Chojnik Karkonoski Festiwal Biegowy - CHOJNIK MARATON

ZAPISKI MALKONTENTA

Zamek Chojnik, 21.07.2019

Żelazny spokój psa Gustawa.

Nie dojedziemy. Koniec podróży... Słysząc to zamilkłam, czekając, aż Wiktor rozwinie swoją wypowiedź. Popsuło się auto, musimy zrobić postój we Wrocławiu i zostawić tam samochód w warsztacie. -Mówi grobowym głosem, spoglądając na mnie trupim okiem. O Boziu Przenajświętsza! Podsumowuję całą kuriozalną sytuację, zerkając jednocześnie na przerażonych, siedzących w milczeniu współtowarzyszy podróży. Mina każdego z nich wyrażała to samo – wielką, czarną od złych myśli, obawę. Zarówno Asia jak i Tomek wyglądali w tym momencie jakby połknęli ość wieloryba, tylko pies Gustaw, nieświadomy tego w jak trudnym położeniu znalazła się nasza wyprawa zmierzająca na Maraton Chojnik, smacznie chrapał, śliniąc moje świeżo wyprane w Perwollu leginsy - Wiedziałam! - krzyczę - To było do przewidzenia.

Tekst: Sylwia Retmaniak

Zdjęcia: archiwum autorki, Jelonka.com, Jacek Deneka UltraLovers, BIKELIFE, Piotr Dymus.

Dwa dni przed zawodami, wywinęłam niczym ruska baletnica piruet w damskiej toalecie, gdyż poślizgnąwszy się na własnym klapku, poszybowałam w górę, kończąc swój widowiskowy pokaz bolesnym upadkiem na biodro. Na domiar złego, czyniąc to przy świadkach i w dodatku na golasa. Nie ma niczego bardziej upokarzającego niż leżenie nago na posadce, w szatni pełnej ludzi. Nie dziwi mnie, więc fakt, iż dzień przed zawodami, psuje się samochód, dlatego dotarcie na start do Jeleniej Góry staje pod znakiem zapytania…


Pływanie pod prąd.

Stoję na starcie w mało energicznym nastroju. Na miejsce udało nam się dotrzeć bardzo późno, po czym w deszczu rozkładając namiot przez dwie godziny, położyć się spać o 1 w nocy. Rano nie zdążyłam rozmówić się z toaletą, czując tuż przed startem ucisk w jelicie grubym i tylko fakt, że nie leje mi się w tym momencie na głowę, ratował mnie przed wejściem w głęboką fazę malkontenctwa. Nim jednak zdążę oswoić się z myślą, że zaraz stoczę najcięższą od dawna walkę na trasie, bowiem po górach nie biegałam od przeszło dwóch lat, to słyszę głos odliczającego do startu Organizatora. Myląc się jednak w cyfrach zaczyna on liczyć od nowa, potwierdzając tym samym moje przypuszczenie, iż ten bieg to studium dziwnych przypadków. Start! krzyczy. Zaczynamy. Ludzie klaszczą i machają bliskim, a ja wciąż myślę, marszcząc swoje krzaczaste brwi - Co się dziś jeszcze zdarzy? – Długo nie muszę czekać. Po kilometrze, na rozwidleniu drogi, są dwie tak samo oznakowane trasy. Biegnę jedną z nich wraz z grupą innych biegaczy, którzy nie znając mapy rozpierzchli się po lesie. Moim oczom ukazuje się Zamek Chojnik, będący atrakcją na finiszu Maratonu. Teraz jestem już pewna, że to był zły wybór, zła droga. Dzisiaj, nie po raz pierwszy gubię trasę na biegu, lecz pierwszy raz tak szybko i na dodatek nie mając kompletnie pojęcia jak z tego wybrnąć. DNF jawi mi się przed oczyma, jak Matka Boska dzieciom w Guadalupe. To wszystko przez Wiktora! Tak dużo mówił o dyskwalifikacji, że stała się samospełniającą przepowiednią. Zresztą, kogoś trzeba obarczyć winą za swoją porażkę! Wystarczy już, że wzięłam na barki upokorzenie w basenowej szatni… Mija trochę czasu, a ja wciąż błądzę, szukając właściwej trasy. Z każdą minutą coraz bardziej realna jest dramatyczna wizja mojego DNF-u. Skąd ta dramaturgia?

Bo zbłądzić w połowie dystansu, to rzecz do zaakceptowania, lecz zrobić, to po pierwszym kilometrze, wbiegając od razu na końcowe kilometry trasy jest jak pływanie w morzu pod prąd, niby można, ale jest bez sensu. W końcu natrafiam na starszego mężczyznę, który znajduje się w podobnej sytuacji, więc wspólnymi siłami, dodając sobie otuchy, próbujemy dotrzeć do pierwszego punktu odżywczego na trasie. Po 7 kilometrach biegu, wspinając się pod górę widzę jednego z organizatorów, który kleszcze  w dłonie – Brawo,  udało wam się wrócić na trasę! Teraz już lecicie prosto po sznurku, aż do mety. Z nadzieją patrzę na zegarek. Poza dodatkowymi kilometrami i większym przewyższeniem jestem wciąż w grze! Moje rozmyślania szybko weryfikuje rzeczywistość. Dobiegam do punktu odżywczego na którym widzę idących niespiesznym krokiem biegaczy. Świadomość bycia prawie ostatnim jest jak zimny prysznic z rana. - Wiedziałam! Wiedziałam, że coś się jeszcze zdarzy! - mówię gryząc, ze złości orzeszki w czekoladzie marki Bałtyk (swoją drogą smakują rewelacyjnie) które rozłupuję przednim siekaczem jak siekierą drewno. Buzująca nerwowo krew uderza do głowy. Zagryzając więc  zaciekle wargę ruszam przed siebie, włączając turbo-przyspieszenie.

Paraliżujący lęk.

Moje zapędy skutecznie  studzi profil trasy, której poziom trudności jest porównywalny z ostatnią planszą w grze Mortal Kombat. Niestety, brak doświadczenia w górskim bieganiu, systematyczne olewanie treningów z podbiegami i przede wszystkim paraliżujący lęk przed wysokością na szczytach powoduje, iż po prześcignięciu 60 zawodników na trasie (tak, owszem liczyłam, bo robię to biegle, nawet do 100) stojąc otulona gęstą mgłą na Śnieżnych Kotłach, jak ciele z drżącymi nogami, nie mogę zrobić kolejnego kroku naprzód.

Zirytowani zawodnicy zaczynają mnie wyprzedzać, trącając jak marionetkę, a ja wciąż stoję tworząc im kolejną przeszkodę do ominięcia na szlaku. Moje oczy utkwione są w przepaść. Wyobrażam sobie jak zahaczam butem o wystający śnieżno-biały kamień, który w innych okolicznościach zabrałabym do domu, robiąc sobie z niego skalniaczek w ogródku i przechylając się niebezpiecznie w bok, zsuwam ze stromego urwiska w dół, obijając o wystające głazy jak wiezione traktorem po wykopkach ziemniaki. W końcu udaje mi się metodą niekontrolowanych drgań i strasznych jęków przejść newralgiczny odcinek, który okazuję się początkiem drogi na kolejny szczyt, będący jeszcze bardziej przerażający niż poprzedni. Czeskie Kotły witają mnie arktycznym chłodem, któremu towarzyszy opad gradu. Kamienista trasa staje się przez to bardzo śliska, więc zaczynam iść wolniej niż wolno, właściwie to drepcząc w miejscu. W takich momentach chciałabym, być człowiekiem z betonu odpornym na lęk, mróz, deszcz, wiatr i korozje. Mimo wysyłania znaków świetlnych i sygnałów dźwiękowych wołających o pomoc, nikt się nie zjawia, zmuszona więc jestem poradzić sobie sama z doliną  śmiercionośnych białych kamieni, które jak wspominałam - idealnie nadają się na skalniaczek...

Koneser piwa.

7 godzin minęło mi tak szybko, iż nawet nie zdążyłam porządnie zgłodnieć. Oczywiście ze swoją wrodzoną orientacją w terenie i lękiem wysokości, nie miałam szans dogonić najlepszych. Mimo zajęcia niemedialnej pozycji w wynikach, widok mety był tak przyjemny, a wręcz  wzruszający, że fala łez  spłynęła po mej twarzy, niczym tłuszcz wytopiony z kiełbasy trzymanej na grillu. Dlatego  czując olbrzymią satysfakcję z ukończenia biegu, momentalnie się rozpromieniłam, przekraczając metę, jak na urodzonego meteopate i malkontenta w najwyższej fazie zaawansowania nie przystało, radosnym uśmiechem. Masz! Pij! krzyczy euforycznie Wiktor, podtykając mi pod nos piwo Pij natychmiast, należy Ci się! biorę wielki łyk złocistego płynu i czując jego gorzki smak, przyjmuję wyraz twarzy prawdziwego konesera tego trunku, utwierdzając innych w przekonaniu, że mają do czynienia z wysokiej klasy specjalistą.

Zdziwiona, patrzę na Wiktora, który mimo podobnej wpadki zaliczonej  na samym początku ze zmianą trasy biegu, przybiegł na metę  dużo wcześniej i to w znacznie  lepszym stanie. Właściwie miałam wrażenie, że ma on ochotę wystartować raz jeszcze, robiąc  kolejny maraton. Ja, zaś opowiadając Tomkowi, Asi i psu Gustawowi o tym jak bardzo się bałam i jak mocno teraz cierpię, oddałam się temu, co lubię najbardziej, czyli wielowymiarowemu narzekaniu.

A, że jestem malkontentką z zamiłowania i pasji, to przyniosło mi to ulgę tak wielką, jak wysokość  zadłużenia Świata wobec Jowisza.

Kingrunnera tworzą biegacze. Dodaj swoją relację.

pozostałe relacje