Beskidzka 160 – Salamandra Ultra Trail - 50

SUT-y wycisk

Goleszów, 3.04.2019

Przemek Czuba to lokalny patriota z Górnego Śląska i miłośnik Beskidów, Śląskiego w szczególności. Nie mogło go więc zabraknąć na kolejnej edycji Salamandra Ultra-Trail, zawodów rozgrywanych w ramach cyklu Beskidzka 160 na Raty. Poprosiliśmy go, żeby na tym ciężkim biegu przetestował lekkie buty, a konkretnie nowy model Adidasa – Terrex Agravic.

Te(k)st: Przemysław Czuba

Zdjęcia: Jacek Deneka / Ultralovers

 

Kiedy na początku lutego moje stare terenówki dokonały żywota, propozycja testu nowych adidasów spadła mi jak z nieba i zgodziłem się z radością! Kilka tygodni później wyciągnąłem z pudełka nowe Adidas Terrex Agravic. Buty trafiły do mnie na kilka tygodni przed Salamandra Ultra Trail w Goleszowie. Trzeci rok z rzędu miałem walczyć tam na dystansie 50 km (+/- 2600 m). Bieg odbywa się w ramach cyklu Beskidzka 160 na Raty. Kto mnie zna, ten wie, że jego klimat pochłonął mnie bez reszty. Nie tylko mnie zresztą. Regularnie widuję tam te same twarze. I to zarówno wiosną, jak i na jesiennym Piekle Czantorii. W tym roku znałem chyba połowę ludzi startujących na moim dystansie…

 

Do SUT przygotowywałem się, biegając sporo po lesie. Terrex spisywał się tam świetnie. Zarówno grząskie ścieżki, jak i totalny off-road nie były mu straszne. Po bokach buta znajduje się usztywnienie (ok. 2 cm wysokości), które uniemożliwia wlewanie się wody do środka. Okolice palców są solidnie zabudowane, co skutecznie chroni stopę przed kamieniami lub wystającymi korzeniami. But jest stosunkowo wąski, co może być jego atutem lub wadą w zależności od budowy stopy użytkownika, oraz dynamiczny. Na początku dawało się we znaki to, że Agravic ma ciasne przody, przez co długie wybiegania regularnie kończyłem z pęcherzami na stopach. Na plus należy za to zapisać system wiązania. Płaskie sznurówki dobrze trzymają, a język z pianki EVA zabezpiecza stopę przed uciskiem.

Estetyka? Pierwsze wrażenie bardzo pozytywne. But wyglądał solidnie i ładnie. W oczy rzucał się agresywny bieżnik (dużo elementów o urozmaiconym kształcie), jednak w porównaniu do znanego mi Response Trail był zdecydowanie płytszy. Agravic jest jednak wyraźnie lżejszy (ok. 315 g). Ucieszył mnie napis „Continental” na podeszwie. Mieszanka tej firmy świetnie sprawdza się w butach terenowych. Zapewnia dobrą przyczepność na każdym podłożu i słabo się ściera.

Mieszkam na Górnym Śląsku, więc siły biegowej szukam zwykle na kopalnianych hałdach. Tutaj po deszczu nie było już tak różowo. Płytki bieżnik argavików nie dawał rady na stromych zbiegach. Zaliczyłem kilka niekontrolowanych ślizgów. Nie czułem się bezpiecznie. Było to ważne w kontekście zbliżającego się startu w SUT, wiedziałem, że w przypadku deszczu będę zmuszony zabrać w Beskidy moje stare „glebogryzarki”. Prognozy okazały się jednak aż nadto optymistyczne. Zanosiło się na temperatury przekraczające 20 stopni. Przypomniał mi się koszmar z poprzedniego roku. Cierpiałem wtedy okrutnie na nasłonecznionych stokach w okolicy Wisły-Jawornika. Wizja suchych szlaków ostatecznie skłoniła mnie do startu w nowych terenówkach.

 

Start zaplanowano na 8:00. Poranek był bardzo słoneczny. Ruszyliśmy w dobrych humorach. Do 12. kilometra wszystko szło zgodnie z planem. Na tym odcinku było sporo leśnego biegania, dużo cienia, mało podbiegów. Był za to górski strumień, w którym skąpałem buty. Szybko odprowadziły wilgoć na zewnątrz i po kilku minutach odzyskałem pełen komfort. Moje nieszczęście zaczęło się na stromym zbiegu z Ostrego Nydeckiego. Poczułem nieprzyjemne głębokie ukłucie w prawym czworogłowym i od tego momentu nie byłem już w stanie zbiegać bez bólu. Tam, gdzie inni przyspieszali, ja ledwo truchtałem. Zbiegi stały się dla mnie pasmem cierpienia. Gdyby nie fakt, że na trasie wiernie towarzyszył mi kolega Andrzej, prawdopodobnie zrezygnowałbym z walki. Jego motywacja i wsparcie okazały się bezcenne.

Mimo problemów z udem starałem się cały czas notować w pamięci spostrzeżenia na temat butów. Ciekawy był kamienisty zbieg z Czantorii Wielkiej w stronę Soszowa. Pianka boost to świetny wynalazek, ale w agravikach jest jej stosunkowo mało. Siedmiomilimetrowy drop skłania do lądowania na śródstopiu, a tam boosta jest mało. Przy mojej wadze (ok. 80 kg) czasami czułem nierówności terenu pod stopami. Podejrzewam jednak, że im lżejszy biegacz, tym mniejszy będzie dyskomfort.

Zaczęło robić się ciepło, czyli… powtarzał się scenariusz sprzed roku. Piłem sporo, uzupełniałem bidony, jednak to wszystko było za mało. Czułem się coraz gorzej. Zbieg z Soszowa przelał czarę goryczy. Potrzebowałem natychmiastowego schłodzenia. Bezceremonialnie wskoczyłem do potoku płynącego przez Wisłę-Jawornik. Zmoczyłem włosy, uzupełniłem bidony i ruszyłem z powrotem w góry. Podejście było forsowne, ale zniosłem je lepiej niż rok temu. Mimo wysokiej temperatury, stopy nie „gotowały się”. Czułem komfort termiczny pomimo solidnej siatki, z której uszyta jest cholewka. Dziękowałem też w duszy za niską wagę adidasów. Przy takiej ilości wykonanych kroków i tylu metrach w pionie każdy gram zaczyna mieć znaczenie. Następnie czekał nas kilkukilometrowy zbieg do polany w Ustroniu. Cały czas krążyły mi po głowie myśli o rezygnacji. Największą siłę do walki z bólem i zniechęceniem dała mi myśl, by nie zasmucić Oli i Gosi. Moje córki zawsze czekają na pamiątkowe medale, które przywożę z biegów. Nie mogłem ich zawieść!

Odpocząłem kilka minut w cieniu Czantorii, zjadłem smaczne ciasto, zacisnąłem zęby i ruszyłem długim szlakiem ku szczytowi. Podejście nie miało końca. Gdy zobaczyłem górną stację kolejki, zrozumiałem, że jestem już blisko celu. Andrzej czekał na mnie na górze. Po chwili zbiegaliśmy już w stronę Poniwca i Małej Czantorii. Następnie szlak sprowadzał stromo w dół. Zbieg był bardzo długi. Czworogłowy nie dawał mi spokoju. Każdy metr był walką z myślami o rezygnacji. W pewnym momencie usiadłem na środku szlaku. Położyłem się. Nie byłem w stanie dłużej biec. Musiałem choć na chwilę uwolnić się od permanentnego bólu, który towarzyszył mi od skrętu z Małej Czantorii. Chwila odpoczynku i wypity magnez postawiły mnie na nogi. Potruchtaliśmy w dół, ku dolinom.

Tam czekała nas jeszcze jedna przeszkoda. Kamieniołom w Goleszowie. Potężne urwisko piętrzące się w lesie. Dwa lata temu było tutaj mokro i bardzo nieprzyjemnie. Nawet zrzucona przez organizatorów lina nie była w stanie pomóc w pokonaniu ostatniego uskoku. Najadłem się wtedy sporo strachu. Tym razem było o wiele bezpieczniej. Podejście pokonałem dość sprawnie. Zostało ok. 2 km przyjemnego zbiegu. Na metę dotarłem z dużo gorszym czasem niż w poprzednich latach, jednak nie to było najważniejsze. Dystans 50 km uważam konsekwentnie za górski maraton i unikam nazywania siebie ultrasem. Jednak walka, którą odbyłem na tej trasie, zasługuje z pewnością na miano „mojego prywatnego ultra”.

Podczas przygotowań do Salamandry i w trakcie samych zawodów przebiegłem w agravikach w sumie 250 km. Treningi odbywały się przy różnej pogodzie i na urozmaiconych nawierzchniach. Zaletami tego modelu są mała waga oraz dynamiczna konstrukcja. Stosunkowo płytki bieżnik nie daje gwarancji bezpiecznego zbiegania w błotnistym i stromym terenie. Amortyzacja jest w tym modelu stosunkowo mała, a stopy cięższych biegaczy mogą dostać w kość na kamienistych szlakach. Podeszwa zniosła pokonany dystans bardzo dobrze. Bieżnik nie zdradza objawów nadmiernego ścierania się. Zaznaczam jednak, że większość kilometrów pokonana była w lesie po stosunkowo miękkich ścieżkach. Cholewka za to nie jest w najlepszym stanie. Niepokoi przetarcie siatki prawego buta na górnej krawędzi w okolicy kostki. Dodatkowo materiał na lewym bucie mechaci się w tym samym miejscu. Niestety ten sam problem pojawia się po bokach cholewki tuż za palcami. W miejscu zginania się buta siatka wyraźnie się przeciera. Obawiam się, że trwałość nie jest najmocniejszą stroną tego modelu.

Z czystym sumieniem mogę polecić agraviki tym, którzy chcą ścigać się na mniej wymagających trasach trailowych (las, polne ścieżki). Nie zabrałbym ich jednak na jesienne biegi górskie w wymagającym terenie.

Buty Adidas Terrex Agravic do testu dostarczył Sklep Biegacza.

Przemysław Czuba

Człowiek o wielu twarzach. Pasjonat gór i wszystkiego, co z nimi związane. Biegacz terenowy, wspinacz sportowy, snowboardzista i fotograf. Posiadacz absurdalnego poczucia humoru.

Kingrunnera tworzą biegacze. Dodaj swoją relację.

pozostałe relacje