Biegacz amator
Zimowy Ultramaraton Karkonoski im. Tomka Kowalskiego

Zimowy Ultramaraton Karkonoski

Olsztyn, 12.03.2019

ZUK 2019 to nie bieg ani nie widoki. ZUK 2019 to przeżycie. Nawiązując do słynnej metafory Tomka Kowalskiego, wyobraź sobie, że zimowe Karkonosze są jak wnętrze piłeczki do ping ponga, a Ty jesteś jej jądrem. Wiatr rzuca Tobą na wszystkie strony; po pewnym czasie masz wrażenie, że jest wszędzie; huczy w Twojej głowie jeszcze długo po biegu. Dookoła biel, z której od czasu do czasu wyłaniają się majaczące postaci, zasysane po chwili znów w bezkres pustki. Siła żywiołu przekreśla sens biegania w takich warunkach, przysparza za to niebotycznych dawek innych niecodziennych emocji.

Zdjęcia: BikeLIFE

Mój trzeci raz na ZUK-u, właściwie czwarty, jeśli liczyć ten jeden raz w ubiegłym roku, kiedy zabrakło szczęścia w losowaniu i pojechałam trochę towarzysko, trochę treningowo, a przy okazji sprawdziłam sił w częstowaniu zawodników zupą pomidorową w Domu Śląskim. Darzę ten bieg wyjątkową estymą. Taki sentyment, który bierze się nie wiadomo skąd i dlaczego, a jednak wiadomo, bo do tego miejsca w sercu prowadziła długa droga i zbierane na niej doświadczenia. Jestem trochę dzieckiem ZUK-a, bo choć pobiegałam w różnych miejscach, gdybym nie trafiła na ten właśnie bieg na początku życia w wymiarze ultra, być może nie byłoby w ogóle mojego ultrabiegania, a gdyby nawet było, to zapewne w innej delikatniejszej, z mniejszą amplitudą wahań adrenaliny, odsłonie.

Moja historia z ZUK-iem ma początek w 2016 r. Były potem w kolejnych edycjach inne wrażenia na ZUK-u, nie mniej ciekawe, ale jak to z największymi doznaniami w życiu, pierwszy raz jest najważniejszy i naznacza te następne.

A więc wracając do 2016 r… Miejsce ma kolejna, trzecia już edycja tego biegu. Wiem o nim niewiele, wcześniej pobiegałam tylko w Bieszczadach i jestem przekonana (o zgrozo!), że to będzie coś podobnego. Przyciąga mnie przejmująca historia Tomka Kowalskiego, zdobywcy zimowego Broad Peaka, człowieka wielu pasji i entuzjasty życia, którego wielobarwną postać rodzina i przyjaciele postanowili upamiętnić, organizując bieg. O górach zimą nie wiem nic, umiem tylko napierać pod górę, może niezbyt szybko, ale jednak konsekwentnie. Mnie samą zatrważa ten upór, jaki rodzi się tam, w górach, jakby inne wcielenie tej samej osoby, która z natury jest raczej delikatna.

***

Z ciekawości, a bardziej może nawet z potrzeby zabicia wolnego czasu, dzień przed biegiem wjeżdżam wyciągiem na Kopę pod Śnieżką, by w schronisku, w którym jest jak w chłodni mięsa, wypić fusiastą kawę zalaną wodą, której daleko było do temperatury wrzenia. Jestem przerażona tym co zobaczyłam na górze, nie wyobrażam sobie biegu po przeraźliwie białej pustyni lodowej. Wiatr, wiatr, wiatr… On tu rządzi. Mentalnie dobija mnie kolejny element – atmosfera w biurze zawodów. Wszyscy wyglądają bardzo pro, dyskutują o zawodach, o których marzy się przez długie lata, ze spokojem starych wyjadaczy z branży. Pokój w hostelu dzielę z dziewczyną, która wygrała bieg 3xŚnieżka. To jakiś błąd systemu, że tu jestem.

***

Na starcie na Polanie Jakuszyckiej to samo odczucie. Pokornie ustawiam się z kolegą z drużyny na samym końcu stawki. Emocje i tak na wysokim vibrato, a do tego jeszcze w momencie startu wybrzmiewa z hukiem „Highway to hell”… Podejście pod Szrenicę i zaczyna się przygoda. Widoczność miejscami tak niska, że Śnieżne Kotły rozpoznaję dopiero z odległości 20 m od budynku stacji. Ze wszystkich stron wbijają się igły zimna, wiatr chłosta twarz, wężyk od bukłaka, mimo że plecak schowany w całości pod kurtką, zamarza na długości 15 cm. Zamarzam też ja, od strony nawietrznej mam na sobie nie tyle szron, co cieniutką taflę lodu od wilgoci odprowadzanej przez niezbyt chroniącą od wiatru kurteczkę biegową. Wężyk odmrażam dopiero w schronisku Odrodzenie na 19 km, po wyjściu z którego przekonuje się, że nie tylko lód z wężyka odpuścił. Jestem cała mokra i w takim stanie wychodzę znów na wietrzną grań. Nie mija kilometr, a kolega obok skarży się na brak czucia w palcach u rąk i prosi o pomoc w odnalezieniu w plecaku grubych rękawic narciarskich. Za schroniskiem rozpoczyna się 8-kilometrowy trawers do Domu Śląskiego, którego pokonanie zajmuje mi prawie 2h. Nie mam doświadczenia, kopię się w śniegu przy każdym nieprzemyślanym czy niestabilnym ze zmęczenia kroku, nawet po pachwiny. A takich felernych kroków jest całkiem sporo. Jedyna myśl to wcale nie to żeby ukończyć zawody, tylko żeby po prostu z tego wyjść cało. Na trasie tylko zawodnicy. Turyści wybrali rozsądną decyzję o pozostaniu tego dnia na dole. Krajobraz trochę jak pole bitwy, jakże inny od tych znanych mi dotychczas wyłącznie ze scenerii biegów letnich w niższych górach, gdzie można w czasie biegu i dobrze podjeść, i pokonwersować w iście sielskiej, czasem wręcz prawie festynowej, atmosferze.

Zdaję sobie sprawę z tego, jakim absurdalnym pomysłem był start w tych zawodach. Nieprzygotowana fizycznie ani mentalnie na warunki pogodowe. Jedyna mocna strona to głowa, która nie odpuściła i nie poddała biegu. To dopiero doświadczenie przyszłości, kiedy, o ironio, po miesiącach solidnego treningu i kilku sezonów startów w górach, będę musiała na innym wymarzonym biegu podjąć decyzję o zejściu z trasy daleko przed metą.

***

Nie zapomnę nigdy uczucia na mecie pierwszego ZUK-a. Kotwicy, do której wracam w gorszych momentach. Nigdy nie byłam tak z siebie dumna, a jednocześnie wdzięczna za to mocne doświadczenie. I nigdy nie byłam też tak blisko prawdziwej samej siebie. Patrzę na siebie sprzed tych kilku lat i tęsknię za naiwnym zapałem i uroczym brakiem świadomości. Za emocjami, których dotąd nie znałam, za wyrzutem adrenaliny do krwi, za stanem euforii jako nagrody za pokonanie lęku.

Aktualnie naturalną koleją rzeczy emocje startowe, odtwarzane po raz któryś, trochę przyblakły, a może trochę więcej w tym dojrzałości, bo przecież nie zawsze jest efekt wow. Nie, nie lubię efekciarstwa… Lubię też jak jest zwyczajnie, jak jest nuda i dłużyzna, a czasem też jak i pojawia ból. To też jest ok, każde z tych doświadczeń niesie ważną informację.

***

Jak było na ZUK-u 2019? Warunki trochę gorsze od ZUK-a 2016. Siła wiatru osiągała podobno do 100km/h na Śnieżnych Kotłach, gdzie w chwili zwątpienia niespodziewanie z bieli wyłonili się ratownicy GOPR nawołujący żebyśmy zbierali się w grupy i przekierowujący cały sznurek biegaczy od jednego z nich do następnego, a potem jeszcze do następnego. Coś wspaniałego, kiedy jesteś po środku niczego, nie widzisz nic albo prawie nic, brakuje Ci tlenu, bo nie jesteś w stanie wziąć wdechu i wtedy na kilka metrów przed Tobą pojawia się ktoś, kto wyciąga pomocną dłoń i zbierasz wszystkie siły, żeby dotrzeć pod wiatr do tej osoby. To właśnie wspomnienie zachowam z tej edycji ZUK-a. Co do reszty, tym razem wężyk nie zawiódł, ale i tak nie byłam w stanie sięgnąć po wodę w tych warunkach. Stopień oblodzenia twarzy i ubrania był chyba podobny. Po innej pamiętnej przygodzie przemarzają mi dłonie, więc szybko sięgam po ciepłe rękawice, ale biegnę na dużej intensywności, więc ogólnie ubrana na lekko. Przy moich niewielkich gabarytach dużo energii pochłania walka z wiatrem, jestem dla niego śmiesznym, niegodnym przeciwnikiem. Myślę, że można byłoby kontynuować bieg po pełnej trasie, gdyby prognoza pogody nie przewidywała jeszcze większego jej pogorszenia po południu. Szanuję zatem decyzję organizatorów o zakończeniu biegu na 21 km w Odrodzeniu, była dla mnie bezdyskusyjna. Po biegu dowiaduję się, że GOPR nie wypuścił z Hali Szrenickiej końcówki stawki. Cieszę się, że dane mi było pobiec chociaż kawałek granią.

***

ZUK to bieg, który wprowadza w inny poziom infiltracji świata gór, całkowitego oderwania od znanego na co dzień sztucznie zaaranżowanego i kontrolowanego środowiska. W zderzeniu z tym, co koncentruje uwagę na co dzień, góry są przeraźliwie prawdziwe, realne. Nie tylko wymagają zajęcia się wyłącznie tym, co w danej chwili jest istotne, a co sprowadza się do zaspokojenia kilku prostych potrzeb fizjologicznych, ale też uwalniają od problemów, które nie są realne, ale które człowiek lubi sobie sam tworzyć w swojej głowie. A życie jest przecież proste i jest w tej prostocie genialne. W tym sensie góry dają wolność. Wartość, która dziś jest jednym z największych luksusów. I dla kilku takich momentów w roku w górach warto trenować przez cały rok na nizinach.

ZUK to z pewnością mój najtrudniejszy i najpiękniejszy w swej bezkresnej czystej bieli bieg. W mojej subiektywnej klasyfikacji polskich biegów górskich jest ZUK, a potem długo, długo nic. W tym roku miał być po raz ostatni, ale emocje tej edycji spowodowały, że znów liczę, że moc przyciągania między mną a Królewną Śnieżką w przyszłym roku też zadziała i będę miała tę odrobinę szczęścia w losowaniu. Moje życzenia sięgają jeszcze dalej, a mianowicie, że Królewna okaże się tym razem bardziej łaskawa i dostąpię zaszczytu audiencji. Do zobaczenia ZUK-u!
fot. BikeLIFE

 

Kingrunnera tworzą biegacze. Dodaj swoją relację.

pozostałe relacje