Biegacz amator
Tatra Fest Bieg

Tatrzański debiut czyli Tatra Fest 2020

Łódź, 01.09.2020

Odkąd zacząłem biegać po górach moim marzeniem było wystartowanie w zawodach biegnących tatrzańskimi graniami. Tak się składa, że raz na dwa lata w naszych Tatrach odbywa się Tatra Fest Bieg, prowadzący Granią Tatr Zachodnich na dystansie 60 km z przewyższeniami 5000 metrów. Tym razem dopisało mi szczęście i znalazłem się na liście startowej. Nadmienię tylko, że już samo zapisanie się na Tatrę to nie lada wyczyn.

zdjęcia: Ultalovers, Karol Czajka, KaroKrasinska, Dariusz Bocoń, Natasza Figiel plus własne.

Po tym jak odwołano większość tegorocznych biegów to Tatra Fest urosła dla mnie do miana imprezy roku. Wszystkie przygotowania zostały ustawione pod ten bieg. Trzy tygodnie przed startem jadę w Sokoliki się powspinać, niezły trening siłowy połączony z super zabawą. Niestety w trakcie wspinu zaczyna mnie boleć kręgosłup. Wracam do domu, z dnia na dzień jest coraz gorzej, nie mogę się schylić, o bieganiu nie ma mowy. Nie jestem w stanie zawiązać butów. Łzy cisną mi się do oczu, w głowie pojawia się pytanie: czy to koniec z Tatrą? Zaczyna się walka z czasem. 9 dni przerwy w bieganiu, wizyty fizjoterapeuty, przeplatane mozolnymi ćwiczeniami wzmacniającymi kręgosłup. Z każdym dniem czuję się coraz lepiej. Tylko czy uda sie nadrobić stracony czas? Czy kręgosłup wytrzyma?

Wracamy do żywych, wplatamy coraz to mocniejsze jednostki treningowe o dziwo nic nie boli. Rzekłbym jest dobrze. W głowie pojawia mi się szelmowski plan: jadę w Alpy na ferraty. Krótki wypad do Dachstainu, cztery dni mega wyrypy plus łapanie wysokości. Co nas nie zabije to nas wzmocni.

 

W środę pojawiam się w Zakopanem, teraz przychodzi czas na rest. Muszę poczuć znowu głód biegania.  W piątek odbieram pakiet, Pani wręczająca mi numer startowy spokojnie mówi, żebym wieczorem zajrzał na FB gdzie pojawi się komunikat dotyczący warunków pogodowych.Tuż przed snem zaglądam na stronę Tatry i ku....wa, nie wierzę, trasa zostaje skrócona ze względu na możliwe burze, ja pierdziu, znowu pogoda pokazuje mi kto tutaj rozdaje karty. Jestem wściekły, nie na orgów ale na całą sytuację COVID, burze, co jeszcze mnie czeka w tym sezonie? Finalnie trasa zostaje skrócona z 60 do 49 km.

O 4.30 pojawiam się na linii staru. Następuje weryfikacja wyposażenia obowiązkowego i teraz pozostaje tylko oczekiwanie na start.W końcu o 5.00 ruszam do góry. Staruję z Kuźnic i biegnę Doliną Jaworzynki. Tutaj wita mnie wschód słońca, coś niesamowitego, dla takich chwil warto żyć! To są te momenty kiedy wiem, że każdy wylany litr potu na treningu zwraca się z nawiązką. To coś niesamowitego, że mogę być tu i teraz. Pierwsze kilometry zaczynam mocno (oczywiście mocno jak na Starszego Pana ), pozwala mi to na uniknięcie korków na podejściach. Wbiegam na Halę Gąsienicową, kurczę czuję się coraz lepiej. Po godzinie i 25 minutach melduję się na Kasprowym Wierchu, napełniam flaski i pędzę dalej. Powiem tak - warun do biegania jest wprost idealny. Teraz mknę w stronę Czerwonych Wierchów. W okolicach Goryczkowych Czub pojawiają się poręczówki, które zakładał sam Janusz Gołąb.

Po kolei mijam Kopę gdzie przybijam piątkę z Ultra Andźką, dalej kieruję się na Małołączniak, Krzesanicę i Ciemniak, to najpiękniejszy fragment trasy, widoki zapierają dech w piersiach. Zaczynam zbieg do Doliny Tomanowej, cały czas muszę zachować czujność i koncentrację. Kamienie są mokre, chwila nieuwagi i może być po zawodach.  

Dobiegam w końcu do kolejnego punktu kontrolnego mieszczącego się na Hali Ornak. Zajęło mi to 3 godziny i 19 minut, prawie 30 minut przed założonym czasem, jest naprawdę bardzo dobrze. Teraz przede mną, według mnie najgorszy fragment dzisiejszej trasy, muszę mozolnie wdrapywać się na Przełęcz Iwaniacką a następnie na Ornak, jest tak duszno i parno. Masakra. Na całe szczęście na Iwaniackiej czeka na mnie Kasia i zimny browarek. Szybko zmieniam koszulkę  wypijam nektar i pędzę dalej.           

Jest bardzo dobrze, nogi nie bolą, kręgosłup cały, żyć nie umierać. Mozolnie pokonuję kolejne stopnie w drodze na Ornak, w miarę sprawnie idzie mi pokonywanie kolejnych metrów do góry. Jest! Melduję się na Grani. Uff...

Dobiegam do Siwej Przełęczy, patrzę w stronę Starorobociańskiego Wierchu, kusi mnie swoim widokiem, prezentuje się niesamowicie, niestety nie tym razem. Oglądam się za siebie, z daleka widać ołowiane chmury, z jednej strony jestem zły ale doskonale rozumiem organizatorów, nie mogą sobie pozwolić  na ryzyko, każdy pamięta co wydarzyło się równo rok temu w Tatrach... następnym razem się uda. Odbijam spokojnie w stronę Doliny Chochołowskiej, szybko pokonuję kolejne kilometry, wydłużam krok.

Ale jest zajebiście, doganiam kolejnych zawodników, według założeń to teraz mam z siebie dać wszystko.

Jest super do momentu kiedy nie wbiegam na prostą z pozoru drogę. Jest płasko, ale na ziemi kłębią się powyrywane korzenie porozrzucane kamienie, na chwilę się rozluźniam, planuję już kolejne kilometry, zapominam o koncentracji, zerkam na zegarek i .. jeb. Powiem tak, nieźle rąbnąłem, jestem delikatnie oszołomiony, dwa kolana i łokieć rozpieprzone, rewelacja, ma zajebistość znika szybko.

Wbiegam na punkt kontrolny, od razu zostaję zaprowadzony do punktu medycznego, tracę cenne minuty, ratownicy nie chcą mnie wypuścić bez opatrzneia krwawiących miejsc. Godzę się na obmycie kolan oczyszczenie zadrapań, a czas zapierdziela. Mija kilka chwil i wydostaję się z punktu medycznego, na punkcie żywieniowym w ramach pocieszenia otrzymuję dwie lufy wiśniówki. Będę żył. Pędzę dalej, ale czuję, że moc ze mnie uleciała.

Wbiegam teraz w tłum turystów, biegnę krótki odcinek Doliną Chochołowską i skręcam w Ścieżkę nad Reglami. Zaczyna się robić mega gorąco. Każdy kilometr to walka o utrzymanie tempa i dotarcie do mety. Z każdym kolejnym podejściem tracę siły. Odzwywają się poobijane kolana.

W głowie słyszę głos: byle do Kalatówek, byłe do Kalatówek, i jeszcze te tłumy turystów.

Końcówka to zbieg po kocich łbach. Takie dobicie rozklekotanych "czwórek" - rewelacja  Mam zamiar dobiec spokojnie do mety. Patrząc do przodu brak szans na dogonienie kogokolwiek, na pierwszy rzut oka nie widzę również nikogo za sobą. Nagle z tego letargu wybudza mnie okrzyk turystów: Dawaj on Cię dogania. Odwracam się i widzę zbliżającego się biegacza.

Do upragnionego celu, czytaj mety pozostaje jakieś 400 metrów, nie, teraz nie odpuszczę! Ruszam z kopyta, pędzę ile fabryka dała i finalnie bronię swojej pozycji. Zadowolony wpadam na metę, to już koniec! 

Nagle podchodzi do mnie mała dziewczynka, jak się później okazuje córka biegacza któremu uciekałem w końcówce i z wyrzutem zadaje mi pytanie: Dlaczego wyprzedziłeś mojego Tatusia? Oj, tego jeszcze nie grali.

Reasumując po 8 godzinach i 32 minutach kończę zmagania z tegoroczną trasą Tatra Fest. Osiągnięty rezultat pozwala mi uplasować się na 75 miejscu na 301 zawodników, którzy ukończyli bieg. Czy jestem zadowolony? Bardzo, dałem z siebie wszystko. Dzień po zwaodach nie byłem w stanie chodzić, znaczy się było dobrze . Jestem bardzo szczęśliwy, że w końcu wystartowałem w Tatrach, mam nadzieję, że ten bieg to dopiero początek mojej tatrzańsko-biegowej przygody.

Zdjęcia: Ultalovers, Karol Czajka, KaroKrasinska, Dariusz Bocoń, Natasza Figiel plus własne.

 

Kingrunnera tworzą biegacze. Dodaj swoją relację.

pozostałe relacje