Biegacz amator
TRIADA ULTRA ZIMOWA

Nieplanowany przystanek - Krościenko nad Dunajcem

Poznań, 9.01.2019

Etapowa Triada

Nie miałem w planie startowania w tej imprezie. Wiele osób mnie pytało, wiele namawiało (Krzysiek Grzyb), ale stanowczo odmawiałem.

Akurat złożyło się tak, że miałem spotkanie w ramach dołączenia do Salco Garmin Team, więc wybrałem się do Zakopanego. Tam też nie chciałem w tym okresie być! Nie dlatego, że nie lubię tych miejsc, ale nie lubię zimna. Tylko i wyłącznie zimna. Reszta jest śliczna i bajeczna.

Odwiedziłem Dacza Turysty i Biegacza i pojeździłem na nartach z Miśka Witowska. I już miałem wracać do swojego ciepłego łóżka w Poznaniu...

''No ale ze mną się nie napijesz?'' - każdy zna ten tekst z podstaw manipulacji. I tak przez Kamil Hejna znalazłem się w Krościenku nad Dunajcem. Bez internetu, świeżych majtek ani pomysłu na trening. I tak przez śnieg nie było co na siłę rzeźbić, więc zostało tylko robić wybiegania. Więc tak miało zostać.

Sporo znajomych się zebrało, więc kompletnie zapomniałem o biegu. Dopiero chwilę przed zastanawiałem się co trzeba mieć, jak biegniemy itp.

ETAP I

Odcinek 16km był ciut ścięty, gdyż jak wiecie mocno posypało pudrem. Na starcie zrozumiałem, że mam nad niektórym zawodnikami przewagę. Dawno dawno temu wyposażyłem się z Oroc 340 od Inov-8 team. Idealne na śliskie i oblodzone fragmenty. Czułem, że jest mocne i pewne odepchniecie od startu. Ruszyłem na przód nawet komfortowo. Od 1km do 4km zacząłem przebijać się przez śnieg po uda. Sapię, męczę się, tętno rośnie, a za mną peleton cały. Nic nie uciekłem. Oddaje prowadzenie, aby chwilę odpocząć. Faktycznie odpoczywam. Tempo z kilometra na kilometr spada, aż dziewczyny z tyłu krzyczą, aby przyśpieszyć. Jednakże każdy kto przedzierał trasę ma świadomość, że to nie możliwe. Po pokonaniu 7km zaczeliśmy zbiegać. Chociaż trudno to nazwać zbiegiem na początku. Co chwilę wpadaliśmy w zaspę. Pomału próbowałem przechodzić do przodu. Około 10km szarpnąłem aby dogonić Kuba Woźniak. Szybko to nastąpiło, bo zrobił kilka metrów w bok. Wysunąłem się na początek i chciałem jak najszybciej oderwać się. Dogonił mnie Kuba i także nie zamierzał odpuścić. Dokręcał śrubki. Tylko zostaliśmy w dwójkę. Na siłowych i w miarę płaskich odcinkach uciekał, po czym doganiałem go na ostrych zejściach. Na 3km przed metą miał już bezpieczną przewagę. Chociaż jeszcze liczyłem na ostry zbieg i był. Dwa ostatnie kilometry sunąłem poniże 3min/km. Sprawiało mi to ogromną satysfakcję, a adrenalina podskoczyła maksymalnie. Im bliżej zbliżałem się do mety, czułem, że coś jest nie tak. Na mecie okazało się, że Kuba zbieg źle. Wygrałem I Etap.

ETAP II

Odcinek 11km miał być szybki i był. Sporo odcinków płaskich - w sumie to połowa. Przed tym etapem włączyła mi się lampa, aby wygrać cały bieg. Czułem, że 3 etap, będzie taki jak 1, czyli więcej chodzenia niż biegania. Musiałem więc pilnować się na 2 etapie. Tak zrobiłem i dołożyłem kolejne 5 minut przewagi. Ruszyłem od samego początku na odcinku płaskim, aby pewnie wejść w góry w czołówce. Okazało się, że tylko Kuba Woźniak podłapał temat i razem biegliśmy, aż do wierzchołku górki - wymieniając się co jakiś czas na prowadzeniu. Zbieg jednak należał do mnie. To chyba jednak moja domena. Bawiłem się nieźle! Adrenalina znów podskoczyła, a ja skakałem z lewej na prawą stronę unikając przy tym jakieś gałęzi. Pędziłem jakby mnie niedźwiedź gonił. Nie patrzyłem gdzie stawiam stopę tylko leciałem w dół. Fajnie było. Tak, to było fajne! Tylko dość krótko - zaraz zrobiło się wypłaszczenie i Kuba przebiegł koło mnie... Nie utrzymałem się z nim. Systematycznie odbiegał. Ciut jeszcze liczyłem na zbieg, aczkolwiek był już za daleko. W dodatku drugi zbieg trzeba było biec na hamulcu aby nie zahaczyć o kogoś z dublowanych uczestników. Etap 2 na drugim miejscu.

ETAP III

Zacznę od tego, że po 2 etapie dowiedziałem się, że Kuba biegnie maraton, a nie ultra. Więc nie rywalizuje ze mną. Trochę mnie to rozbawiło, bo ja w sumie specjalnie cisnąłem aby nie nadrobił zbyt dużo minut, które stracił na 1 etapie przez mały błąd. Mimo wszystko liczyłem na wspólny bieg, bo jednak mocno kibicowałem aby wygrał dystans maratoński. Jednakże startowaliśmy z innego miejsca przy 3 etapie.

Przewagę nad 2 zawodnikiem w ultra miałem ponad 10 minutową, więc musiałbym bardzo mocno osłabnąć, aby ją stracić. Jednakże jest też opcja taka, żeby musiał Jacek Sobas - Trener Biegania mocno napierać, co też jest możliwe. Nie bardzo kalkulując ruszyłem przed siebie. O dziwo prowadziłem. Tempo było odpowiednie. W sumie to wybieganiowe. Po 3 km zaczeliśmy podbieg, a po ponad 4km powtórkę z 1 etapu. Do 7km brodziłem w śniegu i torowałem szlak. Do tego czasu wszyscy mnie dogonili. Jednakże tym razem starałem się jeszcze w komforcie iść. Do samego szczytu szedłem już za plecami i łapałem oddech. Trochę sobie pogadałem z Sebastian Krosny i razem próbowaliśmy zaatakować ze szczytu. Tutaj się przeliczyliśmy. Warstwa śniegu była tak duża, że nie dało rady puścić się z siłą grawitacji. Dopiero dobiegając do startu maratonu można było chwilę nogą pomachać. Mnie w tym momencie trochę zamuliło. Nawet wiem dlaczego. Nie jadłem i nie piłem zbyt dużo. Przez 2 kilometrowy podbieg do punktu odżywczego starałem się nadrobić kalorie. Na samym punkcie zrobiłem sobie biesiadę pozwalając trójce zawodnikom się wyprzedzić. W stronę powrotną jeszcze dojadałem czekoladę i witałem się z zawodnikami. Wiedziałem, że muszę chwilę spokojnie pobiec teraz. Też nie miałem ciśnienia. Jacka widziałem i było okej.

Mały problem się zrobił gdy dobiegając do wspólnego odcinka z maratonem okazało się, że mamy spory zator. Ścieżka jedno osobowa, zbiegający ultrasi z góry, przed sobą zawodnicy z maratonu, a my na końcu próbujący przecisnąć się gdzieś z boku. Większość zawodników było wyrozumiałych i puszczali nas. Dzięki wielkie. Jeszcze nie wiem w którym momencie, ale Jacek zaczął uciekać, albo ja zwalniać. Zacząłem kalkulować. Musiałby 1 minutę na kilometr nadrabiać - raczej niemożliwe. Więc napierałem w swoim tempie. Spokojnie w tlenie, aczkolwiek już zmęczony. Co chwilę mnie kusiło, aby mocniej biec, bo gdzieś mi zniknął z zasięgu wzroku Jacek.

Na moje szczęście zaczął się zbieg. Trasa było dobrze wydeptana, więc mogłem żwawo zbiec. Nie było to jakieś zabójcze tempo, aczkolwiek na tą trasę w sam raz. Na zbiegu zauważyłem Jacka więc odetchnąłem. Dobiegłem na 2 miejscu ten etap.

Całość wygrałem z dużą przewagą. Dużo mocnych zawodników przyjechało na te zawody, ale mam wrażenie, że raczej nie spinali się. Raczej czuje, że była to dla nich pewnego rodzaju przygoda i integracja. Taki już okres mamy.

Ja także dobrze się bawiłem podczas tego biegu. Trzy biegi w 2 dni dają możliwość integracji, wzajemnego wsparcia oraz nawiązania nowych kontaktów. Ja tak tełż po części miałem. W sumie to zaliczyłem dwie triady - biegową i integracyjną.

A poniżej kilka smaczków zdjęciowych dla mojego narcystycznego charakteru.

No to pierwsze zwycięstwo w 2019 roku dla Salco Garmin Team jest!

Kingrunnera tworzą biegacze. Dodaj swoją relację.

pozostałe relacje