Biegacz amator
Ślężański Festiwal Biegowy - Maraton

Maratoński debiut, czyli co dwie Ślęże to nie jedna.

Wrocław, 3.10.2019

42 km to jeden z kilku propozycji, jaką oferują nam organizatorzy Ślężańskiego Festiwalu Biegowego. Postanowiłam spróbować swoich sił na tym dystansie po raz pierwszy. 

I tak konsekwentnie starałam się realizować swój plan roczny, uczestnicząc w kilku półmaratonach górskich. Po raz pierwszy udało mi się pokonać ten dystans w maju w Jedlinie Zdrój. W lipcu stanęłam na starcie Złotego Półmaratonu na DFBG, by z początkiem września wziąć udział w Festiwalu Biegów Górskich w Krynicy, dobiegając do mety w najbardziej komercyjnym z półmaratonów górskich - Runek Run.

Dwukrotnie dłuższy dystans zaplanowałam pokonać niejako “u siebie”, w podwrocławskiej Sobótce.

Pomysł bardzo ambitny, biorąc pod uwagę fakt, że jeszcze rok temu na tym samym Festiwalu startowałam na dystansie 10 km.

Zdrowy rozsądek nakazywałby udział w kolejnym półmaratonie. Dodam, że dwa tygodnie wcześniej 15 września, z wynikiem o pół godziny lepszym niż w roku ubiegłym, ukończyłam Maraton Wrocławski.

Kosztowało mnie to zapaleniem rozcięgna podeszwowego i naciągniętymi więzadłami.

Nie zraziłam się przeciążeniem i we współpracy z moim wspaniałym fizjoterapeutą, który w mgnieniu oka postawił mnie na nogi, 28 września 2019 o godzinie 10:00 stanęłam na starcie mojego pierwszego maratonu górskiego.

Jeszcze kilka słów zamienionych przed startem ze znajomymi z KB Sobótka. Wspaniali ludzie, którzy pokazali mi piękno Masywu Ślęży od strony zupełnie mi nieznanej.  

Z Przełęczy pod Wieżycą, gdzie rozpoczynali swoje zawody zarówno startujący na 10 km, jak i na 22 km oraz 42 km, ruszyliśmy czarnym szlakiem do Drogi Piotra Włosta, by około 3 km wejść na szlak niebieski, prowadzący na sam szczyt Ślęży.

Szybko opracowuję strategię. Ważne, by już od pierwszych metrów próbować wyjść na sam początek całej stawki, bo im bliżej ostrego podejścia na Ślężę, tym trudniej jest się przedrzeć i wyprzedzić resztę zawodników. Podejście daje się we znaki, choć trenowałam tam nieraz, za każdym razem oddech kilkakrotnie się pogłębia. Po około 50 minutach i pokonaniu około 400 m przewyższenia docieram pierwszy raz na szczyt Ślęży.

Kilka łyków wody, owoce i bez zbędnego przeciągania ruszam w dół do Schroniska pod Wieżycą przez ogromny kompleks skalny, tj. Zbójnickie Skały, Olbrzymki i Skalna Perć. Tutaj nie mogę szaleć, zbiegi nigdy nie należały do moich mocnych stron, dodatkowo śliskie po ostatnich deszczach kamienie potęgują strach i obawę o niedawną kontuzję stopy.

Powrót na Drogę Piotra Włosta i już prosta w dół do punktu, gdzie rozpoczynaliśmy bieg. Spoglądam na zegarek - po 11 km jest kilka minut gorzej niż przed rokiem, około 1:30 min. 

Odzywa się stopa, niestety moje najgorsze obawy zamieniły się w rzeczywistość. Kontuzja dała o sobie znać, rozcięgno zaczyna boleć. Mogę zakończyć bieg i dostać medal za ukończenie 10 km, co było najrozsądniejszym rozwiązaniem, lub postawić wszystko na jedną kartę i próbować pokonać resztę dystansu z kontuzją. Spotykam Przemka z KB Sobótka, przybijam piątkę, gratuluję medalu za ukończenie swojego dystansu i żalę się na ból w stopie. Słyszę od niego: “Zwolnij trochę, dalej jest już fajnie płasko..”. Z Przemkiem mieliśmy razem pokonać ten dystans, niestety jego kontuzja okazała się dużo poważniejsza i musiał zweryfikować swoje plany.

Decyzja zapadła. Biegnę do końca. To mój najważniejszy start w tym sezonie, chciałam tym samym udowodnić sobie i innym, że stać mnie na walkę na dłuższych dystansach, że jestem mocna i konsekwentnie dążę do celu. Nie mogę się teraz poddać. Niewielka pętelka wokół Schroniska, znana mi choćby z ostatniego biegu Św. Anny, tym razem zmierzała w stronę czarnego szlaku, który prowadził do okolic Przełęczy Tąpadła – Sady, 21 km gdzie zlokalizowany był trzeci z kolei punkt żywieniowy. W trakcie tego 10-cio kilometrowego odcinka wiodącego czarnym szlakiem, znany mi doskonale z jednego z pierwszych moich treningów z KB Sobótka - płaski, przyjemny, pozwalający rozwinąć odpowiednią prędkość i nadrobić stracone na podejściu na Ślężę cenne minuty, tym razem był dla mnie drogą przez mękę. Paradoksalnie dla mojej stopy, która już dość poważnie ograniczała mi możliwości szybszego pokonania tego odcinka i powodowała ogromny ból od spodu, taki rozdzierający impuls przechodzący od zewnętrznej krawędzi stopu, przez więzadła po łydki aż do kolan, bieg po płaskim był najgorszym z możliwych. Udało mi się jednak nie stracić zbyt wiele czasu, wyprzedzając nawet kilku zawodników, których łapały pierwsze skurcze.

Cudownie było usłyszeć męża w telefonie, który zapowiedział że przyjedzie na metę razem z chłopakami, tak bym miała dodatkowy cel ukończenia tego biegu. Te słowa dodały mi wiary i pewności w powodzenie tego biegu. Nic nie działa bardziej mobilizująco niż głos bliskich.

Dobiegłam do wspomnianego punktu żywnościowego w Sadach. Woda, trochę coli, pomarańcze i ciastka, wszystko na wyciągnięcie ręki. Kilka minut odpoczynku, niewielkie rozciąganie i w dalszą drogę, prowadzącą do Rozdroża Bialskiego. W trasie byłam już trzecią godzinę, absolutny rekord długości pokonanej trasy w górach. Dotyczy to również treningów. Ten odcinek był mi najmniej znany, trochę obawiałam się co może mnie spotkać, jakie będą warunki w tym terenie i czy oznakowanie będzie czytelne. Wiele słyszałam przed startem o problemie Ultrasów z lokalizacją w terenie, o złym oznaczeniu trasy, jak się później okazało kilku zawodników zwyczajnie się pogubiło, skracając nieopatrznie dystans. Co do oznaczenia trasy 42 km to nie mogę mieć żadnych uwag, wszystko było bardzo czytelne i dobrze zorganizowane. 

Dobiegam do Skalnej, co oznacza koniec płaskiej trasy. Mogę teraz popracować mięśniami czworogłowymi, odciążając bolącą stopę. Jestem na około 28 kilometrze, ponad 3h i 30min biegu, nogi zdecydowanie mają dość ostrego podejścia, mięśnie pieką niemiłosiernie, zapasy energii również się wyczerpują. Na szczycie Skalnej widoki cudowne, wielu przystaje choć na chwilę podziwiać widoki, zrobić kilka ujęć, odetchnąć pełną piersią. 

Zbieg, a właściwie ostrożny spacer w dół i kieruję się prosto do Przełęczy Tąpadła, znanej mi doskonale z wypadów z dziećmi na szczyt Ślęży. 

Przede mną czwarty punkt żywieniowy, tuż przy początku drogi okalającej szczyt Raduni. 31 km, pozostało jedynie 10 km do mety. Stopa nie daje się już we znaki, wygląda na to że wspinaczka na Skalną trochę złagodziła ból. Przed punktem witają słowami “Nie nażerać się!, za 3 kilometry będziecie tędy wracać” Proszę o napełnienie wodą bukłaka, jednak wyciągam rękę po kilka ciastek i wyruszam w dalszą drogę wokół Raduni.

Widoki są tutaj niesamowite, niezmiennie. Wyprzedzam kilku zawodników i szybko zbiegam mijając ten sam punkt w stronę czarnego szlaku wzdłuż Traktu Bolka do Rozdroża Sulistrowickiego i dalej do szlaku czerwonego, który ma nas zaprowadzić drugi raz przez Ślężę do mety. Ciężka, kamienista droga to najgorsze co może mnie teraz spotkać, na szczęście nie trwa długo. 36 km i przede mną po lewej stronie otwiera się dość strome podejście czerwonym szlakiem na Ślężę. Idę krok w krok z Ultrasem, podziwiam go za walkę, niespełna 80 km w nogach, pokonuje trasę dwukrotnie dłuższą tym samym tempem co ja. Jest niesamowity. Spotykam wielu turystów, obiecują że podejście lada moment się kończy, że już niewiele zostało do pokonania. Myślę o moich chłopakach, którzy są już pewnie na mecie, w oczekiwaniu na mamę.

Po raz drugi na szczyt wbiegam po około 5h i 55min, ostatni punkt żywieniowy, kilka łyków coli, ciastko i zbieram się w dół do mety. Dziewczyna upewnia się czy znam trasę do mety i powtarza mimo wszystko “Czerwonym w dół i dalej czarnym do końca, powodzenia.”

Zbieg, kamienisty najgorszy z możliwych pokonuję w pół godziny, mijając po drodze dwóch Ultrasów, ucinam miłą pogawędkę oceniając trasę jako wymagającą, deklaruję chęć powrotu za rok.

Widzę w oddali oznaczenie skrętu w lewo na czarny szlak do mety i ostatecznie z czasem 6:33:27, zajmująć 4 miejsce w K30 (brakło jak się później okazało 2 minut do podium) dobiegam do mety przybijając piątki moim chłopakom. Widzę też Michała z KB Sobótka, dziękuję za wspaniałą organizację i odbieram swój upragniony medal.

Teraz przyszedł czas na roztrenowanie i leczenie kontuzji, tak by już w listopadzie znów spotkać się na szlakach Masywu Ślęży z biegaczami, rozpoczynającymi przygotowania do kolejnego sezonu startowego.

Dzięki wielkie za ogrom pracy włożony w organizację tego Festiwalu. Cieszę się, że mogłam być częścią tej wspaniałej imprezy.

Kingrunnera tworzą biegacze. Dodaj swoją relację.

pozostałe relacje