Biegacz amator
Łemkowyna Ultra-Trail® 150

Łemko 150. 150 małych śmierci. Cz II - kilometry bolesne

Milanówek, 27.10.2019

Przekroczenie linii startu, może być aktem odwagi; ale przekroczenie linii mety jest aktem wiary. To wiara jest tym, co pozwala nam iść dalej, kiedy nic innego na to nie pozwala. Wiara to uczucie, które da ci zwycięstwo nad własną przeszłością, nad demonami w twojej duszy i nad wszystkimi głosami, które mówiły ci co możesz zrobić, a czego nie i kim możesz być, a kim nie.

John Bingham

Puławy Górne - niby eden, ale jakoby kostnica (122km)

Minęła 23. Środek nocy. Duża sala jadalna, wewnątrz której panował osobliwy mix. Skonani ultrasi zalegający przy stołach, drzemiący na nich, w zamyśleniu (a bardziej chyba zawieszeniu świadomości) wpatrujący się w kubki z zupą i powerbanki, do których podpięte były zegarki i telefony. A między nimi uwijający się jak mrówki wolontariusze. Najlepszy był energiczny brodacz, który ilość włosów na głowie miał zrównoważoną, ponieważ obfity zarost na twarzy dobrze korespondował z brakiem włosów na czaszce. Dodatkowo gościowi było chyba mega gorąco, bo latał tam w krótkich spodenkach i t-shircie. Jak tylko wszedłem, zaprosił mnie do stołu, kazał się rozgościć i zapytał czy życzę sobie żurek czy dyniową i czy może ziemniaczek do tego? No baaaa. O tej dyniowej tyle było mówione, że nawet chwili się nie zastanawiałem. Podano do stołu. No, mieli rację. No, była fest zajebista. Kremowa, treściwa, zbalansowana z przewagą pikanterii. Jak sobie przypomnę, to aż mi ślinka cieknie na klawiaturę. Jadłem i lekko rozglądałem się po sali. Atmosfera senna dominowała wśród siedzących. Dwa stoły dalej siedział sobie Piotrek Oleszak. Patrzył sobie w swój aparat, czasem unosił głowę i lekko rozglądał po sali, a ja miałem wrażenie że jestem przeźroczysty. Toczyłem walkę ze sobą czy podejść i poprosić go o zdjęcie typu “portret udręczonego ultrasa”, czy nie wypada. Wstyd zwyciężył i odpuściłem. Zająłem się swoją zupką i myślami, chwilami tylko zezując w jego stronę. Ale nie zauważyłem reakcji. A Piotrek był czujny. On po prostu czekał chwili. I nawet nie wiem kiedy sprawił mi piękną obrazkową niespodziankę. Tylko czemu dodał mi ze 20 lat? ;) 

Tymczasem zobaczyłem, że na stole obok, jeden z zawodników zaległ głową na blacie i śpi. Poczułem, że ja także rozpaczliwie potrzebuję choć chwilowej drzemki. Zapytałem więc brodacza, czy można przykimać na stole, jak tamten gość. Powiedział, że mają osobną salę, żebym zostawił tu swoje graty i podszedł do wolontariuszki “od spania”, która kręciła się w okolicach drzwi do tejże sali. Sam podszedł obudzić tamtego nieszczęśnika. Potrząsnął nim i mówi: “Hej, chciałeś spać 5 minut, a śpisz już 15” A tamtem podniósł ciężko głowę, spojrzał niewidzącymi oczami, wymamrotał: “15? Jeszcze 15 chcę” i padł z powrotem na stół. Grubo. Ja tymczasem zdjąłem zegarek, podłączyłem do powerbanka, wsadziłem do plecaka a ten zaniosłem na ławę stojącą pod ścianą. Było tam zresztą “centrum energetyczne” z wieloma podpiętymi do sieci i pozostawionymi do naszej dyspozycji ładowarkami. Podszedłem do dziewczyny i zaczęliśmy negocjacje. "ile chcesz spać?" / pół godziny / "jest 20 po jedenastej, czyli do północy?" / nie, nie. Poproszę do za dziesięć, to o północy już się zbiorę i wyjdę / "dobra. Jaki masz numer?" / 177 / "no to wpisuję"

 

Wpisała mój numer do tabelkę na kartce powieszonej przy drzwiach i wpuściła mnie do “sypialni”. Było tam ciemno, cicho, na podłodze leżały chyba karimaty (albo takie wojskowe podgumowane materace) a na tych legowiskach przykryte kocami bezwładne toboły. Przy niektórych stały buty, niektórym buty na nogach wystawały spod kocy. Gdzieniegdzie przy tych nogach leżały pasy z numerami startowymi. No zajebisty klimat, coś jak w kostnicy. Kartka z oznaczeniem “pacjenta” wisi sobie u stóp. Brrrr. Wziąłem koc, wybralem opcje “w butach”, owinąłem kocem tak, że tylko stopy (w butach) mi wystawały i zacząłem się trząść. Boże, jak mi się zimno zrobiło. Owijałem się coraz szczelniej, ale niewiele to pomagało. Okazało się jednak, że człowiek w drgawkach i tak może zasnąć. Rozpocząłem z moim snem swoisty taniec typu dwa-na-jeden. Dwie minuty drzemki, minuta świadomości. Co jakiś czas ktoś kładł się obok, ktoś wstawał, ktoś coś mówił półgłosem. Nagle usłyszałem “wstawajcie chłopaki, dwunasta” i goście obok wstali. Podniosłem się i ja i spytałem dziewczyny, czemu nie obudziła mnie 10 minut wcześniej. “A gdzie masz numer? Skąd miałam wiedzieć, że ty to ty?”. No tak. Teraz zrozumiałem po co te prosektoryjne zwyczaje.  Żeby wolo wiedzieli kim jest tobół i czy już go budzić.

Przeniosłem się z powrotem do dużej sali, chyba jeszcze coś przekąsiłem, założyłem zegarek, zatankowałem flaski. Do butelki po wodzie kupionej w Rymanowie zalałem sobie colę. Nigdy nie leję jej do flasków, bo boję się, że przy biegu wzrośnie ciśnienie i flask tego nie wytrzyma. A tu profit - mogłem sobie zabrać colę na trasę. Energiczny Brodacz zapytał czy czegoś jeszcze potrzebuję. Powiedziałem że tak, ale na pewno tego nie mają, bo nie wiem co zrobić z rozwalonymi stopami. Kazał zaczekać i po chwili podszedł do mnie ratownik medyczny. Powiedział, że mogę spróbować wysmarować całe stopy sudocremem, on zadziała osuszająco i ściągająco. Nie odważyłem się jednak zdjąć butów. Teraz myślę, że to był błąd, bo do stracenia nie miałem wtedy nic. Dostałem za to gazę i zaczerpnąłem nią tego sudocremu, po czym naniosłem go na uda. Ogień zapłonął natychmiast przy dotknięciu, mimo, że maść była raczej zimna. “No to mam teraz zdrowo przejebane” pomyślałem. Szkoda mi było stamtąd wychodzić. Szkoda tej dyniowej, na której przepis poluje podobno Modest Amaro. Szkoda tych ziemniaczków. Szkoda tego ciepła. A najbardziej szkoda pożegnania tych życzliwych i wesołych ludzi z ekipy, dzięki którym panowała tam tak świetna atmosfera. Ale jednak ostatecznie zebrałem się i wyszedłem w tą cholerną ciemność.

Puławy(122km) - Wahałowski Wierch (148km). Sleep Monster. 

Po wyjściu najpierw smsy. Oprócz Ani teraz też do Piotrka i Grześka, którzy wcześniej pisali do mnie. To niby taki drobiazg takie smsy i wiadomości, ale bardzo podnoszą na duchu. Zwróciłem też uwagę, że podczas pobytu w Puławach w przedziwny sposób na zegarku przybyło ze 3 albo i więcej kilometrów. Pewnie mądrzy powiedzą, że to normalne, że zegarek w pomieszczeniu będzie szukał GPSa nabijając lewe kilometry. Ale ja wiem, że było inaczej. Że jak spałem, to Brodacz założył mój zegarek i latał wkoło budynku dla hecy ;) 

A u mnie zaczął się powolny mozolny marsz. Coraz trudniejszy. Coraz boleśniejszy. Coraz mniej świadomy. Minuty, które zamieniały się w godziny i metry, które nie chciały zamieniać się w kilometry. Wspomnienia, które nie mają ciągłości. Liczne chwilowe zgony i następujące po nich zmartwychwstania. Zestaw obrazów i sytuacji porozrywanych w linii czasu. A nie. jedno trwało nieprzerwanie. Ten cholerny ból. Stopy mściły się na mnie okrutnie za to co im zafundowałem, a uda zmusiły do przyjęcia stylu chodu a’la Charlie Chaplin. I wcale, ale to wcale nie było mi do śmiechu. Na takim etapie chyba bardziej niż siła, sprawność i wytrenowanie liczą się inne rzeczy, które pozwolą na dotarcie do mety. To determinacja. To ośli upór. To moc dotrzymania słowa danego samemu sobie. To brak miejsca na wątpliwości i mus natychmiastowego wyparcia każdej, nawet najmniejszej myśli o poddaniu się i to naprawdę natychmiast - zanim zagnieździ się w głowie i zacznie tam rosnąć. Na szczęście taki jestem i niełatwo zawrócić mnie z obranego kursu. Tu się to świetnie sprawdziło. To niezaprzeczalny fakt, że takie biegi kończy się nie nogami a głową (choć niektórzy twierdzą także, że żołądkiem).

A wracając do obrazów, to pamiętam:

  • przede mną nie było nikogo. Za mną też nie widziałem żadnego światełka. Noc była niby z pełnią księżyca i rozgwieżdżonym niebem, ale byłem w lesie. W cholernie gęstym lesie. Na wąskiej ścieżce. Poczułem konieczność opróżnienia pęcherza. Nie chciałem schodzić ze ścieżki, więc podszedłem tylko do jej skraju. Ale nie chciałem żeby ktoś mnie tak zastał sikającego. Zgasiłem więc swoją czołówkę, aby z większej odległości dostrzec kogoś ewentualnie nadchodzącego z dołu. I wtedy zapadły egipskie ciemności. Nie wiem co robił ten księżyc i gwiazdy, ale nie widziałem nic na metr. No po prostu nic. Nie mam pojęcia czy ten las był tak gęsty, że stłumił całe światło, czy moje oczy już słabiutko rejestrowały.
  • długie chwile bez świadomości. Idziesz, z przodu widzisz zakręt, mrugasz i patrzysz a ten zakręt jest już daleko z tyłu. Potem przez minutę czy dwie rejestrujesz wszystko, a potem znowu łapiesz się na tym, że odpłynąłeś w niebyt.
  • sleep monster. Albo po polsku: senny potwór (choć lepiej pasowałoby potwór bezsenności). Każdy ma zdaje się inaczej. Większość coś widzi. To, że pniaki czy drzewa nabierają kształtów zwierząt czy postaci to nawet nie dziwi. Ale sleep monster przywołuje u niektórych obrazy, których w ogóle nie ma. Inni z kolei słyszą głosy tak wyraźne, że oglądają się za siebie, żeby sprawdzić kto ich woła. Mój sleep monster nie był tak spektakularny (co może zabrzmi dziwnie - ale tego żałuję - bo liczyłem na “dobry film”). Ja poszedłem w dialog. Gadałem sobie ze znajomym, którego tam nie było. Przez dobrych parę kilometrów, za każdym razem, gdy chciałem spojrzeć na zegarek, prosiłem o to tego znajomego, a on mi odpowiadał. Mimo tego, że wiedziałem, że go tam nie ma. Tak sobie gadaliśmy: no to jak Konrad, ile tam mamy przebiegu (i zerkałem na zegarek, ale nie widziałem wskazania)/ “126 i 200 metrów” odpowiadał Konrad / kurwa, stary, ale Ciebie przecież tu nie ma (stwierdzałem z kolei ja) / “no tak, ale to po co się pytasz?” / Jezu, jaka jazda (i uśmiechałem się do siebie, czasem kręcąc głową z niedowierzaniem). I za pół kilometra (czyli jakieś 10 minut) powtórka z rozrywki. No. I to nie było fajne i wesołe tylko, jakby to ująć, creepy.
  • Wspólne kilometry z Grześkiem Sikorą i jego towarzyszem. Zresztą może to nie były kilometry, tylko metry, ale szliśmy przez jakiś czas razem. Słyszałem też jak towarzysz Grześka zobaczył tabliczkę z oznaczeniem szlaku turystycznego i komentował, że było na niej napisane: Komańcza - 4 godz. I że te oznaczenia czasowe są dla turystów, więc nam to powinno zająć znacznie mniej. No i im zajęło mniej, ale mi ostatecznie około 6 godzin. 20 kilometrów, raczej w dół, zajęło mi 6 godzin. To pewnie przedszkolaki z grupy 3 latków zrobiłyby to sprawniej.
  • Wilcze Budy. Człapię sobie powoli. Cierpię sobie w milczeniu, wpatruję w ścieżkę tuż przed stopami, co jakiś czas tylko lekko unosząc głowę. I nagle widzę z prawej strony płonący znicz. Po chwilowym osłupieniu uznałem, że pewnie jest tam jakiś leśny grób. Przeżegnałem się. Ale po paru chwilach kolejny znicz. No cóż. To Łemkowszczyzna. Teren, który spływał krwią. To i drugi grób nie dziwi. Zaraz kolejny znicz, a po chwili już dwa - po obu stronach dróżki. Nabrałem przekonania, że tam gdzieś musiała być jakaś bitwa i to harcerze na pamiątkę zapalili te znicze. A jak jeszcze dalej zobaczyłem płonące z boku ognisko, no to wiedziałem że to harcerska akcja. A to nie byli harcerze. To był “nieoficjalny” punkt w Wilczych Budach. Mieli kawę, herbatę i podobno coś do zjedzenia. Poprzestałem na kawie. Powiedzieli też, że od nich jest do punktu w Przybyszowie 6 km, a do mety równo 20.
  • Baterie w czołówce mi osłabły i coraz gorzej świeciła. Zatrzymałem się więc, zdjąłem plecak i myślę, czy lepiej wymieniać baterie w mocnej czołówce, czy może wziąć zapasową, która wcale nie jest taka najgorsza. Wybrałem drugie rozwiązanie. Duża czołówka wylądowała w plecaku, zapasowa na głowie. Ruszyłem, ale ledwo minąłem zakręt widzę po lewej wielgachny kamień. Poświeciłem, a to nie kamień, tylko siedzący na skraju drogi, skulony ultras. Podszedłem bliziutko i pytam czy wszystko gra. Zerwał się na równe nogi z okrzykiem: “o kurwa, zasnąłem” i poleciał w dół. Przycupnął sobie tylko na chwilę odsapnąć, a natychmiast zasnął. W innych okolicznościach wydawałoby mi się to dziwne, ale wtedy znakomicie to rozumiałem.
  • Tokarnia. Ze szczytu Tokarni, w pogodny dzień widać nawet panoramę Tatr. No ale ja tam byłem w środku nocy, więc jedyne co widziałem to czerwone migające światła postawionego tam nadajnika sieci komórkowej.Zresztą te światła i widoczna w świetle księżyca kratownica anteny wprowadziły mnie w lekkie osłupienie, przywodząc na myśl skojarzenia z miejscem do kontaktów z pozaziemską cywilizacją. Do punktu w Przybyszowie prowadził stamtąd bardzo sympatyczny zbieg. Dość ostry, ale jeszcze nie stromy, szeroki, odsłonięty, wśród traw i łąk. No tylko, że w moim ówczesnym stanie, nic nie było “sympatyczne”. Złaziłem w dół powolutku, starając się przenieść na kijki jak największą część ciężaru ciała, kroczek za kroczkiem. Parodia. Gdzieś tam z przodu widziałem błyskające na czerwono światełko innego biegacza. W ogóle to wydaje mi się, że ja go dogoniłem na samym początku tego zbiegu (może spał tam na stojąco?), ale jak się zbliżyłem to ruszył i z każdą chwilą coraz bardziej się oddalał. Pewnie dlatego, że on po prostu zbiegał, a ja nie byłem już w stanie.
  • Przybyszów. Ostatni punkt. Ostatnia stacja tej swoistej drogi krzyżowej. Ostatnia kawa, ostatnie tankowanie softflasków. Ostatnie pokrzepiające słowa. Coś tam chyba mieli też do zjedzenia, ale nie pamiętam czy skorzystałem. Przysiadłem tam na chwilę, wypiłem tą kawę i trochę coli po czym z rozmysłem wstałem (dość szybko) i poszedłem dalej (dość powoli).
  • Power bomb. Ten specyfik działa na mnie. Może dlatego, że nie pijam energetyków, a kawę raczej białą. W każdym razie ta mieszanka zabójczych koncentratów o smaku elektrolitu z akumulatora (nigdy nie próbowałem tegoż, ale wyobrażam sobie że właśnie tak smakuje) stawia mnie do pionu. Wiedziałem jednak, że nie mogę go zaaplikować zbyt wcześnie, bo jak ze mnie zejdzie, to padnę na pysk. Wykombinowałem sobie, że wypiję go jak zegarek pokaże 10 km do mety. I tak też zrobiłem. Nie wiem czy to bardziej efekt placebo, czy jednak tej chemii, ale na jakiś czas poczułem, jakby ktoś zalał mi do baku lepsze paliwo. Umysł lekko rozjaśniał, krok zrobił się pewniejszy. Oczywiście ze względu na straszliwe wytwory na stopach i rozorane do krwi uda, o bieganiu nie było już mowy, ale chociaż rękami zacząłem pracować energiczniej i dzięki kijkom przesuwać się sprawniej do przodu. Szczęśliwie to było już statnie podejście. Na Wahałowski Wierch. A potem już tylko z górki. Dodatkowo zaczęło się przejaśniać, a jak wiadomo w dzień wszystko wydaje się łatwiejsze.

Świt na Wahałowskim Wierchu.

Karolina Krawczyk. Julita Chudko. Janek Nyka. Piotr Dymus. Każdy, kto choć trochę liznął najcudniejszej urody fotografii biegowych, kojarzy te nazwiska. To swoisty pantenon polskiej fotografii sportowej. 

I. Oni. Tam. Byli. Wszyscy. 

Julity nie pamiętam. Musiała być gdzieś schowana. A to Ona zrobiła mi najwięcej zdjęć (i mam nadzieję, że pozostali nie przeczytają tego, ale te ze mną, to wlaśnie od Julity są najpiękniejsze). Widziałem Karolinę -siłę -spokoju jak robiła zdjęcie, zerkała w ekran i robiła kolejne. Mijając ją spytałem jak debil: “to jak, któreś będzie ładne?”. Uśmiechnęła się i odpowiedziała, że któreś na pewno. No i jest.

Potem za zakrętem objawił się Piotrek Dymus. No ale między nami chyba nie ma chemii. Podniósł aparat, spojrzał na mnie przez wizjer i szybko opuścił go i zajął się przeglądaniem zdjęć wcześniej zrobionych. Ale za to kawałek dalej był Janek Nyka. No i uparł się na mnie. Szedł równolegle do mnie, robił kolejne zdjęcia, potem je oglądał sobie, potem podbiegał znowu i znowu robił kolejne. Komentował to, że moment jest idealny, bo właśnie wzeszło słońce. 

No tak. Tak właśnie było. Ponad widocznymi na wschodzie szczytami pojawiła się pomarańczowa kropka-kulka-wreszcie już kula, która strzeliła dookoła siebie płonącymi na niebie promieniami. Można sobie o tym pisać, można długo wpatrywać się w zdjęcia (skądinąd fenomenalne moim zdaniem), ale dopiero zobaczenie tego na własne oczy, wywołuje eksplozję uczuć. Ta chwila, to była pierwsza wielka nagroda za mój trud. Zapomniałem o obecności innych. Nawet o bólu zapomniałem. Czułem, że jestem tam ja, góry, przyroda i kosmos. Dla takich momentów warto żyć i niszczyć swój organizm na pojebanych 150 kilometrowych górskich ultra.

Janek Nyka skończył sesję i zniknął. Potem, już po kilku-kilkunastu dniach doczytałem na fejsie, że tym razem był na Łemko “prywatnie”, a nie na zaproszenie orgów. Sądzę, że łącznie zrobił tam kilkaset zdjęć (jeśli nie liczyć ich nawet w tysiącach). Wrzucił 5 (słownie pięć). W sumie nie mając nic do stracenia, wysłałem mu wiadomość na priv. Odpowiedział szybko, zadał kilka uszczegóławiających pytań i wysłał mi na maila zdjęcia, które znalazł. Jego zdaniem “nie są z kategorii moich najlepszych. Są OK, ale szału nie ma”. No mi się jednak bardzo podobają. A Ty Janku jesteś super gość. Dzięki.

W końcu do mety.

A tymczasem ja czułem już, że nikt ani nic nie odbierze mi osiągnięcia celu. Zegarek pokazywał około 5-6 km. Cóż to jest 5 km? Zwłaszcza, że działały jeszcze opary power-bomby i endorfiny wywołane tym epickim świtem. Działały, działały i przestały działać. I wtedy zrozumiałem, że te 5 km będzie dla mnie jak maraton. Że to nie jest 5 km, tylko ponad 5 tysięcy kroków. A każdy krok palił i rwał. Track w zegarku oprócz pozostałego dystansu, pokazywał mi też szacowaną godzinę dotarcia do mety. Kiedy sprawdzałem ją pierwszy raz (za przepakiem, albo i za Iwoniczem) miała to niby być 3 w nocy. Za Puławami z 3 zrobiła się 6. A teraz już było grubo po 6, a zegarek szacował mnie na jeszcze ponad 2 godziny mordęgi. Wyobrażacie sobie, że 5 km, w dół, z tego około 1,5 km po asfalcie można robić w ponad 2 godziny? Ja do tamtej chwili też sobie nie wyobrażałem. Nie dość, że cierpiałem fizycznie, to jeszcze znowu wróciło ogólne zmęczenie. Nie miałem już w ogóle sił. Mijali mnie kolejni biegacze, którzy - o zgrozo - biegli! A ja iść już prawie nie potrafiłem. Dziwne jednak, że nie deprymowało mnie to. Wiedziałem, że inni są tłem, a ja jestem tam sam ze sobą i sam ze sobą muszę sobie poradzić. Tłumaczyłem sobie, wręcz wmawiałem, że każdy-cholerny-krok-przybliża-mnie-do-mety. Zacząłem wizualizować sobie moment, w którym przekroczę tą magiczną linię, dostanę na szyję wyszarpany krainie Łemków medal a do ręki bluzę finiszera. I że padnę wtedy na kolana, uniosę do góry ramiona i będę płakał wielkimi łzami szczęścia. Pomagało też to, że mimo, że perspektywa 5 km w dwie godziny była przytłaczająca, to jednak dawała kolejne dwie i pół godziny zapasu do limitu. Wyprzedził mnie kolejny ultras, obejrzał i zatrzymał (no, musiałem wyglądać jak z żurnala). Spytał czy czegoś nie potrzebuję. Odpowiedziałem, że mocy, ale raczej w tym mi nie jest w stanie pomóc. A on zaczął grzebać w plecaku i wyciągnął …… power-bombę. Kazał mi zjeść żel (bo niby z cukrem kopie mocniej) i strzelić tego shota. To jest niesamowite. Niby rywalizujemy na trasie, a nieznajomy gość zatrzymuje się po to, żeby tracąc kilka dobrych minut, pomóc innemu zawodnikowi. Dzięki Ci chłopie, kimkolwiek byłeś. Wyprzedził mnie też, regularnie spotykany w pierwszej połowie trasy, tercet z Tomaszowa. Biegli sobie w dół jak sarenki. Ależ im dobrze. Ale po kilku zakrętach patrzę, a oni stoją i grzebią w plecakach. Kiedy do nich doszedłem, spytałem czy wszystko gra. Teraz sobie myślę, że to musiało być śmieszne. Ich było troje, przed chwilą biegli - czyli mieli jeszcze siłę, a ja żywy-trup wlokący się w tempie 25 min./km pytam się czy wszystko w porządku. Agnieszka odparła, że tak, pewnie, po prostu musi przygotować odpowiedni “anturaż” na metę. Kobiety to jednak faktycznie są z innej planety. Przez półtorej doby łazi po górach i krzakach, tapla się w błocie, nie śpi, ale na mecie musi wyglądać elegancko. Po paru chwilach oczywiście znowu mnie minęli. Minęła mnie jeszcze zbiegająca z gracją i dużą prędkością dziewczyna zagrzewająca mnie do boju. “Dawaj, nie poddawaj się, teraz już na pewno ukończysz, spróbuj jeszcze powalczyć”. Wydaje mi się, że widziałem ją na Wahałowskim Wierchu - albo z foto-ekipą, albo z grupą wolo, która szykowała stół na bieg śniadaniowy. Później, w połowie tygodnia, dostałem na messengera wiadomość od nieznanej dziewczyny z kilkoma zdjęciami - właśnie z Wahałowskiego Wierchu o świcie i z tego leśnego zbiegu (który dla mnie niestety był nie zbiegiem a zszedem). Podejrzewam więc, że to właśnie ona. I przyznam, że to jest niesamowita sprawa, kiedy sprawdzasz nową wiadomość na msg, a tam porcja fotek od nieznajomej wraz z ciepłymi słowami. 

Leśna ścieżka w końcu zakończyła się na szutrze a potem asfalcie. Najpierw między budynkami, przy schronisku, ale jeszcze wśród drzew. Po chwili po ulicy, tunelem pod torami kolejowymi i w końcu na główną drogę. Najpierw jakiś kawałek drogi wewnętrznej, potem mały tunelik pod torami kolejowymi i wreszcie główna droga. Stali przy niej wolontariusze asekurujący nas przed wpakowaniem się prosto pod przejeżdżające samochody. Przy okazji dopingowali i nawoływali do podjęcia ostatniego wysiłku. Zegarek pokazywał jeszcze niewiele ponad kilometr. Szacował ten kawałeczek na 25 minut. Po płaskim. Po chodniku. Kilometr. Dwadzieścia pięć minut. Dziś sam w to nie mogę uwierzyć. I pieprzony miał rację. Ten kawałeczek zajął mi właśnie 25 minut. Wyprzedziły mnie tam jeszcze dwie osoby, choć same poruszały się w tempie gąsienicy wspinającej się po łodydze. Kiedy minąłem przedostatni łuk, zobaczyłem odjeżdżający autobus do Krynicy. No super, następny za 4 godziny. I wreszcie ostatni zakręt przy kościele. I już tylko w dół. I już widać metę. Akurat szła obok jakaś babka (chyba z rodziny kogoś, kto już ukończył) i pocieszała mnie - “zobacz, to już, tam skręcasz masz ze sto metrów i koniec. Biegnij, dasz radę”.

Meta (152 km)

I wtedy stał się cud i faktycznie zmusiłem się do biegu. Nooo to znaczy, nazwanie tego czegoś biegiem jest mocno na wyrost, ale przyjmijmy, że choć truchtałem. Za chwilę rozdzwoniły się dzwonki i podniosła wrzawa i z godnością przekroczyłem metę. 

Chciałbym móc teraz barwnie pisać o tej fali wzruszenia, która mną zawładnęła. O tych łzach szczęścia. O tym okrzyku zwycięzcy. Tylko, że nie napiszę, bo tego nie było. Adrenalina puściła, a endorfiny nie wystrzeliły, zatem zamiast wzruszenia spadła na mnie potężna fala skrajnego wyczerpania. Zatrzymałem zegarek. 32 godziny, 22 minuty i 15 sekund. W akcji. Oczywiście że czułem się szczęśliwy i dumny. I ten czerwony dzwonek z równie czerwoną szarfą , który powiesili mi na szyi był dla mnie wtedy wart tyle, ile dla olimpijczyka złoty medal na Igrzyskach. Oddałem trackera, w zamian dostałem szybkie pytanie o rozmiar bluzy, odpowiedziałem “L”, no i dali mi do ręki ten ciuch, który może mieć tylko niewielka garstka ludzi. Potem szybko (na tyle, na ile byłem w stanie) pobrałem swoje worki depozytowe i zaległem przy stoliku w namiocie. Zadzwoniłem do Anulki. Płakała. Mi się wtedy też oczy zaszkliły i głos lekko przyłamał. Siedziało mi w głowie głównie to, że dałem ciała i nie zdążyłem na ten cholerny autobus o 8 i teraz będę tu koczował do 12 i w Krynicy będę u nich bardzo późno. “Daj spokój Kochanie” odpowiadała Ania przez łzy “to nic, nie martw się, jestem z Ciebie tak strasznie dumna, zrobiłeś wielką rzecz”. A ja sam tego jeszcze wtedy tak nie czułem. Potem smsy do Rodziców, żeby już wreszcie po tych dwóch nocach poszli spokojnie spać. I potem ja zasnąłem. Tylko na chwilę położyłem głowę na stole i momentalnie usnąłem.

Przez kolejne dwie godziny budziłem się na chwilę, zmieniałem pozycję (np zamiast siedzieć przy stole, położyłem się na ławce, a potem znowu wróciłem na stół). I zasypiałem i budziłem się. Przy którymś z przebudzeń skojarzyłem, że muszę pilnować autobusu, a że przystanek był z 700 m stamtąd, to lepiej wyjść na niego z pół godziny wcześniej. Nastawiłem więc przypominajkę w telefonie. Przez chwilę zacząłem się rozglądać i usłyszałem uradowane: “oooooo czeeeeeść”. Patrzę, a to dziewczyna, która u nas w Milanówku jest Panią Magister Farmacji i co jakiś czas kupuję u niej różne specyfiki dla całej rodziny. Zaraz przyprowadziła swojego męża, a mnie przedstawiła jako swojego “pacjenta”. Mąż okazał się kolejnym kozakiem, co to UTMB zjada na śniadanie. Pogadaliśmy chwilę i poszli. Jak potem we wtorek, wtoczyłem się do niej do Apteki celem zakupu plastrów na nogi, to uśmiechnęła się szeroko na mój widok i okazało się, że byli z mężem na Ultra Bieszczadzkim w Cisnej no to sobie podjechali do Komańczy.

Podjąłem męską decyzję, że nie mogę w takim stanie pakować się do autokaru i poszedłem się wykąpać i przebrać. Nie wnikając w detale trwało to bardzo długo i było bardzo niekomfortowe. Ale byłem czysty i nieco odświeżony, choć stopy i uda nie przestały doskwierać mi ani odrobinę. Przechodzącemu chłopakowi z obsługi oddałem chip. Na mecie podobno do zjedzenia była jakaś zupka, kaszotto i chyba piwo, ale ja nie skorzystałem z niczego. W ogóle nie miałem ochoty na nic. W sali, do której wróciłem, powoli zbierało się coraz więcej ludzi. Ekipa dobrych śmieszków robiła sobie jaja opowiadając kawały, Krzysiek Gajdziński powoli szykował się do dekoracji, a mój budzik zadzwonił, przypominając, że autobus nie będzie czekał na Jaśnie Pana Marcina. Usłyszałem jeszcze tylko, że ŁUT100 wygrała dziewczyna. Skopała tyłki wszystkim koleżkom i była pierwsza open. Nooo szacun. A ja wyruszyłem na autobus i szedłem chyba jeszcze wolniej niż docierając do mety. Podróży do Krynicy (żeby nie było za szybko, to z racji małej ilości zawodników przejechaliśmy jeszcze przez Krosno) za bardzo nie pamiętam, bo co chwila zasypiałem. W Krynicy Anulka wyjechała mi na przeciw, żebym nie musiał iść na kwaterę, ale autobus zatrzymał się w zatoczce o jakieś 300 m bliżej niż czekała na mnie. A 300 m to było wtedy dla mnie jak półmaraton. Przyjechała z Patrykiem - naszym pierworodnym, który zabrał ode mnie cały szpej, a ona padła mi w ramiona i znowu się trochę wzruszyłem. Potem na kwaterze jeszcze raz, teraz już bardzo porządnie się wykąpałem, okleiłem plastrami, wysmarowałem sudocremem. Leżałem sobie na łóżku, odpoczywałem i czytałem setki komentarzy moich znajomych z naszej grupy Dogoń, pod moim piątkowym postem z linkiem do trackera. Fajnie tak dowiedzieć się, że przez cały weekend było się w centrum zainteresowania i tyle osób śledziło na żywo moje postępy. No a potem poszliśmy zagłosować (Krynica, nie Krynica, Łemko, nie Łemko - obywatelski obowiązek trzeba spełnić) i coś zjeść (mało brakowało a zasnąłbym nad talerzem flaczków). No i wreszcie, po niemal 3 dobach od momentu, kiedy spałem jak człowiek, znowu w piżamce padłem na łóżko. Był dopiero późny wieczór, więc chciałem się zdrzemnąć z 3 godziny i jeszcze wstać. Ha ha ha. Spałem jak zabity do rana.

Dom

Fizycznie dochodziłem do siebie około tygodnia. Ze 4 dni zajęło mi doprowadzenie stóp i ud do stanu umożliwiającego normalne chodzenie. We czwartek przebiegłem spokojną dyszkę. Ciekawe jest to, że moje uszkodzenia były natury skórno-mechanicznej, a nie mięśniowej. W zasadzie nogi (w sensie czwórki, dwójki czy łydki) nie bolały mnie prawie wcale. Widocznie trudność tego biegu dokładnie tak jak mówią nie polega na przewyższeniach czy “techniczności”, ale na długości, no i tych dwóch nockach. Senny chodziłem w zasadzie aż do weekendu. 

No a głowa? O! To coś zupełnie innego. Łemkowyna weszła mi do głowy i nie chce z niej wyjść. Minęły już niemal dwa tygodnie a ona wciąż wraca w snach. Myśli ciągle krążą wokół niej. Bezustannie towarzyszy mi uczucie dokonania czegoś niesamowitego, a jednocześnie wrażenie jakiejś pustki - braku czegoś istotnego. Tęsknię do tych ścieżek, tęsknię do tych pejzaży, tęsknię do tych wschodów i zachodów. Tęsknię do księżyca wśród drzew, gwiazd na ciemnym niebie i słońca nad górami. Tęsknię do migającego gdzieś daleko czerwonego światełka i do adrenaliny na szybkim, niekontrolowanym zbiegu. Tęsknię nawet do tego cholernego błota, do tego przeklętego wichru i do tego przedziwnego otępienia. Myślę, że tak musi czuć się narkoman, który przeżył najwspanialszy high, a teraz chwyta go głód. Nieźle to brzmi: uzależniony od Łemko :D

P.S.

We "wstępniaku" jest mowa o wierze. W tym wypadku moje rozumienie słowa "wiara" to wiara w siebie i we własne możliwości.

Zdjęcia: własne i znajomych; Aneta Borkowska; Julita Chudko; Karolina Krawczyk; Fotografia Piotr Oleszak; Jan Nyka

Kingrunnera tworzą biegacze. Dodaj swoją relację.

pozostałe relacje