Biegacz amator
Transvulcania La Palma

La isla bonita

Olsztyn, 26.08.2019

TRANSVULCANIA ULTRAMARATHON

DYSTANS: 74,33 km

PRZEWYŻSZENIE: +4.350 m/ - 4.057 m

TRASA BIEGU: Salida Faro de Fuencaliente – Las Deseadas – El Pilar – Roque de Los Muchachos – Los Llanos de Aridane

START: 11.06.2019 r., 06.00 a.m. – 11.00 p.m.

Po raz kolejny proszę wolontariusza o polanie głowy i karku zimną wodą, wraz z solą spływa ze mnie czarny pył wulkaniczny. Pył wchodzi wszędzie, połykamy tego chyba kilogramy. Nie ma zapachu, nie drażni śluzówki tak jak kurz, ale widoczne tumany, jakie zostawiają za sobą biegacze przede mną, pozostawia wyobraźni, ile tego unosi się w powietrzu i w konsekwencji też dostaje się do płuc. Dla tego widoku czarnej chmury pyłu i wijącego się w niej w górę wężyka biegaczy na tle horyzontu, w którym trudno odnaleźć granicę między oceanem i niebem, przemierzyliśmy w naszym gronie czworga entuzjastów biegania setki kilometrów, by spełnić kolejne marzenie w niecodziennym krajobrazie tworów świeżych działań sejsmicznych i endemicznych gatunków roślin.

Transvulcania Ultramarathon rozgrywa się na mniej popularnej z archipelagu Wysp Kanaryjskich La Palmie. Nazywana też La Isla Bonita skrywa kilka różnych odsłon. Z jednej strony wielkie przestrzenie typowe dla całkiem niedawnej aktywności wulkanicznej. Z drugiej – wiele soczystej zieleni mogącej odgrywać scenerie filmów pokroju „Jurassic Park”. Wyspa jest niewielka (28 x 42 km),ale podróżowanie po niej nie jest łatwe ze względu na strome ukształtowanie powierzchni.

Pomysł startu w Transvulcanii narodził się w rezultacie poszukiwania trochę bardziej egzotycznego biegu, który by jednocześnie nie był zbyt skomplikowany logistycznie. Decydując się na bieg, należy mieć na uwadze, że w Europie jest niewiele miejsc, z których można dolecieć na La Palmę. Większość połączeń zakłada lot na sąsiednie wyspy Teneryfę i Gran Canarię i dopiero w dalszej kolejności na La Palmę, przy czym nie jest też łatwo przedostać się z Polski na te sąsiednie wyspy. Chcąc uniknąć połączeń zakładających dwa lub trzy międzylądowania, wybieramy lot z Berlina bezpośrednio na La Palmę. Problemem jest dojazd do Berlina, decydujemy się dotrzeć samochodem aż z Olsztyna, gdy okazuje się, że nie mamy odpowiedniego połączenia z kraju. Jak się okazuje na pokładzie samolotu, na takie rozwiązanie zdecydowało się również kilku innych rodaków startujących w Transvulcanii.

Przylatujemy na Palmę we wtorek po południu, odbieramy samochód na lotnisku i kierujemy się w stronę Los Llanos, w którym usytuowano zarówno biuro zawodów, jak i metę ultramaratonu. W celu zaspokojenia ciekawości w środę udajemy się na rekonesans trasy i panujących na niej warunków. Uspokojeni co do temperatury i rodzaju podłoża, układamy niezbyt ambitny plan na następne dwa dni zakładający przede wszystkim sen, unikanie słońca, ładowanie węglowodanów i odbiór pakietów. Zaskakuje nas bogaty jak na cenę ok. 400 zł pakiet startowy, w którym znajduje się dedykowana biegowi odzież techniczna: czapka, kamizelka, bluzka i plecak.

Transvulcania Ultramarathon jest biegiem w formule up and down, właściwie bez płaskich odcinków. Poziom biegu jest bardzo wysoki, przyciąga światową czołówkę ultra. Wystarczy powiedzieć, ze tegoroczny zwycięzca na dystansie ultramaratonu Thibaut Garrivier pokonał trasę w czasie 7:11:04 h, a pierwsza kobieta Ragna Debats w czasie 8:09:25 h. Miłym akcentem są pochwały, jakie słyszymy jeszcze na starcie o polskich biegaczach górskich, których sława niesie się zapewne za sprawą ostatnich sukcesów w Transgrancanarii.

Start o 6.00 jest jeszcze w zupełnych ciemnościach. Początek trasy prowadzi asfaltem, a potem szeroką szutrówką, na której tłum ponad 1.200 zawodników ma szansę choć trochę się rozciągnąć. Chwilę po 7.00 wstaje słońce i właściwie od samego poranka mocno operuje, sprawdzając wytrzymałość naszych organizmów. Bardzo wyśrubowane limity na pierwszych punktach narzucają tempo, które odbije się w drugiej części biegu. Pierwszy odcinek (15 km) prowadzi cały czas w górę od startu przy latarni morskiej Fuencaliente (0 m n.p.m.) do Las Deseadas (ok. 2.000 m n.p.m.), kiedy pokonywaniu pierwszych przewyższeń towarzyszy dodatkowa trudność w postaci wszechobecnego pyłu wulkanicznego, w którym stopy mielą się jak w piaskownicy albo na plaży, pozwalając na nieznaczne przesuwanie się do przodu przy użyciu wysiłku zupełnie nieadekwatnego do tempa.

Jeszcze nie mam świadomości, że na dzień biegu napłynęły nad wyspę ciepłe masy powietrza znad Sahary i warunki termiczne będą znacznie odbiegać od tych, jakie towarzyszyły środowej wycieczce. Po dotarciu do El Pilar na 25 km w czasie 4:25 h zaczynam rozumieć, że ze słońcem nie będzie dziś żartów i dobrze byłoby w ogóle ukończyć ten bieg. Trasa prowadzi niemal cały czas w odsłoniętej przestrzeni, jednak ze względu na wszechobecny pył rezygnuję z zabezpieczenia skóry filtrem, czego będę następnego dnia bardzo żałować. Do końca pobytu na wyspie będę skrywać ręce pod długim rękawem, a do kraju wrócę ze sportową opalenizną pozwalającą na rekonstrukcję długości mojego stroju z dnia biegu. Startujący w biegu Hiszpanie dużo lepiej znoszą warunki atmosferyczne, z zaciekawieniem przyglądając się drobnemu bledziochowi o niebieskich oczach.

Organizatorzy na te ciężkie warunki pogodowe przygotowali się bardzo dobrze. Punkty z napojami i kurtynami wodnymi znajdują się średnio co 8 km. Wiele osób potrzebuje pomocy medycznej, na szczęście punkty z ratownikami zlokalizowane są jeszcze częściej niż te z wodą, w dodatku w strategicznych miejscach, do których dotarcie z pewnością zajęłoby trochę czasu. Ponadto krąży nad nami śmigłowiec, który z jednej strony dodaje otuchy, a z drugiej nakazuje zachowanie ostrożności szczególnie na zbiegach w ekspozycji.

Pierwszy zbieg, nie licząc krótkiego przyjemnego odcinka przed El Pilar, rozpoczyna się dopiero po 50 km po osiągnięciu Roque de Los Muchachos (tłum. z hiszp. Skała Młodzieńców, ok. 2.400 m n.p.m.), kiedy nogi są już tak umęczone, a podłoże tak wyboiste i strome, ze nie zachęca to do szaleństw, bo zwyczajnie brakuje już stabilizacji i zdarzają się potknięcia, czy nawet upadki. Samo Roque de Los Muchachos robi tak imponujące wrażenie, że chciałoby się tam pozostać dłużej. Jest to najwyższy punkt na naszej trasie, w którym umieszczono jedne z najlepszych na świecie teleskopów, jako że jest to druga najlepsza lokacja do prowadzenia obserwacji astronomicznych na półkuli północnej. Wulkaniczny krajobraz, pomarańczowe podłoże i odbijające się w słońcu tafle teleskopów budzą niecodzienne skojarzenia z krajobrazem rodem z filmów science fiction.

Na 70 km na czarnej plaży w Tazacorte przekraczamy piękną, tętniącą gorącą, hiszpańską energią metę dla startujących na dystansie maratonu, ale niestety to nie koniec dla ultramaratończyków. Jeszcze kawałek plażą, cichy wąwóz i strome podejście w plantacji bananowców do Los Llanos, a tam równie niesamowita meta z długim, może nawet 100-metrowym, pomarańczowym dywanem. Hiszpanie są wyjątkowo żywiołowymi kibicami. Kibicują tu dzieci, staruszkowie, rozbawiona młodzież wychylająca się z okien przejeżdżających samochodów z głośną muzyką, czy klienci ogrodowych kawiarni. Na mecie czuje się atmosferę wielkiego święta, pomimo że zwycięzca już dawno przybiegł (ponad 7h wcześniej).

Czuję przez moment, że zbierają się łzy szczęścia, ale zbyt zmęczony organizm chyba ignoruje tę reakcję i nie daje się ponieść fali emocji. Zostaję za to z ogromnym poczuciem wdzięczności, że mogłam doświadczyć tego chyba najtrudniejszego jak dotąd startu.

Kingrunnera tworzą biegacze. Dodaj swoją relację.

pozostałe relacje