Biegacz amator
WIELKA PREHYBA - Biegi w Szczawnicy

To nie tak miało być

Szczawnica, 2.05.2019

Jajeczniczka na boczusiu, lody i słodycze, naleśniczki na masełku i pierożki oraz takie tam pyszności.

Oto krótkie podsumowanie mojego startu w Biegi w Szczawnicy. To nie tak miało być - cytując klasyka. Zacznę od początku (w sumie można by od dupy strony, ale co mi tam, zacznę od początku).

1. Stan zdrowia
Od wczesnego dzieciństwa rodzice na wakacje zawozili mnie do dziadziusia. Przekochany to człowiek był i kochał swojego wnuczka niesamowicie, więc na śniadanko jajeczniczka na boczusiu i lody i słodycze i naleśniczki na masełku i pierożki i takie tam pyszności. No to wszystko było przepyszne! Może nie wszystko bo chłodnik jakoś mi nie podchodził ani pierogi z płuckami... No i kurcze pewnie te dietetyczne szaleństwa niekoniecznie dobrze wpłynęły na mój sobotni start bo chyba dupę mam za ciężką.

2. Kontuzje
Boli mnie kurde lewa noga. Podobno to od biegania. Lekarz mi kiedyś powiedział, że gdyby on biegał tyle kilometrów tygodniowo to by się nie zastanawiał dlaczego noga boli. Zmieniłem lekarza, ale noga boli mimo wszystko

3. Kije
Tutaj akurat skopiowany przeze mnie tekst od Dariusza nie pasuje bo kije to mi zdecydowanie pomogły wturlowywać moje ciężkie cielsko na te głupie góry! Kto to wymyślił tak łazić po tych krętych ścieżkach. Jeden zawodnik to nawet zwrócił uwagę, że jednej z ostatnich górek na trasie to w tamtym roku nie było i z pewnością musieli ją przez rok usypać lub przenieść skądś bo biegł ostatnio i jej nie było!

4. Plecak
Plecak też mi kurde nie przeszkadzał. Miałem w nim wszystko co mi potrzeba oraz to co zawsze mi się wydaje że mi się przyda, a jednak się nie przydaje i muszę to targać. Chyba następnym razem sprawdzę jak się biegnie bez plecaka. Aaaa! Nie! Plecak mi się przydaje i to bardzo! Cycki mi nie skaczą jak lecę z plecakiem! To nie, nie będę próbował biegać bez!

5. Buty
Buty kurde też mi nie przeszkadzały. Wręcz nawet są niesamowite (dzięki Paweł za doradztwo w tym temacie). Niestety nie mogę zgonić na buty. Eeeeh szukam dalej.

6. Odzież
Cholera odzieży też się nie czepię bom był dobrze ubrany i w sam raz choć czasem mi było lekko chłodnawo ale to pewnie dlatego, że nie biegłem cały czas i się lekko wychładzałem. Jak zaczął padać deszcz to nawet się przydała kurteczka, którą targałem w plecaku i wydawało się, że niepotrzebnie a tu jednak...
Spodenki które ostatnio testowałem i trzeba je delikatnie podrasować sznureczkiem, żeby z dupska nie spadały jak włożę w nie telefon sprawdziły się idealnie! Bo telefon miałem włożony do plecaka.

7. Czołówka
No została w samochodzie i nie przydała się, ale teraz myślę sobie, że w sumie mogłem ją zapakować do plecaka. Jeszcze trochę miejsca tam miałem.

8. Jedzenie
Znowu wziąłem za dużo żeli i takich tam. Wzdyma mi bebech po tej chemii a na punktach objadam się pomarańczami (pomarańcze na ultra biegach są super). Do niedawna myślałem, że biegam, żeby jeść żelki ale nie! Biegam bo na punktach są pomarańcze! Na pierwszym punkcie zapakowałem do kieszeni sporą porcję rodzynek, ale jakoś mi nie wchodziły. Kiedyś Bonku Skielc powiedział coś o ultrasach, którzy na długich biegach posilają się hamburgerami z restauracji pod żółtymi łukami, hmmm może by tak kiedyś spróbować...
Generalnie to nie głodowałem, a jajecznica, mussli i buła z miodem zjedzone 2 godziny przed startem spaliłem przed 10 kilometrem wspinaczki i już potem było OK.

9. Trasa
To był pierwszy od dawna bieg, którego trasy prawie zupełnie nie znałem. Fragment pokrywał się z biegiem na 64 km w Krynicy, ale początek i koniec to zupełnie nowe szlaki dla mnie. Nasłuchałem się, żeby nie przesadzać z nawódnianiem przed biegiem bo będę żałował na pierwszych 14 km więc wydygany rano wstałem i czytam jeszcze, że jak już będzie po wszystkim i do mety zostanie ze dwa trzy kilometry i już będę myślał, że to koniec i już tuż tuż meta to nie, to wtedy dopiero dostanę wpierdziel. Poważnie bardzo do tej trasy i z respektem podszedłem i wiece co? Kurde nie było tak strasznie.

10. Głowa
Kurde wychodzi na to, że jednak powinienem to wygrać bo jak do tej pory to prawie wszystko jest OK. Głowę mam i nie tylko jemniom. Dobrze pracuje, znamjom dobrze i tak jak zwykle przeszła wszystkie fazy. Najpierw euforia radość i głupawka bo start bo ludzie bo radocha. Potem po 15 km włącza się niechcemisizm i rezygnacja i wkurzenie na siebie bo przecież już miałem nie startować na dłuższych dystansach niż 20-25 km. Było się zapisać na coś krótszego to już by zaraz była meta! To nie, zachciało się 43 km. Za miesiąc 70 km Ultramaraton Jaga-Kora, w czerwcu 80 km Bieg Rzeźnika, w sierpniu 100 km Ultramaraton Magurski. Trzeba posprzedawać te cholerne pakiety! Następnie jak już to przetrwałem to odpaliła się petarda (a może to ten Firestarter od Olimp Sport Nutrition) i leciałem jak głupi w deszczu i nawet pod górę!

Cholera zacząłem to pisać, żeby przeanalizować co poszło nie tak i dlaczego nie wygrałem a wszystko wskazuje na to, że po prostu powinienem to wygrać.

Do tego tekstu dołączam screen z wiadomości, którą wysłała mi Magdalena Łączak. Oj jak ona mnie rozbawiła. Patrzę w tą wiadomość i kurde myślę sobie "weź zwolnij bo chyba za szybko biegniesz".

Są tu też zdjęcia z fajnymi ludźmi, których często spotykam i za którymi chyba tęsknię jak się dłużej nie widzimy.

Fajne to bieganie jest

 

 

ps. tekst zainspirowany postem Dariusza za jego zgodą, oczywiście wyłudzoną i okupioną 1 (słownie: jednym) browarem w sobotę po bieganiu. Oryginalny tekst do przeczytania >>TUTAJ<<

Kingrunnera tworzą biegacze. Dodaj swoją relację.

pozostałe relacje