Biegacz amator
Łemkowyna Ultra-Trail® 150

Łemko 150. 150 małych śmierci. Cz I - kilometry radosne

Milanówek, 27.10.2019

Dzisiaj, gdy przymknę oczy
Na szarym pamięci tle
Pośród wyblakłych przeźroczy
Zobaczę właśnie Cię
Jesteś moją Łemko, jesteś moją Łemko
Jesteś Łemko z mego snu

Wstęp

Łemkowyna Ultra Trail na koronnym dystansie 150 km budzi w nas skrajne emocje. Jedni się jej boją, inni nie rozumieją, niektórzy traktują treningowo, ale większość po prostu o niej marzy. Wciągnąć na grzbiet bluzę z nadrukiem ŁUT150 finisher to jest coś! Skłamałbym pisząc, że ten bieg był mi obojętny. Od czasu, gdy poznałem trochę świat polskiego ultra, traktowałem Łemko jako jeden z najtrudniejszych biegów w naszym kraju (oczywiście o potworach typu BUT challenge świadomie wspominać nie będę). A że jestem ambitny, to po głowie chodziło mi zmierzenie się z Błotną Bestią. W 2018 wziąłem udział w Maratonie Wigry (który jest organizowany przez tą samą ekipę P. Gajdzińskich) i zachwycił mnie poziom tej cudnej imprezy / kulinarny zwłaszcza ;) /, w pakiecie była dorzucona ulotka z hasłem, które chwyciło mnie za serce: enjoy the MUDness. No po prostu musiałem tego spróbować. Zgłosiłem się na samym początku zapisów, chcąc wykorzystać najniższą cenę, szybko zweryfikowano moje punkty i wylądowałem na liście startowej. Namówiłem jeszcze dwóch kolegów z naszej grupy Dogoń.

Czas płynął, toczyła mnie powoli borelioza (po tych fantastycznych Wigrach, załapał się pasażer na gapę - kleszcz). Forma zjeżdżała. Prawdziwy facet do lekarza nie pójdzie, ale ja się w końcu przełamałem i wdrożyłem szybką kurację. To był przełomowy moment tego roku, bo faktycznie z dnia na dzień wydolność rosła a humor wraz z nią. 

Na koniec czerwca z Kasią zaliczyliśmy Rzeźnika (łatwo nie było, ale się udało - może o tym też jeszcze napiszę?), w połowie wakacji turystyczny Ultramaraton Powstańca, wreszcie na koniec września niezapomniany Maraton Warszawski ze Spartanami (choć z przykrą refleksją -  wstydźcie się Warszawiacy bo z Waszym kibicowaniem jest gorzej niż z moją formą za kleszcza). No i z tegorocznych planów został już tylko deser - Łemko. Stres rósł odwrotnie proporcjonalnie do stanu portfela. No bo okazało się, że w ramach pakietu, to w zasadzie udział w biegu. Ok - jest prawdziwe cudeńko - kamizelka finishera, no ale to tylko dla tych co ukończą (czego wcale pewny nie byłem). Tracker, coby rodzina mogła podglądać na bieżąco czy jeszcze ciągnę - 50 zeta. Powrót z mety na start (kwaterę mieliśmy właśnie tam - czyli w Krynicy) - 50 zeta. Koszulka i buff na pamiątkę (a jak można nie mieć pamiątki z Łemko?) - 2 stówki. Wreszcie większy plecak (mój Salomon 5 uznałem za niewystarczający), dwie naczepy żeli, batonów i innej chemii, itp, itd. Ale porzućmy ten temat, bo podobno dżentelmeni nie rozmawiają o pieniądzach. W ostatnim tygodniu przed startem musiałem sobie przygotować rozpiski z międzyczasami na plan minimum (czyli limit 35 godz) i plan maksimum (czyli 32 i pół godziny). Zrobiłem też zestawienia ciuchów, jedzenia i sprzętu, które ma się znaleźć na starcie, na przepaku i mecie. Sorry, tak już mam, że muszę się solidnie przygotować. Odprawę online też ze 2 razy obejrzałem. Już w poniedziałek usypałem na podłodze w pokoju wielką hałdę, którą podzieliłem wg rozpisek na 3 mniejsze, a te z kolei popakowałem do plecaka i worków. W środę towar do bagażnika, bo we czwartek po pracy startujemy.

Krynica.

Jak zawsze wystartowaliśmy z poślizgiem. Tym razem godzinnym co i tak nie jest najgorszym wynikiem. Lało jak z cebra po drodze, co nie nastrajało mnie pozytywnie, zwłaszcza wobec tego, że deszcz w górach padał od dobrego tygodnia, ale w czwartek już miało powoli schnąć. No a na kąpiele błotne nie miałem jednak wielkiej ochoty (warto tu postawić pytanie - to po grzyba się na Łemko zapisałeś?). Ostatecznie w samej Krynicy już nie padało, a my po dotarciu tam około godz. 22 i przejęciu mieszkania szybko poszliśmy spać. Założenie miałem żeby pospać co najmniej do 10, więc obudziłem się punkt 8 i nie było opcji na więcej. Brzuch już mocno ściśnięty ze strachu. Odsłoniłem okno i z dużą przyjemnością zarejestrowałem widok na Górę Parkową leciutko owianą mgiełką, ale z dużą ilością słońca. Anulka i dzieciaki też się niedługo ogarnęli i poszliśmy zjeść na mieście śniadanie. W międzyczasie odezwał się też Grzesiek, że z powodu pożaru w robocie, w trybie pilnym musi zrezygnować z wyjazdu i jeśli się da, to żebym odebrał jego pakiet. Brzuchy głodne - atakujemy “na miasto”. A tu zonk. Krynica w październiku nieco przypomina cmentarz. Główni spacerowicze to seniorzy. Wszystko pozamykane. Cholera, trzeba było jednak przed snem kupić żarcie w Żabce i zrobić śniadanie samemu. W ramach oszczędzania nóg przed startem, po zrobieniu dobrych 5 km i wybiciu południa, ostatecznie udało się gdzieś zjeść coś na ciepło. Zaleta taka, że było to na deptaku, skąd bliziutko do kolejki na Górę Parkową, z czego skwapliwie skorzystaliśmy. Sama Krynica leży w dolinie, więc widoki z niej bardziej ograniczone, ale z Góry Parkowej wyglądało to już zacnie. Na szczycie kręcili się już ludkowie w bluzach “Bieg Rzeźnika” wraz z dziewczyną i facetem z długimi lufami aparatów i robili sobie sesję. Dziewczyna przywitała się ze mną, co wzbudziło myśli, że warto jednak zainwestować w suplementy poprawiające pamięć, gdyż nie miałem pojęcia skąd możemy się znać. No ale zdjęcia mi nie zrobili :( Zrobiłem więc parę własnoręcznie, nacieszyłem się widokiem gór i ze szczytu na dół zeszliśmy sobie spacerkiem. Fajna ta ścieżka niesłychanie była, więc wyobrażałem sobie jakby się nią super zbiegało (w czym pomagały spotykane co kawałek tabliczki z napisem “Festiwal biegów w Krynicy - trasa”). Potem na kwaterę, konsultacja z Rafałem odnośnie godziny odbioru pakietów, krótki relaks i do biura zawodów. Było wyraźnie powiedziane, że na odbiór trzeba zabrać wyposażenie obowiązkowe, więc zarzuciłem na grzbiet plecak, który był przygotowany już we środę. Doszliśmy pod pijalnię i czekamy na Rafała. Przyszedł z trzema gośćmi, z którymi razem przyjechali i wchodzimy. Nagle Rafał pyta: “a gdzie masz buty?” Jakie buty? “No przecież w wyposażeniu obowiązkowym są buty do biegów górskich”. O fuck, o czymś tak oczywistym jak buty to w ogóle nie pomyślałem. No nic, pożyczy się jakieś. W środku kręcił się osobliwy mix kuracjuszy, którzy przyszli wspomóc swoje siły witalne krynickimi wodami i ultrasów o dzikich spojrzeniach, długich brodach i workach z wyposażeniem pękających w szwach. Odebrałem szybko w sklepiku tracker, koszulkę i buffkę, które sobie sprawiłem, wziąłem pożyczone buty i idę po pakiet. Trafiłem na surową i drobiazgową Panią, która punkt po punkcie odhaczała co mam. Przy rękawiczkach lekko poległem. Szukam i szukam a ich nie ma. Pomyślałem, że może w ostatniej chwili przełożyłem je do worka na przepak, ale to przecież byłoby bez sensu. Wołam Anię i proszę ją, żeby leciała na kwaterę po worek. Pani od pakietów hamuje nas, bo może czegoś jeszcze zabraknie. Mówię cicho do Ani, żeby poszła i pożyczyła od kogoś rękawiczki. Tak zrobiła, a ja w międzyczasie oślepiłem Panią demonstrując sprawność czołówki. Pakiet ostatecznie dostałem, oddałem buty i rękawiczki (potem skojarzyłem, że moje cały czas grzecznie leżały w zapiętej kieszeni bluzy).

Seria fotek, umawiamy się na obiad i z powrotem na kwaterę. Potem szybki obiadek z Rafałem i Michałem (gościem z którym Rafał przyjechał). Okazało się że Michał w zeszłym roku biegł Rzeźnika w parze z Agnieszką, którą dobrze znamy z organizowanych przez nią wypraw biegowych po Kampinosie. Jaki ten świat mały. Michał chce zrobił Łemko poniżej 24godz, a w ogóle to nie kręcą go takie górskie biegi, bo woli asfalt i biegi 12, 24 godzinne itp. A trenuje do Spartathlonu. No i sobie z takim dzikiem obiadek jemy. Obiadek zakończony, umówiliśmy się z Rafałem na odprawę. Na kwaterze ostatnia kontrola i oklejenie worków na przepak i na metę. Specjalnie kupiłem sobie świeże bułeczki, kiełbaskę krakowską i serek, żeby zrobić własne kanapeczki oraz buteleczkę Soplicy orzechowej, żeby świętować na mecie. Bułeczek oczywiście zapomniałem, Soplicy nie (ech, te priorytety). Anulka zasnęła, ja wrzuciłem wory na plecy i wyszedłem w noc. Rafał już czekał, po chwili byliśmy w pijalni. Weszliśmy po schodkach na piętro, tam obok schodów był sklepik, a za nim, za parawanem pomieszczenie w którym odpoczywali ultrasi ze 150 i 100 czekający na swój start. Na parawanie wisiała kartka “Strefa odpoczynku, prosimy o ciszę”, co niezbyt korespondowało z głośną muzyką płynącą z głośników. Zdaliśmy depozyty, zatankowaliśmy po kubeczku krynickiej wody i zasiedliśmy w pierwszym rzędzie. Karolina Krawczyk krążyła z aparatem i cykała foty, starałem się więc wyglądać na tyle elegancko, by przykuć jej uwagę, co oczywiście się nie udało. Krzysiek Gajdziński, który siedział na scenie w blasku reflektorów, na kanapie jakiej nie powstydziłby się Kuba Wojewódzki, zaczął opowiadać o trasie, o punktach, o depozytach, gdzie mamy niebezpieczne miejsca, no słowem o wszystkim co ważne. Najbardziej spodobały mi się dwie informacje. Pierwsza o elektrycznych pastuchach, które konkretnie “kopią” (a jeden będzie w poprzek trasy, bo nie udało się wynegocjować z właścicielem jego demontażu). Druga zaś o błocie. “Błota jak na Łemko jest mało, ale jak na polskie biegi górskie bardzo dużo”. No i git. Odprawa skończona, umówiliśmy się na 23:30 i rozeszliśmy do domów. Naszykowałem sobie mundurek startowy, zalałem flaski i bukłak izotonikami, nastawiłem budzik na 22:30 i spróbowałem zmrużyć oko. Nie było opcji. Muszę przyznać, że północ to dla mnie najgorsza z możliwych godzina startu. Gdyby było wcześniej to byłbym ciut mniej zmęczony minionym dniem, gdyby później to dałbym radę przysnąć. A tak ni chu-chu. Budzik zadzwonił, poszedłem się wykąpać, nasmarować maścią na otarcia i ubrać. O 23 odpaliłem trackera, żeby go jakoś ogarnąć. Potem wrzuciłem dwa posty na fejsa (jeden z linkiem do trackera, drugi z prośbą o dobre myśli - bo wiedziałem jak bardzo będą mi potrzebne). Czas się nagle skurczył i trzeba było w trybie natychmiastowym się zbierać. Ania się obudziła i poszła odprowadzić swojego straceńca na miejsce kaźni. Spotkaliśmy się z Rafałem, poszliśmy na deptak, stanęliśmy na chwilę pod bramą startową zrobić ostatnie zdjęcie i przeszliśmy do strefy oczekiwania do wejścia na start. Każdy przed wejściem musiał pokazać komórkę i dowód. Czasu było jeszcze trochę, a ja poczułem, że chce mi się pić, więc poszedłem do pijalni na wodę. Z tejże pijalni właśnie wylewała się rzeka zawodników, więc miałem spory problem żeby wbić się pod prąd. Udało się w końcu, wskoczyłem na pięterko, wypiłem duszkiem jeden kubek a drugi zatankowałem na drogę. Schodząc w dół minąłem się z dwiema dziewczynami, które miały biec setkę. Jedna z nich mówiła, że podziwia tych ludzi, którzy szarpnęli się na 150, na co tamta odpowiedziała jej, że wielu z nich to pewnie jakieś głupie piwne zakłady. Pomyślałem, że przecież żeby się w ogóle zapisać, to trzeba mieć parę pkt ITRA, więc z tymi zakładami, to jednak nie bardzo. Na placu była Anulka z Rafałem. Przytuliliśmy się z Anią, dostałem buziaka na drogę i poszliśmy. Po sprawnej kontroli byliśmy już w strefie startu pośród innych nam podobnych szaleńców. Nagle ktoś woła: “o cześć chłopaki, chodźcie sobie foto zrobimy”. Uśmiecha się mile dziewczyna, wygląda, że znają się z Rafałem. Pytam dyskretnie kto to, odpowiada że Izka z Pruszkowa. Zrobiliśmy zdjęcie, za płotkiem była też Ania, więc jeszcze jeden buziak. No i nagle odliczanie. Adrenalina aż parowała uszami. Stanąłem dosyć blisko z przodu, mniej więcej tam gdzie Rafał i Iza (choć oni oboje znacznie przewyższają mnie doświadczeniem i możliwościami).

 

Bieg.

Strzał i poszło. Grała muzyka (ale nie pamiętam co to było), na samym starcie mnóstwo wiwatujących kibiców, ale już za zakrętem pusto (no, prawie pusto). Początek asfaltem (więc szybko), ale dosyć ostro pod górę. Po pierwszym kilometrze już miałem dosyć. Myślę sobie, że to ultra i to 150 km, więc pod górkę powinniśmy iść. A tu wszyscy dookoła raźno biegną. Rafał wcale nie zniknął z przodu, Iza też nie bardzo, więc byłem już pewien, że przeszarżowałem z wyborem miejsca startu. No ale nie będę wstydu robił i biegnę jak wszyscy. Te 2-3 km wytrzymam, a potem będzie podejście, to się skończy bieganie. No i tak też było. Raz-dwa-trzy i skręcamy z asfaltu na szlak. I oczywiście pod górę. A ja słabo sobie radzę na podejściach. Męczą mnie i nie potrafię szybko chodzić. Co innego w dół. Potrafię i lubię “się puścić”. No a tu było na razie dłuuuuugo w górę. Pozytywnym zaskoczeniem było jednak to, że dawałem radę. Tramwaj przede mną ciągnął się równiutko i nie powstawała żadna luka. I jak taki tramwaj sobie jedzie w nocy, to na trawersach czołówki dają efekt osobliwego węża. Ależ to jest fantastyczny widok. Początek biegu, więc zmysły jeszcze świeże i wyostrzone. Patrzysz w górę - sznur świetlików, patrzysz za siebie  - jeszcze dłuższy. Taaak. Tu nie liczy się praca, problemy i radości dnia codziennego. Tu liczysz się Ty i góry. I myśli koncentrują się na tym, kto dziś wyjdzie z tego nierównego pojedynku z tarczą a kto skończy na tarczy z oznaczeniem DNF. Chociaż to góry zawsze są górą. Nawet jeśli skończysz, nawet jeśli skończysz w dużo lepszym czasie niż chciałeś, to one sobie spokojnie tam są i się nie przejmują, a Ty cierpisz przez kolejny tydzień.

Ale wróćmy do biegu. Fajnie szło. Nie męczyłem się tak bardzo na tych podejściach, nie były też jakieś mega strome. Można było sobie fajnie napierać. Również kawałki w dół pozwalały puścić nogę, a ilości błota były w zasadzie symboliczne. Długo też nie trwało aż nadarzył się pierwszy dłuższy zbieg, niezbyt wymagający technicznie bo polną drogą. Autentycznie uwielbiam te zbiegi. Kolejne osoby zostają za plecami, oczy skanują drogę przed sobą wyszukując miejsca, w których bezpiecznie można postawić stopę, a mózg przesyła do nóg info o tych miejscach. Lecisz skoncentrowany w dół, a w uszach szumi powietrze. Masno, jakby to młodzież powiedziała. Udało mi się tam przesunać do przodu o naprawdę dużo pozycji. Potem pierwsza miejscowość i dość długi kawałek po asfalcie, gdzie akurat w momencie, w którym do niego dobiegłem przejeżdżały jakieś autobusy, budząc u mnie spory dysonans. No bo środek nocy, jakaś głusza, mieścina w środku gór, a to ciężarówy świecą ślipiami. Asfalt jednak dość szybko się skończył i znowu byliśmy na szlaku. Dwa kolejne podejścia i znowu fajny długi zbieg. Rzut oka na profil trasy, krótka analiza - teraz aż do punktu będzie łagodnie w dół. Uznałem więc, że spróbuję po raz pierwszy w życiu pozbyć się z rąk kijków. We wszystkich wcześniejszych biegach kijki zawsze nosiłem w rękach. Na ostrych, technicznych  zbiegach często się przydawały, żeby złapać dodatkowy punkt podparcia, albo przyhamować. No ale na łagodnych zawsze przeszkadzały. Mam składane Black Diamondy (kiedyś miałem carbonowe DSy, ale nie wytrzymały mojego ciężaru i się połamały przy wywrotce), a w moim funkiel-nówce Salomonie są podobno trzy różne sposoby mocowania kijków. Jeszcze w domu, teoretycznie, ogarnąłem tylko jeden - z tyłu pod plecakiem. Teraz musiałem to ogarnąć także praktycznie. No i patent okazał się zajebisty. Lewą ręką odchylić gumki, przełożyć od dołu przez nie kijki, a potem prawą ręką zrobić to samo z drugiej strony. I już. Można to sprawnie zrobić w pełnym biegu, a co najważniejsze, siedzą stabilnie i nie obijają się o plecy. Z wyciągnięciem ich w razie potrzeby też nie ma żadnego problemu. Świetna sprawa. Puściłem się więc w dół, z wolnymi rękami i po paru chwilach, gdzieś na granicy wzroku ukazał się oświetlony domek - pierwszy punkt. Już sporo wcześniej zorientowałem się, że Rafał, który powinien już dawno zniknąć mi z oczu, jest cały czas obok. Nawet go zapytałem czy wszystko gra. Na punkcie atmosfera jak na straganie w dzień targowy. Chmara biegaczy plącze się między stołami, wśród nich uwijają się wolo i ciągle pytają: “wszystko ok? jak Ci pomóc? na co masz ochotę?” Noooo Panie Janie Kochany, toż to istna Ameryka. Miałem silne postanowienie, żeby tym razem być ogarniętym na punktach, więc po wypiciu herbatki, zatankowaniu softflasków, podlaniu trawki na uboczu i chwyceniu garści suszonych moreli, podszedłem do Rafała i mówię mu, że już ruszam, bo kawałek będę szedł wolno i wysyłał sms’y do Ani. “Dobra, to ja cię zaraz dogonię”. I tyle się widzieliśmy na tym biegu. Jak powiedziałem, tak zrobiłem. Szybko skleciłem wiadomość, przeczytałem te, które w międzyczasie dostałem i pobiegłem dalej. To był chyba najtrudniejszy odcinek. Trzy mocne podejścia i jeden zbieg “na złamanie karku”. Na starcie Kozie Żebro. To była sroga sztajcha - mocno pionowo, a po przełamaniu szczytu, niestety cholernie stromo i nierówno w dół. Tuż za szczytem zauważyłem też, że błyska flesz i wydaje mi się, że widziałem Karolinę Krawczyk jak robiła zdjęcia. W tym miejscu akurat ścieżka urywała się spod nóg, więc to chyba dobrze, że mojego zdjęcia nie udostępniła, bo minę musiałem mieć jak srający kot. W dodatku po chwili nóżki odjechały na błotku i gruchnąłem o ziemię jak wór ziemniaków. Zebrałem się dość szybko, na szczęście nawet za bardzo się nie pokancerowałem. Następne kilkadziesiąt metrów pokonałem metodą: oby-do-najbliższego-drzewa. Potem czekały nas jeszcze dwa ciężkie podejścia, ale przynajmniej z normalnymi zbiegami. Przedzielone to było ciekawym fragmentem trasy, gdzie najpierw szlak szedł lekko pod górę, pod ostrym kątem zbliżając się do ulicy, którą następnie tak jakby wracaliśmy. Ponieważ było jeszcze całkiem ciemno, nie sposób było ocenić szczegóły. Z pewnej odległości czołówki biegaczy na tej ulicy, wyglądały jak światła samochodów wolniutko jadących do przodu. Byłem autentycznie przekonany, że przez to, że przecinamy trasę, spowodowaliśmy korek. Jakoś nie zastanowiło mnie skąd niby o tej porze miało się tam znaleźć tyle aut. Po wejściu na asfalt stało się jasne, że to były nasze światła. Tu z kolei obłędnie wyglądała rzeka (no, może strumień - bo stawka się już mocno rozciągnęła i odległości między ludźmi były spore) światełek na wcześniejszym trawersie pode mną. Na łącę między drogą a szlakiem leżało sobie sporo krówek, których ślepia lekko błyskały do nas. Na końcu odcinka asfaltowego, przed wejściem w las (i oczywiście pod górę) była kontrola numerów startowych. Każdy został spisany przed pójściem dalej. Zbliżałem się powoli do drugiego punktu i czułem się wyjątkowo świeżo (oczywiście na tyle świeżo, na ile można się czuć po zrobieniu w górach dystansu około maratońskiego). Pilnowałem jedzenia (żele i batony jeszcze wchodziły bez zarzutu) i picia (hydrosalt też uzupełniałem na bieżąco), miałem fajne tempo, do punktu był długi i dość łagodny zbieg, więc znowu zyskiwałem pozycje. Kończyła się też pierwsza noc - powolutku brzask przebijał się przez ciemność. Warto może tu dodać, że choć w czasie naszego biegu, księżyc był mniej-więcej w pełni to pierwszej nocy niebo było dosyć zachmurzone i ja ani tegoż księżyca, ani gwiazd nie pamiętam. Truchtałem sobie szeroką stokówką nieco zamyślony i nagle usłyszałem z tyłu: “w lewo”. Usłużnie przesunąłem się w lewo, czekając aż zostanę wyprzedzony. “W lewo” znowu słyszę. Pomyślałem, że może chcą mijać po lewej, ale obejrzałem się. Dwójka biegaczy za mną właśnie skręcała w lewo w las, wołając do mnie, że to tam prowadzi trasa. Niby uważałem na szarfy, więc nie wiem jak to się stało, że przegapiłem skręt. Potem doczytałem w internetach, że którymś miejscu dowcipni inaczej przewiesili część oznaczeń, tak, że prowadziły i w bok i do przodu - może to było właśnie to miejsce? W każdym razie dzięki innym zawodnikom szybko zawróciłem, wbiłem w las, zerknąłem na profil-płasko-a zatem zamocowałem kijki pod plecakiem i już bez przeszkód dobiegłem do kolejnego punktu, wykorzystując fakt, że było w dół. W dodatku w wybornym humorze, bo znowu zarobiłem parę pozycji.

 Wołowiec (42km) - Przepak Chyrowa (82km)

Na punkcie w Wołowcu byłem o wschodzie słońca. Napiłem się gorącej zupki, przegryzłem kartofelkiem. Rafała jeszcze nie było. Swój składany kubek wziąłem w zęby i upychałem flaski do kieszeni gdy usłyszałem z boku perlisty śmiech. Dziewczyna zrobiła mi foto z kubkiem w wyszczerzonych zębach i widocznie efekt ją rozbawił (potem dopatrzyłem się, że to Paulina Bartosińska - Pina). Nie chcąc tracić czasu zebrałem się i tradycyjne smsy postanowiłem wysłać już po drodze. A Rafała ciągle jeszcze nie było, nabrałem więc przekonania, że coś mu się musiało przydażyć niefajnego. Wyciągnąłem telefon i ponieważ nad górami akurat wstało słońce, zrobiłem zdjęcie. Sielskość tego obrazka odrobinkę psuły słupy elektryczne i samochody organizatorów, ale nie można być zbyt wybrednym. Telefon (a w zasadzie sieć) zastrajkował i nie zezwolił na smsa, bo nie było zasięgu. Ponieważ jeszcze przed biegiem wiedziałem, że mogą być takie akcje, umówiłem się z Anią, że w treści wiadomości będę wpisywał godzinę, o której wychodzę z punktu. Zaraz był zakręt i wejście na szlak, stali tam ludzie i powiedzieli mi, że zasięg odzyskam na górce. No i tak też się stało, wyciągnąłem sprawnie telefon (tu znowu pochwała dla Salomona za ergonomiczność - w tym plecaku na piersiach oprócz kieszonek na flaski i otwartych, są dwie wielkie kieszenie zapinane na suwak - po prostu idealne na telefon). Wiadomości wyszły i doszły. Poczytałem sobie i napierałem konsekwentnie dalej. Pojawiało się też coraz więcej sporych sekcji błota. Na tyle sporych, że nie dało się ich nijak minąć bokiem. Trzeba było wykorzystując kijki, ciut bardziej suche pacyny i leżące w błocie gałęzie jakoś je przekraczać. Oczywiście mimo tych starań co chwila z towarzyszącym odgłosem pluśnięcia lub zassania but po same sznurówki zanurzał się w tym bagnie. No, ale od początku wiedziałem na co się piszę, więc do oczyszczenia butów wykorzystywałem z kolei dość regularne strumienie, które pokonywaliśmy.

I to w sumie nawet całkiem fajne było. Takie niecodzienne atrakcje. Ponieważ było już całkiem jasno, to powoli pojawiały się widoczki-pocztówki. Ja - chłopak z nizin nie mam ich na codzień. Raczę się więc tym pofałdowanym terenem. Placuszkami różnokolorowych łąk i pól. Porośniętymi drzewami zboczami, które (zwłaszcza teraz jesienią) mienią się wieloraką feerią barw. Kolejnymi rzędami gór i pasm, które wyłaniają się jedne zza drugich. Wioskami w dolinach, z domkami malutkimi jak na makiecie kolejowej. Zawsze byłem stworzeniem wodnym i nie przepadałem za górami, a teraz uwielbiam je i przy okazji takich biegów delektuję się tymi widokami i zapisuję je sobie na wewnętrznej karcie pamięci - w najgłębszych zakamarkach mózgu.

W tym napawaniu się okolicą, nieco przeszkadzał mi fakt, że od samego startu doskwierał mi zapełniający się regularnie nos. Smarkałem więc z animuszem oczyszczając go. No i niestety w pewnym momencie poczułem, że po wydmuchaniu nosa, robi się w nim coraz pełniej. Dotknąłem dłonią - czerwień. No świetnie, krwotok z nosa to coś czego mi brakowało. Zwłaszcza, że to dopiero ok. 50 km czyli jeszcze ⅔ trasy przede mną. Szczęście w nieszczęściu, że nie był to “krwotok” a jedynie tylko lekki upust. Zatrzymałem się więc, ściągnąłem plecak i z jednej z wielu sprytnych kieszonek wyjąłem nawilżane chusteczki higieniczne i z jednej z nich zrobiłem prowizoryczny tampon do nosa. Wyglądałem pewnie pokracznie, ale tu liczyła się skuteczność. Chusteczki powędrowały dla odmiany do kieszonki z tyłu w spodenkach. Tak na marginesie muszę dodać, że zakup, którego dokonałem bezpośrednio przed biegiem, a o którym już kilka razy wspominałem - czyli plecak Salomona Adv Skin 12 okazał się strzałem w dychę. Jest mega wygodny, ma masę sprytnych kieszonek (w tym te duże zapinane idealne na telefon, czy malutką na śmieci, którą cały czas wykorzystywałem), no i ten świetny system mocowania na szybko kijków. Po prostu rewelka. 

Koniecznie muszę też powiedzieć, że oprócz wolontariuszy, którzy chwycili mnie za serce, również współuczestnicy biegu byli na medal. Każde zatrzymanie wywoływało natychmiastowe pytania mijających ultrasów, czy wszystko w porządku, czy nie trzeba pomóc, itp. Fajnie być częścią tej braci.

No ale tymczasem podchodziłem sobie pod górę-Magurę z wystającym z nosa proporcem i przysłuchiwałem się rozmowom grupki, która szła w miarę równo ze mna. Byli to ludzie z Tomaszowa, kilku facetów i jedna dziewczyna - Agnieszka. W sumie to często się wcześniej tasowaliśmy i potem też aż do przepaka, więc parę razy pogadaliśmy trochę. U Agnieszki zadziwiało mnie, że ma z tyłu pod plecakiem przytroczone kijki, ale w ogóle ich nie używa. Nawet ją o to zapytałem, to się uśmiechnęła i powiedziała, że to na naprawdę ostre podejścia. Hmmmm. Po zdobyciu Magury, na szczycie spostrzegłem płytę pamiątkową poświęconą Janowi Pawłowi II, a od Tomaszowian dowiedziałem się, że przy dobrej pogodzie widać stamtąd Tatry. Wytężyłem więc wzrok i faktycznie, na horyzoncie, mimo lekkiej mgiełki, majaczyły dostojnie potężne szczyty. No ale trzeba było ruszyć dalej, bo czas nie chciał się zatrzymać. Po kilku kolejnych szczytach zbiegłem do kolejnego punktu na przełęczy Hałbowskiej. Najpierw znowu kontrola numerów startowych, a potem chwila odpoczynku. Tam z kolei w ramach spożywczego urozmaicenia, dziewczyny robiły przepyszne kanapki. Kroiły bagietkę, smarowały twarożkiem, kładły liść sałaty i voila - gotowe. Może i jadłem w życiu lepsze kanapki, ale na pewno te były w ścisłej czołówce. Kilka kubków coli wypite, kanapki zjedzone, flaski zatankowane i ruszam. Smsa wysyłam (zasięgu znowu brak), czytam motywujące wiadomości od Anulki, Piotrka, Grześka i innych znajomych, które w międzyczasie przyszły na telefon. To za każdym razem dawało mi mega pozytywnego kopa. Widziałem, że mimo że na trasie jestem sam, to oni śledzą moje poczynania i dopingują mnie. Okazało się też, że Rafał zszedł z trasy w Wołowcu. Czyli z naszej ekipy zostałem już tylko ja.

Odcinek do przepaku zapamiętałem z dwóch powodów. Po pierwsze dość długo szedłem z kolegą, z którym gadaliśmy sobie o różnych biegach. Gdzieś tam też, na łagodnym, krętym podejściu, na zakręcie stał chłopak i robił zdjęcia. Zażartował, że nie wie, czy orgowie pozwolą na publikacje na ich fanpage, ale jakby co, to na fejsie jest jako Fotografujący biegacz. Powiedziałem do kolegi, który ze mną szedł, że w sumie to pewnie uda się zapamiętać, no bo są 3 może 4 kombinacje: Fotografujący biegacz, biegający fotograf, biegacz fotograf - trafi się.

Potem wróciliśmy do rozmów o biegach i zeszło na te, które organizuje tzw. Ojciec Dyrektor w Beskidach, w tym na kultowy BUT Challenge (bieg na 305 km, którego w tym roku nie ukończył nikt ze śmiałków). Ten kolega opowiadał, że jeden z jego znajomych brał udział w tym szaleństwie i wcześniej robili razem rekonesans trasy. Mieli jakieś urządzenie nawigacyjne Garmina, z dużym ekranem, a i tak kilkukrotnie nie wiedzieli, w którym miejscu mają przedzierać się przez chaszcze. Kosmos. I tak szliśmy i po krótkim czasie objawił się ten drugi powód, z którego pamiętam ten odcinek. Było tam kilka kilometrów po otwartych jakby połoninach. Ależ tam wiało. Parę razy myślałem, że zerwie mi czapkę. Nie dało się rozmawiać i dosłownie czuć było siłę tego bocznego wiatru, jak nas przesuwa. Wcale nie byłbym zdziwiony, gdyby się okazało, że jakaś drobna dziewczyna została wywrócona. Momentalnie, mimo pięknego słońca, zrobiło się też potwornie zimno. To była dobra próba charakteru. Pomagało to, że jak to na połoninach widoczki były całkiem zacne. Zająłem się opatulaniem i łapaniem czapki i sympatyczny kompan oddalił się, aż w końcu zniknął mi z oczu. Potem znowu zbieg, kawałek po asfalcie. Droga się rozdwaja, tam lecimy w lewo. Po chwili oczom ukazuje się prześliczny drewniany kościółek, po minięciu którego dobiegamy do dość głębokiego strumienia przepływającego w poprzek przez drogę.

Taśmy z oznaczeniem trasy tuż przed nim odbijają na łąkę, w górę, tam podobno jest jakiś mostek. W dupie tam z mostkiem, buty trzeba umyć przed przepakiem. Wbijam prosto w ten strumień, próbując tylko trochę po kamieniach przejść. No i zaraz, za momencik widać budynki, altanki, ognicho - przepak. Na wejściu dostałem worek, wszedłem z nim do altanki, w której centralnej części paliło się ognicho. Jedyne wolne miejsca były tam, gdzie walił dym z tego ognicha, ale nawet specjalnie mi to nie przeszkadzało. Po zaliczeniu odpowiedzi na tradycyjny wolontariacki zestaw pytań (“czy wszystko ok?, jak się czujesz?, na co masz ochotę?, co ci podać? siedź i odpoczywaj - ja to zrobię”, itp. itd) poczułem silną i niepowstrzymaną potrzebę odwiedzenia świątyni samotności tojką zwanej. W środku kulturka niczym w Wersalu. Łapska umyłem i podszedłem do bufetu. Była tam pyszna pomidorówka z makaronem i potrawka z kurczakiem (no i coś dla wegan, ale na to nie zwracam uwagi, bo uważam za niehumanitarne uśmiercanie zwierząt poprzez podbieranie im jedzenia ;) ). Poprosiłem jedno i drugie i poszedłem do swojej wędzarni. Patrzę na zegarek i oczom nie wierzę. Dopiero 14 z minutami. Czyli jeśli na 82 km mam 14 godzin, a zostało mi 70 km i to (podobno) łatwiejszej części trasy, to nawet jak zajmie mi to drugie tyle, to do złamania 30 godzin mam extra 2 godziny zapasu. A przecież w planie max liczyłem na 32,5 godz. Podejmuję więc szybką decyzję, żeby na tym punkcie się nie spieszyć, spokojnie się przebrać, zjeść, uzupełnić zapasy i po prostu odpocząć. No i tak zrobiłem. Przysłuchiwałem się z ciekawością opowieściom sąsiadów o BUGT, koronie ultramaratonów i ZUKu gdzie podobno jacyś roszczeniowcy po radykalnym skróceniu trasy w tym roku (było nagłe załamanie pogody) wystartowali o zwrot części kasy za pakiet (swoją drogą jeśli to prawda, to powinni trafić na black listę i nigdy nigdzie nie dostać pakietu). Przyglądałem się też ultrasom, z którymi były ekipy supportujące - żony donosiły jedzenie, znajomi pakowali plecaki, a szwagrowie podawali piwko. W międzyczasie oczywiście jadłem swój obiadek, wyciągałem z worka przepakowego żele, czyste ciuchy, baterie do czołówki i takie tam. Nagle słyszę donośny głos: “Maaaaarcin, siema”. Podnoszę wzrok i widzę rasowego zdobywcę górskich szlaków. Gęsta broda, czapka truckerska i to lekkie szaleństwo w oczach. Wiecie o czym mówię. Ten w dodatku miał na sobie bluzę >>Łemkowyna stuff<<. No ale ni diabła nie wiem kto zacz. Na szczęście chłop się zorientował, bo mówi: “nie poznajesz? Tomek Świderek”. No kurczę, ze 20 lat temu nasze firmy współpracowały w interesach, a tu proszę jakie spotkanie w Chyrowej. To był bardzo fajny moment. Poczułem się extra. Tomek opowiedział mi trochę o sobie: jak biegał, jakie grube imprezy ma na koncie, że się trochę wypalił i teraz woli być w zespole orgów. Rzucił kilka rad na temat trasy (“Cergowa Cię zniszczy, a potem masz taki mozolny asfalt do Iwonicza. Tam nie trać za dużo czasu i leć do Puław. W Puławach czeka kultowa dyniowa. Tam możesz się też przespać. Jak zwiniemy przepak, to tam jadę to może się spotkamy”). I poszedł. W sumie to żałuję teraz trochę że go nie uściskałem i nie cyknąłem wspólnego selfika na pamiątkę, bo potem go już nie zobaczyłem. Ani się spostrzegłem, a tu prawie godzina minęła. Potrawka za bardzo mi nie wchodziła, podszedłem więc do wolontariuszki, żeby spytać co z tym zrobić. Okazało się, że mają tam psiura, który tylko czeka na takie smakołyki. Przebrałem się do końca (zmieniłem podkoszulkę termoaktywną i t-shirt), wymieniłem buffki, baterie w czołówce, walnąłem shot magnezowy i bcaa. Na koniec nałożyłem warstwę żelu przeciw otarciom na wewnętrzną część ud (oraz przyległą hydraulikę) i popełniłem największy błąd tego biegu. Nie zabrałem tubki z tym żelem ze sobą, tylko wpakowałem go razem z bluzą (którą uznałem za zbędną), brudnymi ciuchami i zużytymi bateriami do worka i zostawiłem tam na przepaku. Na odchodnym nadziałem się jeszcze na Grześka Sikorę. Grzesiek to facet z naszych okolic, który oprócz Rzeźników, B7D czy Niepokornych Mnichów ma też na koncie takie imprezy jak: Lavaredo, Transgrancanaria, TDS, Hong Kong 100, Capadocia czy wreszcie (w tym roku) UTMB. A że (tu oryginalny nie będę) UTMB jest moim jednorożcem do którego gonię, to zagadnąłem o nie Grześka. No i ostudził mocno mój zapał, twierdząc, żebym sobie najpierw zrobił w Alpach jakąś 100 (no takie CCC na przykład), bo bez tego nie mam szans na dotarcie do mety. Z punktu ostatecznie wyszedłem po godzinie. Seria SMSów do Anulki i leciem na Szczecin. Odpoczynek pomógł, bo byłem pełen energii jakbym dopiero wystartował. 

 Cergowa - wampirze (90km)

Po wyjściu z punktu zaczęło się całkiem przyjemne podejście na Chyrową. Taka polna droga wśród łąk, pnąca się pod górę, ale nie jakoś specjalnie stromo, dookoła naprawdę ładne widoczki, gdzieś blisko szczytu pasące się stado krówek, a gdzieś z boku stadko owieczek. Zrównałem się z kolegą i zaczęliśmy sobie gadać, a potem jakoś tak wyszło, że trzymamy w miarę równe tempo. Pod górkę podchodziliśmy, na płaskim lekko truchtaliśmy, w dół zbiegaliśmy. Książkowo można by rzecz. W pewnej chwili zorientowałem się, że w naszą rozmowę coraz głośniej wcina się odgłos pyrkoczącego silnika. Najpierw myślałem, że to może drwale piłami straszą, potem że GOPR po kogoś quadem jedzie, ale w końcu zagadka się wyjaśniła. Zza pagórka za naszymi plecami, spowita sowitym obłokiem spalin, wyłoniła się WSKa. Tak, tak. Ten obiekt marzeń motoryzacyjnych lat 60tych, a na nim facet, który pewnie w tych latach 60 podrywał na tą WSKę dziewczyny. Jechał pod tą górkę niewiele szybciej od nas, ale w końcu potęga koni mechanicznych zwyciężyła nad ludzkimi mięśniami, minął nas i zniknął w górze za zakrętem. Z kolei kiedy my minęliśmy ten zakręt, zobaczyłem jeszcze wyżej i dalej motocykl porzucony pod wierzchołkiem, a jego właściciela mozolnie zabierającego się za “zwinięcie” stada krów. Kiedy obeszliśmy ten wierzchołek i byliśmy po jego drugiej stronie, stadko dorodnych kilkunastu (albo i więcej) sztuk zaczęło zbiegać w dół, a ich właściciel wydawał się nie mieć nad nimi większej kontroli. Na szczęście naszą drogę przecięły już za plecami, bo nie chciałbym zapamiętać tego biegu z kolizji w krową.

Szliśmy sobie tak dalej, pogadując o różnych ciekawostkach. Okazało się, że kolega zrobił jakąś krótszą odmianę Badwater na “zaledwie” 130 km. Niby krótsza ale w Dolinie Śmierci się podsmażył. Polecał też biegi z cyklu 4 Desserts. W międzyczasie chyba ze dwa razy trafiliśmy w środku lasu na budowę jakiejś większej drogi. Nie mam zielonego pojęcia, co to mogło być, bo jej szerokość sugerowała co najmniej ekspresówkę, a przecież żadna takowa tam nie powstaje. Kiedy minęliśmy szczyt Chyrowej, trasa zaczęła systematycznie prowadzić w dół. A jak w dół, to znaczy że coś co lubię. Kolega chyba nie mógł się odważyć, żeby całkiem puścić nogę, przepuścił mnie więc żebym leciał. Zawołałem jeszcze do niego, że na pewno na kolejnym podejściu mnie dojdzie, bo pod górę moje rumakowanie się skończy. Ciąłem w dół, korzystając z przyjaznej trasy i chcąc wykorzystać jak najwięcej dnia, który już powolutku zbierał się do spania. 

No i dotarłem do stóp Cergowej. Najpierw trzeba było jednak przekroczyć DK19 - międzynarodową trasę o dużym nasileniu ruchu, pełną TIRów. Na szczęście stali tam wolo, którzy asekurowali nas, cobyśmy niczym zające czy inne lisy nie skończyli pod kołami. Popatrzyłem uważnie na profil trasy na numerze i jakoś tak mi wyszło, że to podejście będzie miało jakieś 3-3,5 km. Długo. I stromo. Będzie walka, oj będzie. Na samym początku słoneczko jeszcze wisiało kawałek nad górami, świeciło w plecy i było nawet przyjemnie. Zatrzymywałem się i popatrywałem do tyłu za swoim poznanym wcześniej kopanem, ale w zasięgu wzroku nie było go widać. Za to mijali mnie inni zawodnicy, a jeden z zaciśniętymi zębami powiedział: Cergowa. Ależ ona mnie zniszczyła w zeszłym roku”. No miał rację. Stromo cholernie się zrobiło. To było najtrudniejsze podejście na tym biegu. Chyba jedyne “w stylu bieszczadzkim”. Takie, gdzie idziesz i idziesz i idziesz i nie masz już siły dźwignąć się na kijkach, a zegarek śmieje ci się w twarz oznajmiając, że zrobiłeś całe 200 m. A ty musisz stanąć, łyknąć izo i odsapnąć chwilkę, bo siły gdzieś wyparowały. Starałem się między tymi krótkimi odpoczynkami pokonywać choć po 500m. Tam umierałem po raz pierwszy. Ale ultras to taka ciekawa maszyna, że jak już umrze, to zaraz zmartwychwstanie. I będzie spokojnie czekał na kolejną śmierć i kolejne zmartwychwstanie. Pocieszałem się też tym, że jak ciężkie nie byłoby podejście, to zawsze prędzej czy później się skończy. Wszystko się przecież kiedyś kończy. Każdy kryzys się kiedyś kończy. Nawet velvet się kiedyś kończy. Kilka razy mijałem się też z zawodnikiem, który tam wcześniej wspominał zeszłoroczną męczarnie. Na zmianę napieraliśmy a potem wisieliśmy oparci o kijki sapiąc jak parowozy. W międzyczasie pogoda zrobiła się jakby mniej przyjemna. Słońce już schowało się za horyzontem, wiatr się wzmógł, temperatura odczuwalna mocno spadła. Póki trwała sztajcha, nie zwracałem na to uwagi, ale jak teren się wypłaszczył to ta zmiana zaatakowała z nagła. Zauważyłem też, że wiatr, który na połoninach groził co najwyżej porwaniem czapki, tu grozi rozplaskaniem tej czapki na łbie za pomocą potężnego konaru, który runie z góry. A drzewa gięły się i skrzypiały. A wietrzysko wyło w koronach. I co chwila jakieś trzaski. Zezowałem cały czas w górę i naprawdę się bałem. W dodatku na lewo od szlaku, w lesie rosły grube drzewa (w sumie drzewa w lesie to raczej nic dziwnego, ale te były naprawdę potężne), między którymi, tam głębiej, panował osobliwy półmrok. Pomyślałem, że tak na pewno wygląda las Sherwood i że zza tych wielkich cisów za moment wyłoni się Hern. No nie było tam milutko, choć na pewno niesłychanie klimatycznie.

W końcu udało mi się osiągnać szczyt Cergowej, na którym wybudowano sporą wieżę widokową. Wahałem się przez chwilę czy nie wleźć tam na górę, ale po pierwsze schodków było jednak bez liku, po drugie uznałem że szkoda energii, po trzecie pogoda już całkiem nie sprzyjała. Było szaro, mgliście i wietrznie. Na szczęście wreszcie było też w dół, więc mogłem znowu zjechać jak lawina i odrobić kilka pozycji. W końcu dobiegłem do szutrówki, która dość szybko przerodziła się w asfalt. Asfalt na razie prowadził w dół, więc można było jeszcze trochę pobiegać. Zrobiło się już dosyć szaro, więc wymacałem czerwoną lampkę z tyłu plecaka i włączyłem ją. W zasięgu wzroku było kilka osób, przez kawałek biegłem w miarę równo z innym zawodnikiem. Asfaltem dobiegliśmy do wsi zwanej Lubatową, gdzie zaczął wspominać ubiegły rok i że trzeba teraz dobrze patrzeć, bo szlak wbija gdzieś między zabudowania. Tak też było, skręciliśmy i stamtąd już pod górkę człapalismy do Iwonicza. Długo to bardzo trwało, ciemno się całkiem zrobiło, co chwila przejeżdżały samochody, trzeba było odpalić czołówkę, widoki nijakie (bo wioski i ciemno), no taki więcej test charakteru. Jakoś tak między chałupami, kawałek ulicą, potem jakimś chodnikiem, potem nagle jakby miasto, większe budynki, sanatoria, hotele, w końcu do uszu dobiega spory hałas, dzwonki, muzyka, wiwaty, a po chwili widać też na placyku/ryneczku coś a’la miasteczko biegowe i metę. No wszystko pięknie, tyle że to była meta setki. A przede mną jeszcze “zaledwie” 50 km. Nie pomyślałem tak, bo nigdy na biegach ultra tak nie myślę. Zawsze odliczam odległość tylko do następnego punktu. A do mety dopiero wtedy, kiedy to właśnie meta jest tym najbliższym punktem. Nie wyobrażam sobie biec ze świadomością, że mam do pokonania jeszcze 70, 50 czy nawet 30 km. To by mnie wykończyło mentalnie. No ale tymczasem przebiłem już setkę.

 Iwonicz(102km) - Rymanów (108km) - Puławy (122km).

Tradycyjnie postój rozpocząłem od kilkukrotnego napełnienia i opróżnienia kubeczka colą. Potem dostałem kilka gorących tostów i usiadłem na chwilę na ławeczce. No i poczułem pierwsze zwiastuny zbliżających się kłopotów. Coś mi się robiło na stopach. Coś, co zaczynało boleć. Miałem wprawdzie wcześniej na przepaku suche buty i skarpetki, ale po pierwsze wtedy nic mi nie doskwierało, a po drugie miałem jakiś lęk, że jeśli ściągnę buty, to stopy momentalnie napuchną i nowych już nie założę. A trzeba było tak zrobić, bo na nogach miałem mocno agresywne Hoka Mafate Speed, podczas gdy w przepaku zostawiłem nietknięte uniwersalne Nike Wildhorse. A że podłoże nie było specjalnie wymagające, to pewnie najkacze nie dość, że suchsze, to i wygodniejsze by były. Również uda mocno domagały się nasmarowania. A żel został w Chyrowej. Titanic już był na kursie kolizyjnym z górą lodową. Zderzenie pozostało wyłącznie kwestią czasu. Zmęczyłem te tosty. Wprawdzie były smaczne, ale organizm już podziękował za odżywianie. Kompletnie straciłem uczucie łaknienia i musiałem zmuszać się do jedzenia czegokolwiek. Wlałem w siebie jeszcze trochę coli i zabrałem się za napełnianie flasków. W tym momencie wolontariuszka z uroczym uśmiechem powiedziała: “dawaj, ja to zrobię”. Zmęczony byłem, więc coś raczej niemiło odburknąłem, ale była stanowcza. Dawaj, ja to zrobię. Co chcesz?” / Izo pół na pół z wodą / do obu?” / Tak do obu.

Błyskawicznie zalała flaski wg zapotrzebowania i wyjątkowo sprawnie je zakręciła. Mam oba flaski Salomona, z tego jeden to model speed, który ma stożkowe sztywne dno ułatwiające wkładanie do kieszonek plecaka i dużą nakrętkę ułatwiającą nalewanie. Ale ta nakrętka ma dziwny gwint, który dość trudno “załapać” żeby się dobrze zakręcił. Tymczasem dziewczyna z wyjątkową wprawą go zakręciła. Skomentowałem to, a ona odpowiedziała (oczywiście z uśmiechem), że tyle ich dziś zakręciła, że stała się mistrzem w tym fachu. W końcu i ja się uśmiechnąłem i podziękowałem i ruszyłem deptakiem na szlak. Spojrzałem na zegar na wysokiej wieży i pokazywał tuż przed 7. Ok. Czas może już nie tak fenomenalny, ale wciąż jest bardzo dobrze. Szedłem na razie spokojnie, wysyłając smsy do Ani i odczytując te, które przyszły od niej i innych moich kibiców. W tym momencie zaczepiła mnie trójka kuracjuszy-seniorów przechodzących z naprzeciwka. Pytali co to za impreza oraz skąd i dokąd biegniemy. Jak powiedziałem, że 150 km, Panu otworzyły się ze zdumienia oczy i stanowczo zaproponował mi postawienie kielicha. Uśmiechnąłem się i (nie ukrywam, że z żalem) odmówiłem. Obawiam się że jakbym się skusił na “maluszka” to już bym w tym Iwoniczu został. Po chwili skończył się szeroki deptak, zniknęły latarnie, ale trasa nadal prowadziła jakimś chodnikiem-alejką z betonowych płyt. Nie wiem czemu, ale na jednym ze “skrzyżowań” tych chodników skręciłem w lewo, zamiast iść prosto. Myślę, że dlatego, że w lewo było w dół, a prosto pod górę i mózg dał znać, że powoli nie życzy sobie parcia pod górę. Na szczęście po kilkudziesięciu metrach zorientowałem się, że nie tędy droga, zawróciłem i zacząłem mozolną wspinaczkę. Zaraz też skończył się chodnik i znowu byłem w lesie. Sam. W ciemności, pośród której gdzieś daleko z przodu migało czerwone światełko, a gdzieś daleko z tyłu biała plamka czołówki. Powoli zmęczenie zaczęło zarzucać mi na głowę swój otumaniający kocyk, powoli czułem, że na stopach coś rośnie, powoli temperatura skóry na udach rosła. Skończyło się rumakowanie, a zaczęła się walka. Tyle dobrego, że ten odcinek był naprawdę łatwy technicznie. Łagodne podejścia i łagodne zbiegi. Na zbiegach podganiałem trochę te czerwone światełka z przodu, na podejściach oddalały sie, a zbliżały się te białe z tyłu. W pewnym momencie, między drzewami zaczęły przebijać się światła miejscowości. Najpierw delikatne, potem coraz wyraźniejsze, w końcu widać było domy i ulice. Z lasu wybiegliśmy na drogę, którą prowadziła trasa biegu, trzeba było więc pilnować chodnika. To był Rymanów-Zdrój. Jak większość polskich miejscowości wypoczynkowych poza sezonem, miasteczko spało. Godzina była około 21, więc wcale nie tak późno, ale było naprawdę pusto. Co jakiś czas przejechał samochód. Co jakiś czas przemknął pojedynczy człowiek. Od Iwonicza sporo piłem. A może wcale nie piłem tak dużo, ale nabrałem głębokiego, wewnętrznego przekonania, że jeśli nie kupię sobie czegoś do picia, to nie dotrwam do Puław. Tak bardzo wkręciłem to sobie, że wyciągnąłem telefon i zacząłem googlować jakiś spożywczak. Wyniki nie były zadowalające, zagadnąłem więc jakiegoś faceta, czy gdzieś w pobliżu jest może Żabka, albo coś podobnego. Powiedział, że musiałbym się cofnąć z kilometr czy dwa, ale nie ma pewności czy będzie otwarte. Nie było opcji, żebym dobrowolnie cofał się kilometr-czy-dwa. Trudno. Facet jednak, po chwili zastanowienia powiedział, że tam wyżej, przy szlaku, z prawej strony jest pensjonat “Zofia”, w którym w recepcji mają otwarty bufet i picie tam kupię. Doszedłem tam więc i po pokonaniu kilku schodków i sporych drewnianych drzwi, znalazłem się w przytulnej recepcji. Oczom moim ukazała się lodóweczka wypełniona napojami, pani recepcjonistka i stojący pan (nie wiem do dziś czy był to gość czy właściciel). Poprosiłem o dwie małe cole i małą wodę gazowaną. Pani poszła po picie, a pan zaczął mnie odpytywać. O co chodzi, że tylu dziwnie ubranych ludzi z lampkami na głowach systematycznie przechodzi przed budynkiem. No to mówię, że to taki bieg górski, że z Krynicy, że do Komańczy, że 150 km. W tym momencie mi przerwał. “Ile?”. No 150 mówię. “Ale to niemożliwe. Piechotą?” No tak odpowiadam. I zabrałem się za osuszenie pierwszej butelki coli. Facet mówił z silnym wschodnim akcentem, więc albo był Rosjaninem albo Ukraińcem. Otworzył księgę pamiątkową i kazał mi się do niej wpisać  No to wpisałem: “Łemkowyna Ultra Trail 150 km pozdrawia”. Można pójść i sprawdzić :) Zapłaciłem i zacząłem się zbierać, na odchodnym słysząc, żebym uważał na “te, no, jak to po polsku,a - miedwiedzie”.  Uśmiechnąłem się i wyszedłem z butelką coli w ręku i butelką wody w “kangurzej” kieszeni plecaka. Zszedłem w dół po schodkach, potem po skarpie na uliczkę i w tym momencie zorientowałem się, że w willi zostawiłem kije. Odwróciłem się i popatrzyłem na tą skarpę, na którą teraz musiałem wleźć i przez dłuższą chwilę kalkulowałem czy warto ją pokonać “tylko” po to, żeby zabrać kije. Mój mózg chyba już przełączył się w tryb oszczędny, jeśli w ogóle wpadł mi do głowy pomysł zostawienia tych kijów. Wątpliwości jednak szybko wyrzuciłem z głowy, wdrapałem się po skarpie, z powrotem wszedłem do recepcji i po dwóch słowach wyjaśnienia i zabraniu kijków, z powrotem wyszedłem w noc. Szedłem sobie powoli słabo oświetloną alejką pod górkę, co chwila popijając łyczek coli, bo uznałem, że przed wejściem na szlak trzeba się już jej pozbyć. Butelka była już pusta, przydażył się też w końcu kosz na śmieci, gdzie ją wywaliłem. Na tym kawałku wyprzedził mnie jeden zawodnik. Wydaje mi się też, że była tam jakaś ścieżka edukacyjna i chyba nawet jakieś drewniane posągi, ale na przyswajanie wiedzy nie miałem specjalnej ochoty. Podejścia na Dział nie bardzo pamiętam. Zbiegu też nie, choć wydaje mi się, że wyprzedziłem tam z powrotem tego gościa z Rymanowa. Z mapy wynika, że są tam m.in. punkt widokowy i wodospad na Wisłoczku, ale ja nie pamiętam ani punktu, ani nawet samego Wisłoczka, że o wodospadzie nie wspomnę. Pamiętam jednak wyraźnie, że z każdym krokiem wzrastał na przemian ból lewej stopy, prawego uda, prawej stopy i lewego uda. Chyba jakiś turniej się rozgrywał, która z tych części ciała będzie doskwierać mi najbardziej. W górę było żmudnie jak i wcześniej, wię róznicy ni eodczuwałem wielkiej. Ale najgorsze było to, że zbieganie stało się baaardzo niekomfortowe. Powiedziałbym wręcz, że stało się systematycznie nabierającym mocy cierpieniem. Jeszcze zanim sam zacząłem brać udział w biegach ultra, zaczytywałem się relacjami i artykułami tej dyscyplinie sportu poświęconymi. Najbardziej zapadły mi w pamięć dwie informacje. Pierwsza to taka, że po pewnym dystansie trzeba oswoić się z kryzysami. Z tym, że przychodzą i trzeba je przetrzymać, bowiem odchodzą. Każdy następny jest mocniejszy i dłuższy, ale da się go przetrzymać. A druga informacja to ta o bólu. Że do bólu trzeba się po prostu przyzwyczaić. Że on jak przyjdzie, to nie minie. Że będzie narastał i przeszkadzał coraz bardziej. I że nie ma wyjścia. Że trzeba to przyjąć do wiadomości i (w miarę możliwości) nie zwracać na to uwagi. I tak dokładnie było. Rymanów to mniej-więcej 110 km. A zatem musiałem przetrwać z bólem “jedynie” dystans maratonu. Hmmmm. Błahostka. Kombinowałem więc ze stawianiem stóp w możliwie taki sposób, aby feedback do receptorów za ból odpowiedzialnych był jak najmniejszy. Wyobrażałem sobie, że może to tylko jeden, no góra dwa, małe pęcherzyki, które spokojnie wytrzymam. W końcu skończył się las i zaczął dość długi odcinek asfaltu. W sumie to mnie ten asfalt cieszył. Był bardziej przewidywalny. Na ścieżkach kiedy już byłem pewien, że wiem jak mam stąpać, trafiał się korzeń albo kamień albo błotna pułapka, które w jakiś magiczny sposób przypalały mi stopę rozżarzonym metalowym prętem. Na asfalcie dało się tego uniknąć. Dało się nawet jakoś tak bujnąć i turlać trochę w dół udając, że to truchcik. Udało mi się na tych kilku kilometrach nawet kilka osób wyprzedzić, wzbudzając komentarze pełne podziwu. A ja biegłem tylko dlatego, żeby już jak najszybciej dotrzeć do tych Puław i może nawet zdrzemnąć się tam chwilkę. Przy którymś kroku poczułem dosłownie jakby mi coś z głośnym trzaśnięciem pękło na jednej ze stóp i rozlało po niej. O-ho - czyli już pęcherza nie ma, może to i lepiej - pomyślałem. Ale po kilku kolejnych krokach bolało tak jak wcześniej więc nie mam pojęcia cóż to mogło być. Może gdybym wiedział, że to moje ostatnie bieganie na tej imprezie, to bardziej bym je celebrował? W Puławach Dolnych (jak sama nazwa wskazuje) zbieg się skończył i zaczęło się lekkie podejście do Puław Górnych. Po raz pierwszy poczułem wyraźnie, że co któryś krok odpływam w niebyt. Że nie rejestruję nieprzerwanie co się dzieje dookoła, ale że pojawiają się w mojej percepcji jakby czarne dziury. “Gdzie jesteś punkcie?” chcialem zakrzyknąć. Ale wtedy właśnie zauważyłem przed sobą sznur lampek, który musiał, ale to po prostu musiał prowadzić do tego miejsca, które wtedy było dla mnie niczym oaza na środku pustyni. No, tylko że żeby wejść do tej oazy to jeszcze po schodkach na pięterko trzeba było się wdrapać.

C.D.N.

Zdjęcia: własne i znajomych; Paulina Bartosińska - Pina; Fotografia Piotr Oleszak; Mariusz Bartkowski

Kingrunnera tworzą biegacze. Dodaj swoją relację.

pozostałe relacje