Poszukiwanie utraconej radości biegania

Warszawa, 31.10.2018

"Wychodzenie ze strefy komfortu? Musi boleć? Krew, pot i schodzące paznokcie? Plaster i ketonal?

Tutaj biegnę bezboleśnie, w delikatnym upale, który rozgrzewa mięsnie, ale nie wypala mózgu. Oddycham łagodną morską bryzą, nie smogiem. Potężne góry najpierw zapraszają nas do siebie, a potem pchają do morza..."

Magda, Paweł i Tomek razem przebiegli Dalmacija Ultra Trail. Do Chorwacji wybrali się w gronie przyjaciół. O swojej przygodzie napisali osobno - każdej z własnej perspektywy. Trzy punkty widzenia zebrane w całość, idealnie obrazują ich przeżycia podczas Sea DUT53.

Autorzy: Magdalena Mrozowska, Paweł Janik, Tomasz Janik

Zdjęcia: Archiwum Autorów

PAWEŁ (406)

Kolejny punkt na tegorocznej mapie poszukiwania utraconej radości z biegania to Chorwacja. Lecimy z Warszawy w sześć osób – zaprawionych wydeptywaczy asfaltu, szutru, kamieni, piachu i błota. Najpierw Dubrownik i własna wersja Krwawych Godów z „Gry o Tron”, w trakcie których trup ściele się gęsto, ale tym razem wyłącznie z powodu nadmiaru czerwonego wina. Piętno tego wydarzenia odbije się na moim ciele, osłabionym przebytą tydzień wcześniej chorobą, już do końca wyjazdu i nie pozostanie bez wpływu na jego sportowy, a więc zasadniczy, aspekt.

Po ciężkiej nocy i chłodnej kąpieli u stóp wrzynających się ostro w morze murów miasta ruszamy na północ, w stronę Splitu. Biuro zawodów i meta III edycji Dalmacija Ultra Trail, festiwalu biegowego obejmującego dystanse: 21, 53, 103 i 160 km, zlokalizowane jest w miejscowości Omiš. Odbiór pakietów w holu hotelowym. Mała salka konferencyjna z miękką wykładziną na podłodze korzystnie kontrastuje z wielkimi, aż zbyt dobrze znanymi halami expo, pełnymi ciuchów, butów i odżywek, dzięki którym każdy może zostać profesjonalnym biegaczem.

Na 53-kilometrowy Sea DUT (+2326 m) startujemy w sobotę o 9 rano, w momencie kiedy uczestnicy biegu Sky DUT (+6910 m) są już od 19, a Mountain DUT (+4376m) od 9 godzin w trasie. Za 4 godziny wystartuje River DUT (+782 m). Zaczynamy na nadmorskim deptaku Makarskiej, wakacyjnej stolicy Dalmacji, w której o tej porze roku o hałaśliwych turystach przypomina już tylko niemy pomnik pary kroczącej nabrzeżem. Z Makarskiej w górę, do najwyższego punktu na całej trasie – ok. 720 m n.p.m. 300-osobowy peleton szybko dzieli się na grupy, grupy na grupki, w końcu – i tak, poza punktami odżywczymi, pozostanie już do końca – jesteśmy w zasadzie we trójkę: Magda, Tomek i ja. Surowe, kamieniste ścieżki, ubogie - w części zniszczone i opuszczone - zabudowania w górach, gaje oliwkowe, figowce. Ludzie, pomimo faktu, że przebiegamy przez ich nieogrodzone posesje, mili i uśmiechnięci. Na ostatnim postoju, zmęczeni oczekiwaniem, które przez wiele godzin łagodzili miejscowymi napojami energetycznymi, są wręcz entuzjastyczni. Wyśpiewują nazwiska zbliżających się biegaczy, wznoszą okrzyki na cześć innych narodowości, nieproszeni pozują do wspólnych zdjęć.

Do mety dobiegamy po prawie 11 godzinach, z czego ostatnie dwie już ciemną, ale ciepłą nocą. Z góry roztacza się widok na wybrzeże i światła kilku najbliższych miast, które równie dobrze mogłyby być odbiciem rozgwieżdżonego nieba. I przez chwilę można poczuć, że szaleństwo zwane bieganiem daje radość, jaką można czerpać tylko z szaleństwa.

TOMASZ (407)

Chorwacja… sentymentalny powrót 15 lat i 20 kg wstecz, do pierwszych w dorosłym życiu wakacji bez fajek i czasu, gdy lada chwila miał mnie dopaść nowy „nałóg” – bieganie.

Miał być kolejny forsowny wyjazd naszego Klubu Biegacza, spędzony pod znakiem sportowej rywalizacji i poprawiania wyników. Stało się inaczej, koledzy i koleżanki wybrali bardziej atrakcyjny bieg po płaskich jak stół ulicach klimatycznego Magdeburga. Kilkoro serdecznych przyjaciół-buntowników – Magda, Grażyna, dwóch Pawłów i Michał, namówiło mnie, aby skorzystać z opłaconych już pakietów startowych Dalmacija Ultra Trail i wyłamując się klubowej dyscyplinie, spędzić kilka dni wśród „cukierkowych” klimatów Riwiery Makarskiej… a może to ja ich namawiałem?

Było warto. Intensywne zwiedzanie Dubrownika, magiczna noc spędzona w mieście, niczym z serialu Gra o Tron, potem oczyszczająca kąpiel w morzu i podróż do Omiša magistralą adriatycką, wijącą się pomiędzy pięknym wybrzeżem a majestatycznymi górami, po których kamienistych zboczach nazajutrz przyszło nam biec.

Już na starcie poziom endorfin przekraczał u nas dopuszczalne granice, podczas biegu lawinowo rósł – eksperyment z Dalmacija Ultra Trail udowadniał, że nie da się ich przedawkować. Wymarzona pogoda, piękne krajobrazy, doskonała organizacja i atmosfera, a nade wszystko super towarzystwo Magdy i Pawła spowodowały, że za rok muszę tam wrócić… tym bardziej, że mamy zaległą kąpiel w morzu na półmetku w Breli, na którą, nie wiedzieć czemu, tym razem nie daliśmy się z Pawłem namówić naszej rodzynce – syrence.

MAGDA (490)

Wychodzenie ze strefy komfortu? Musi boleć? Krew, pot i schodzące paznokcie? Plaster i ketonal?

Tutaj biegnę bezboleśnie, w delikatnym upale, który rozgrzewa mięsnie, ale nie wypala mózgu. Oddycham łagodną morską bryzą, nie smogiem. Potężne góry najpierw zapraszają nas do siebie, a potem pchają do morza, które kusi, żeby do niego wskoczyć i leżeć w gęstej od soli wodzie. Puste, lazurowe zatoki, marmurowe schodki, biały żwirek, kwaskowate mandarynki i nabrzmiałe sokiem granaty.

Czasami śni mi się, że biegnę, nie dotykając prawie ziemi, lekko tylko odbijając się od niej. Tak się teraz czuję. Nie, nie poprawiła mi się technika. Cudowny świat, który nas otacza, jest z tego snu, więc ja też z niego jestem.

Bardzo się cieszę. Przez cały dzień uśmiech nie schodzi mi z twarzy. Cały czas mówię. Moi niezawodni kompani, bardziej zmęczeni tymi opowieściami niż biegiem, uprzejmie uśmiechają się do zdjęć. Pachnie dziki rozmaryn, tymianek i cząber.

Im później, tym wolniej biegnę. Nie ze zmęczenia, tylko z chęci przedłużenia tego dnia. Zachód słońca najpiękniejszy na całym świecie, różowe gaje oliwne, mili towarzysze, przyjaciele na mecie. Cudowny brak tego niezaspokojonego pragnienia, aby tę piękną chwilę przeżyć najmocniej, jak się da, bo już ją tak przeżywam. I nie mam wrażenia porażki ani zmarnowanego czasu.

Wydaje się, że można tak biec bez końca i nigdy nie będzie się miało dosyć. Nic nie będzie bolało, nikt się nie zmęczy, niczego więcej nie trzeba. Tęsknota nie wiadomo za czym, która na co dzień mi towarzyszy, jest teraz moim przyjacielem, a nie wrogiem. To dzięki niej tutaj jestem.

Kingrunnera tworzą biegacze. Dodaj swoją relację.

pozostałe relacje