdrobniejszy szczegół potrafi wytrącić z równowagi. „Ruda, do cholery, przestań tak machać tym światłem”, krzyknąłem w pewnej chwili w myślach, kiedy Gabi po raz kolejny poprawiała czołówkę na głowie. Ale że szczerze uwielbiam Gabrielę i za nic w świecie nie chciałbym sprawić jej przykrości, powiedziałem tylko cichutko: „Gabrysia, co ty tam tak majdrujesz przy tej latarce?”. Wiem, że trudno w to uwierzyć, ale naprawdę miało to dla mnie znaczenie. Na ogromnym zmęczeniu potrzebowałem niezaburzonego rytmu, wejścia w trans, który przeniesie mnie w czasoprzestrzeni na metę. A pijane światło skutecznie mnie z niego wytrącało. My biegliśmy, a Krzysiek co jakiś czas zatrzymywał się łemkobusem na leśnej drodze, pytając czy niczego mi nie potrzeba – najpierw co 2 km, potem co jeden. Gabriela z kolei odliczała dystans do łemkobusa, dzięki czemu nie musiałem za dużo myśleć, wystarczyło liczyć kroki. Do Kupy wbiegliśmy o 23:59, niemal równo dobę po starcie z Beskidu Niskiego. Dobiec akurat tutaj – to musiało być przeznaczenie. Jak inaczej wytłumaczyć fakt, że miejsce, które wybrałem wodząc palcem po mapie tylko ze względu na nazwę, okazało się tym, w które wcelowałem co do minuty?! Przywitałem się z Kupą, przybijając piątkę z tablicą, potem wyściskałem Gajdzińskich, następnie pomyślałem o siostrze Oliwce, która spędziła ze mną na słowackiej ziemi cały bity dzień, aż wreszcie zrozumiałem, że to koniec, że moja wielka sylwestrowa wyprawa właśnie dobiegła końca. „Podnieście mi nogę”, poprosiłem Gabriela i Krzyśka wsiadając do łemkobusa, „A teraz drugą”, po czym moje zwłoki runęły w poprzek siedzenia i pogrążyły się we śnie. Z 179,8 km drogi powrotnej pamiętam tylko tyle, że w pewnym momencie się rozbudziłem i wymamrotałem: „Gabi, Krzychu, dziękuję wam...”.

 

Podziękowania

Za pomoc w realizacji projektu dziękuję również partnerom:

Wojtkowi Jegerowi ze SklepBIEGOWY.com za buty Hoka ONE ONE Speedgoat;

Krzyśkowi Dołęgowskiemu ze SklepNapieraj.pl za wiatroodporną kurtkę Inov-8 oraz plecak wyprawowy Ultimate Direction;

Michałowi Sebeście i sklepowi Kolba.pl, dystrybutorowi marki Fenix, za mocarną czołówkę;

Jackowi Morawskiemu z TrackCourse.com za zaorganizowanie śledzenia moich kroków;

Magdzie Sołtys za termoaktywną bieliznę Adidas;

Radkowi Kasprzakowi z BUFF Polska za ognistą chustę;

Piotrkowi Pazdejowi za pyszne słodko-słone batony Chia Charge.

Szczególne podziękowania kieruję do wszystkich znajomych i przyjaciół, którzy wierzyli, że ten szalony plan może się udać. Udał się. Dzięki Wam!

 

Tekst: Mikołaj Kowalski-Barysznikow

Ilustracje: Zofia Rogula

Artykuł ukazał się w ULTRA #9

Kingrunnera tworzą biegacze. Dodaj swoją relację.

pozostałe relacje