Biegacz amator
Łemkowyna Ultra-Trail® 70

Łemkowyna 70 w wiosennym wydaniu

Kielce, 19.05.2021

Krótka historia o złych miłego początkach oraz o tym jak ważne w biegach ultra jest planowanie.

O mnie

Choć biegam już od 9 lat, Lemko 70 był dopiero moim trzecim poważniejszym startem w biegach ultra. Dotychczas brałem udział w dwóch edycjach Chudego, raz na +80 i raz na +50. Pozostałe starty to głównie imprezy organizowane w bliższych i dalszych okolicach Kielc, skąd pochodzę, a które miały zazwyczaj formułę marszowo-biegową. Startów w maratonach po płaskim nie liczę. Jeśli chodzi o wyniki to plasowałem się zazwyczas w górnej połowie ale też daleko od podium.

Przed startem...

W piątek po zakończeniu pracy, wsiadłem w samochód i udałem się na południe w stronę Chyrowej. Podróż nie napawała optymizmem, ponieważ na trasie dwa razy złapały mnie dwie ulewy a wiele naczytałem się i nasłuchałem o mitycznym błocie na trasie Lemko. Do tego dochodził sam dojazd, ktróry, powiedzmy uczciwie, jest słaby. Kręte i wąskie drogi, piątkowe natężenie ruchu i ulewny deszcz nie ułatwiały dojazdu.

Szczęśliwie dotarłem do Chyrowej i od razu udałem się do biura zawodów, które znajdowało się przy stoku narciarskim. Ogólne wrażenie było hmm.. przygnębiające. Siąpił drobny deszcz, wokół szaro i ponuro, otoczenie stoku też nie za ciekawe. W samym biurze było dość nerwowo, widać było że nadal obowiązujące obostrzenia wszystkich irytują, szczególnie orgów, którzy chcąc nie chcąc muszą ich przestrzegać. Trochę zacząłem się niepokoić gdy wydający pakiet nie byli w stanie mi powiedzieć czy worek z rzeczami na metę mam przynieść tutaj, czy na start. Na stwierdzenie/żart żebym przyszedł tu i tu, najwyżej się rogrzeje przed startem blado się uśmiechnąłem. Sam pakiet był dosyć ubogi (materiałowa siatka z logo, naklejka z logo, ulotki). 

Z mieszanymi uczuciami wsiadłem w samochód i pojechałem na kwaterę, która mieściła się w pensjonacie Pod Hyrową. Jeszcze wtedy nie wiedziałem jakie to wspaniałe miejsce...

Po dotarciu miałem chwilę na rozpoakowanie i o 19-tej, głodny jak wilk udałem się na kolację. Nie dało jej się przejeść, dostałem najpierw pomidorówkę, potem potężny talerz pierogów ruskich a na dopchanie dwa kawałki szarlotki popijane kompotem. Uff... obawiałem się czy tak obfity posiłek nie zaszkodzi mi na trasie ale na szczęście tak się nie stało. W czasie posiłku ponownie mocno lunęło:(

Resztę wieczoru postanowiłem po prostu przespać co okazało się poźniej jednym z lepszych pomysłów podczas tego startu. 11 godzin snu przed zawodami to była miła odmiana od startów w środku nocy lub nad ranem. Zresztą sam start zaplanowany na godzinę 9 moim skromnym zdaniem to niegłupi pomysł, można się spokojnie wyspać i przygotować bez pośpiechu i nerwów. 

Dzień startu

Rano, maszerując na start, odziwo stwierdziłem, że nie jest tak mokro jak się można było spodziewać po opadach poprzedniego dnia. Po drodzę dowiedziałem się od innych uczestników, że rzeczy na metę oddaje się na miejscu startu. Na sam widok miejsca startu oniemiałem...

Wtedy pomyślałem też, że po to się m. in. startuje, żeby odnajdywać takie miejsca, cieszyć nimi oczy i serce, być wśród ludzi, którzy czują podobnie...

Sam start odbył się sprawnie, po zdaniu rzeczy na metę wystarczyło czekać na swoją kolej czyli w moim przypadku 9:08. Startowało się po 4 osoby co 30 sekund, orgi skrupulatnie przestrzegali obostrzeń i np przed wpuszczeniem do strefy startu należało założyć maseczkę. Później oczywiście można było ją zdjąć.

Podczas Łemko postanowiłem pobiec trochę inaczej niż dotychczas. Do tej pory tempo dobierałem "na czuja" (zły pomysł) lub pod znajomego, który miał podobny poziom (bardzo zły pomysł). Za każdym razem kończyło się to odcinką ok. 20 km. przed metą i potężnym kryzysem. O ile inny potrafią się podnosić po nawet kilku kryzysach, u mnie jest jeden - ostateczny, po którym jest już "wleczone". Tym razem spóbowałem biec zgodnie z tempem wyznaczonym przez apkę w Garminie. I to właśnie okazało się podstawą mojego małego sukcesu. Ale o tym później.

Zgodnie z założeniami zacząłem bardzo wolno od początku dużo podchodząc, speccjalnie się zatrzymywałem żeby robić zdjęcia pięknych zresztą widoków.

 

  

Następnie zaliczyłem opad szczęki na widok pustelni Św. Jana z Dukli.

Na tym odcinku pamiętam jeszcze intensywny zapach, który potem okazał się zapachem dziko rosnącego czosnku. Było go mnóstwo w ololicy Cergowej. Na górze zameldowałem sie z czasem 1:30, czyli zgodnie z planem i ruszyłem w stronę Iwonicza. Zbieg z Cergowej był początkowo wyjątkowo stromy, na szczęście było zaskakująco sucho, zważywszy na wczorajszy deszcz.

Sama trasa do Iwonicza jest mocno biegowa, cały czas po asfalcie i z niewielkimi podbiegami. Po drodze jest urocze miasteczko Lubatowa gdzie niestety był pierwszy DNF tego dnia;)

Na punkcie w Iwoniczu, zresztą jak na innych, zachowywany był reżim sanitarny czyli dezynfekcja rąk i maseczka co początkowo było irytujące, ale potem zrozumiałem, że lepsza imreza z obostrzeniami niż żadna. Szybkie tankowanie, bieg przez centrum Iwonicza, przy brawach i dopingu dużej grupy turystów i dalej przez dwa wzniesienia w stronę Rymanowa. Tutaj miałem ok 4 minut obsuwy względem planu ale i tak się cieszyłem bo tempo było w miarę stałe. Po paru kilometrach płaskiego zaczęło się podejście pod Wołtuszową. Przed szczytem najpierw magiczne cerkwisko,

a nstępnie, po ostrym ale krótkim podejściu, wesoła ekipa kibicująca chyba najgłośniej na całej trasie. Wyraźnie zadowolona częstowała piwem z małych kubeczków. Po zbiegu zaczął się długi odcinek asfaltowy, najpierw dół a potem w górę w stronę punktu w Puławach. Na miejscu zapomniłem kompletnie żeby spróbować zupy dyniowej, ponieważ najpierw zauważyłem gorzką herbatę a następnie wygazowaną colę i już na nic nie zwracałem uwagi poza dzbankiem z czarnym napojem. Spełniłem trzy kubki pijąc zdrowie kolejno orgów, uczestników i mieszkańców łemkowszczyzny. Po opuszczeniu punktu spodziewałem się cieżkiego podejścia pod Zrubań ale okazało się, że nie taki diabeł straszny jak go malują i sporo podbiegając, sprawnie wdrapałem się na szczyt. W tzw. międzyczasie mogłem obserwować zawodniczkę, która finalnie zajęła drugie miejsce w klasyfikacji kobiet. Swoboda w jaki sposób mnie wyprzedziła, ta elegancja ruchów... byłem zauroczony i zdołowany ile jeszcze człowiekowi brakuje do takiego biegania.

Następnie trasa zrobiła się bardzo przyjemna, Łemkowyna wiodła mnie przez majestatyczny las bukowy a szlak wił się miedzy drzewami krótkimi podbiegami i zbiegami. Po ostrzejszym podejściu przez odsłonięty teren dotarłem do szczytu z anteną i droga biegnąc ostro w dół do punktu w Przybyszowie. Tam uzupełniłem softflaski, wypiłem dużo coli (jeden kubek jakimś cudem wylałem na siebie) i ruszyłem na ostatni etap przygody z Beskidem Niskim.

I wtedy właśnie nastąpił kryzys. Klasycznie i ostatecznie. Nie było już siły żeby przyśpieszyć, każde małe czy duże wzniesienie podchodziłem. Po prostu zabrakło już prądu. Najbardziej mi szkoda było okolic Wahalowskiego Wierchu gdzie w normalnych okolicznościach możnaby urwać kilka minut ale wtedy było mnie stać na marny marszobieg. Na szczęście później był już tylko zbieg do Komańczy i grawitacja zrobiła swoje ale już na niemiłosiernie długim chodniku w Komańczy znowu trzebabyło tańczyć "chodzonego". Ostaecznie udało mi się dotrzeć na metę z czasem 08:18. Na miejscu po kolejnej już tego dnia dezynfekcji, otrzymałem upragniony różowy dzwonek. Po dojściu do siebie odebrałem swoje rzeczy zaraz potem raczyłem się pysznym jedzeniem i zimnym piwkiem. Tak, to był dobry dzień.

Podsumowanie

W tegorocznej edycji wiosennej, na dystansie 70 km. wzięlo udział i ukończyło ok. 160 osób. Wśród szczęśliwców, którzy dotarli do mety zająłem 30 miejsce. I uznaje ten wynik za duży sukces. W porównaniu z Chudym +80 gdzie miałem czas 12:30 to jest naprawdę duży progres i dobry prognostyk na przyszłość. Szczególnie jestem zadowolony, że udało mi się zachować siły prawie do samego końca bo zawsze miałem z tym problem. Planowanie biegu a potem rzetelna realizacja tego planu to jeden z fundamentów sukcesu szczególnie w biegach ultra. Co ciekawe nie zwracałem wcale uwagi na inne parametry takie jak średnie tempo biegu, dystans do mety czy aktualne tętno bo bardzo często te informacje albo mnie podkręcały albo deprymowały. Tym razem skupiłem się wyłącznie na czasie w określonych punktach i na wykresie wysokościowym trasy (żeby wiedzieć ile i jakie jeszcze mnie czekają podejścia). Dzięki temu udało mi się w miarę dobrze gospodarować siłami. Poza tym na trasie nie było żadnych akcji żołądkowych co też miało niebagatelne znaczenie. Na pewno nie zawiódł sprzęt, szczegółnie muszę pochwalić buty: Adidas Response Trail. Buty kupione za śmieszne pieniądze pięknie dały radę na Łemkowynie a wcześniej na śniegu w Gorcach. I ostatnia rzecz możliwość porządnego wyspania się przed startem i sam start o 9:00 a nie o np 3:00.

Sama impreza była ogólnie bardzo dobrze zorganizowana wziąwszy pod uwagę wszystkie utrudnienia covidowe. Wydawanie pakietów, organizacja startu i mety, punkty na trasie, wszystko działało sprawnie, niczego nie brakowało. A przecież widziałem tylko połowę, był przecież jeszcze odcinek Krynica-Chyrowa. Trasa oznakowana mega. Jak sobie pomyśleć ile pracy trzeba było włożyć w rozwieszenie a potem sprząnięcie oznaczeń... wielki szacun dla organizatorów. Szukając na siłę minusów to może tylko tyle, że izo na punktach było średnie, to opinia kilku osób, ale to w żaden sposób nie uchybia całokształtowi. Wielkie dzięki!

Zakończenie

 To był bardzo udany weekend! Do fajnego i udanego startu śmiało mogę dorzucić sporo ciepłych wspomnień miejsc i ludzi. Na pewno pensjonat Pod Hyrową, jego wspaniałego gospodzarza, niezykle miłego i charyzmatycznego człowieka, górę Cergową, która jakby na przekór naturze, wyglądem chciała odciąć się od otaczającego ją krajobrazu, bukowe lasy Beskidu do złudzenia przypominające te świętokrzyskie. Oprócz tego chłopaków z Leszna, którzy przewieźli mnie z Komańczy do Chyrowej i przez to nie musiałem czekać na autobus czy widok tamtejszych wzgórz całych w świeżej wiosennej zieleni, z białymi od kwiatów drzewami owocowymi i pasącymi się stadami owiec i krów...

 

Kingrunnera tworzą biegacze. Dodaj swoją relację.

pozostałe relacje