Biegacz amator
Zimowy Ultramaraton Karkonoski im. Tomka Kowalskiego (VII)

Kawał dobrej, nikomu niepotrzebnej roboty...

Poznań, 11.03.2020

Prolog:
05.03.2013 – Dwa sukcesy jednego dnia, najpierw przywitaliśmy naszego pierwszego syna (tego większego ze zdjęcia na mecie), potem cieszyliśmy się z sukcesu jakim było zdobycie Broad Peak-u przez polskich Himalaistów
06.03.2013 – Doszła do nas informacja, że Tomek Kowalski oraz Maciej Berbeka zostali na Broad Peaku na zawsze…
05.2013 – zaczynam stawiać pierwsze kroki na poznańskiej Malcie – biegiem…
2014 – słyszę po raz pierwszy o ZUK-u – biegu memoriałowym poświęconym Tomkowi Kowalskiemu, absurdalny jak dla mnie dystans, zimą, bieg dla wariatów…
2017 – zrobiłem swoje pierwsze ultra, jesiennego Forest Run-a, przy okazji bardzo mocno odświeżając temat Broad Peaku i tragedii jaka się przy tym odbyła, przeczytałem MagisterKowalski.blog…
Zacząłem myśleć o ZUK-u jako o swoim biegowym marzeniu…
Cóż…
Nikt nie powiedział że jestem normalny ;)

Zapisy:
Oby było szczęście, oby się udało, nie udało się w losowaniu :(
Ale…
Ale UDAŁO się odkupić pakiet!!!!!!
A przy okazji udało się zarezerwować pokój w Mieszku („hotel” gdzie było biuro zawodów, to była największa zaleta tego miejsca ;))

Przygotowania:
Siła biegowa, cross, trening w Karkonoszach, trening w górach Sowich, poznańska Malta i jej lasy, bieganie, rower i tak w kółko…

Karpacz:
Jako, że przyjazd na ZUK-a chcieliśmy potraktować jako krótsze ferie, pojechaliśmy tam całą naszą wesołą i głośną ferajną, już w czwartek (a więc 5-go marca). Na miejscu byliśmy już przed południem, udało nam się wejść do pokoju, zostawić rzeczy i wyjść na deptak do którego mieliśmy pięć minut. Po drodze obiadek, deser urodzinowy dla Kajtka. wizyta w Muzeum Zabawek, powrót do hotelu aby zebrać siły przed planowaną na piątek wycieczką na Okraj (chcieliśmy żeby dzieci zobaczyły po raz pierwszy w tym roku śnieg ;)) Po powrocie z Okraju biuro zawodów było już otwarte, można było pójść odebrać pakiet startowy (dziękuję za możliwość zamiany Miłosława na wersję bezalkoholową :)) który rozszerzyłem o GPS-a oraz cudną, ZUK-ową bluzę, (od razu zaznaczyłem, że ubiorę ją dopiero gdy ukończę bieg w limicie).

Po odbiorze pakietu i sesji na ściance pozostało już tylko spakować w plecak rzeczy oraz wyposażenie obowiązkowe, które miało być weryfikowane podczas wsiadania do autobusów… Odprawa wysłuchana, mapa sprawdzona, zresztą trasa doskonale znana z trekkingów i treningów. Budzik x2 ustawiony, bułki z masłem i dżemolem przygotowane, izotonik rozrobiony, banan odłożony nn poranek. No to do wyra i spać…

Sobota:
30minut po północy – uczucie wyspania, pobudka, nieeee, trzeba jeszcze spać…

30minut po drugiej – znów pobudka…

30minut po trzeciej – pobudka, zaledwie godzinę i piętnaście minut przed budzikiem, już tylko leżałem, nie mogłem spać… to chyba stres…

Chwila przed piątą, no dobra, wstaję już, ubieram się, posiedzenie na tronie, wychodzę z pokoju, a dobra, wrócę raz jeszcze na tron, jelita muszą być puste ;)
Po zejściu przed recepcję w hotelu spotykam już Kasię i Szymona, Kasia już gotowa do biegu, Szymon gotowy do powrotu do pokoju, spotkałem Mateusza (poznałem go na BUGT gdzie obaj byliśmy wolontariuszami na masywie Kopy Kondrackiej), parę słów, życzenia powodzenia i do autobusów na kontrolę sprzętu:
                           kolejka do kontroli wyposażenia

Kontrola przebiegła szybko i sprawnie, w autobusach rozdano nam mapy trasy biegu, powiedziano o tym, aby GPSy w trackerach włączyć najpóźniej około dziesięciu minut przed startem. Po znalezieniu miejsca w autobusie i wszamaniu banana poszedłem w kimono…
Obudziłem się definitywnie za Szklarską Porębą, dwie minuty przed wysiadką z autokaru. Pogoda przywitała nas zdecydowanie zimowa, mróz, śnieg na ziemi, śnieg z nieba, wiaterek, trochę błocka. Z parkingu poszliśmy w stronę ogniska i gorącej herbatki oraz szatni gdzie można było się nie wyziębić. Po chwili dotarła do nas wieść, że start jest przesunięty o piętnaście minut, brakowało powodu tego przesunięcia, ale trudno, jesteśmy na starcie, miejmy nadzieję że nie odwołają go całkowicie…
Po kolejne chwili, rozległo się zapraszania na start, no to co? No to idziemy :)
                           Kasia po lewej, ja po prawej :)

Upewniłem się, że tracker działa poprawnie, na stronie byłem widoczny.
Odliczanie…

 (całą trasę w głowie podzieliłem sobie na etapy, tak też opisuję wrażenia)

Etap 1 – Polana Jakuszycka - Szrenica

5, 4, 3, 2, 1, START!!!!
No to jazda, najpierw spokojnie, dobry, fajny ubity teren po szlaku narciarskim, potem zbieg na krajową trójkę i zbieg w las… Zaczęła się zabawa, nie było jak wyprzedzać, wąski tunel w śniegu, kopny śnieg po bokach, trzeba iść tak jak się zaczęło. Najpierw podejście pod Owcze skały, nie było to jakoś strasznie męczące, ot fajna rozgrzewka, ale odejście z zielonego szlaku w stronę drogi dojazdowej do schroniska Kamieńczyk – to już inna sprawa… Błoto, woda, błoto i śnieg, ja wpadłem prawie do kolan w błoto i wodę, na szczęście udało mi się wyciągnąć stopy razem z butami i woda nie nalała mi się do skarpet, jeden z biegaczy przede mną nie miał tyle szczęścia i wyciągnął stopę, ale już bez buta… Przez chwilę miałem czarne myśli o odmrożeniu stóp, przecież to początek biegu a tutaj już mi woda chlupie, ale to na szczęście tylko w bucie, nie w skarpetach, tam było cieplutko :)
Po wyjściu na dojazdówkę minąłem schronisko Kamieńczyk, Krzyśka Dołęgowskiego (chyba), który spisywał numery i rozpoczęło się podejście na Szrenicę, łatwo nie było, tętno szalało, zegarek pokazywał jakieś 180 uderzeń serducha, do tego widzę powiadomienia, że moja Żona się próbowała ze mną skontaktować, dwa razy, za trzecim, odbieram, kątem oka widzę już schronisko na Hali Szrenickiej, wycharczałem chyba trochę brzydkie (przepraszam najmocniej) „co tam” okazało się, że track zaczął świrować i od 20-tu minut stoję w miejscu, powiedziałem, że wszystko u mnie dobrze i lecę dalej. Szlag by to… Specjalnie brałem trackera żeby moja Żona się nie martwiła o to gdzie jestem a tutaj takie kwiatki… No ale cóż… Idę dalej… Pierwszy bufet, ŁAŁ!!!! Są pomarańcze, zjadłem dwa kawałki, zresetowałem trackera, idę dalej, patrzę na zegarek, 40 minut zapasu do limitu, jest dobrze.

Etap 2 – Szrenica - Śnieżka

Mijam odejście do schroniska na Szrenicy, przypomniało mi się, jak w zeszłym roku nocowałem tam z synem, taki pierwszy wspólny trip po górach, na tych myślach doleciałem jakoś do Łabskiego Szczytu, tam jacyś panowie częstowali nalewkami, wydawało mi się to, że to jakieś zjawy, kto by chciał tam w tym wietrze siedzieć, ale okazało się, że to nie były wcale zjawy. Obejście Wielkiego Szyszaka zimowym szlakiem było chyba gorsze niż późniejsze wejście na Śnieżkę, wiało niesamowicie, chwila dekoncentracji na smarknięcię w rękawiczki i okazywało się że byłem około 5 metrów od szlaku, no no, na takie ryzyko nie mogłem sobie pozwolić, skoncentrowałem się bardziej, wjechała dekstroza i saltstick i parłem dalej. Minąłem parę osób, minąłem Czeskie Kamienie,
                           ja to ten pierwszy z prawej

na zbiegu spod Śląskich Kamieni jeden z biegaczy próbował mnie przepuścić, wyłożyl się jak długi na śniegu, a ja za nim poleciałem na plecy, okazało się że to Mateusz, ten z BUGT, lecieliśmy potem razem prawie do samego końca. Po drodze zaliczyłem jeszcze jedną spektakularną glebę przed Panią, która robiła zdjęcia, próbowałem przeskoczyć przez nawiany śnieg i tak jakoś wylądowałem prawie u stóp obiektywu, może jakaś fotka z tego wyjdzie…
Dobiłem do Pietróvki, nowego schroniska po czeskiej stronie, tam zaczynał się dołożony przez Organizatorów około czterokilometrowy odcinek, tam też Wolontariusz nam powiedział, że zostały jakieś cztery kilometry do Odrodzenia…. Rozpoczął się całkiem przyjemny zbieg po ubitym śniegu, minąłem ratrakową taksówkę do której pakowały się dzieci, minąłem narciarzy, dobiegłem do kolejnego Wolontariusza, który skierował mnie na odpowiednią ścieżkę w stronę Odrodzenia, po przebyciu przez śnieżny singieltrack, bardzo wąski ubity w śniegu korytarzyk wydostałem się na asfaltową drogę prowadzącą do Spindlerovej Boudy, po podejściu, przez wielką śnieżną skarpę przechodziliśmy na zbocze przełęczy i w końcu droga prowadziła do upragnionego celu, schroniska Odrodzenie. Tam ciepła herbatka, chwila odsapnięcia przed drugą połową drugiego etapu ZUK-a. Udało mi się trochę nadrobić jeszcze czasu i miałem półtorej godziny zapasu do limitu, było dobrze :)
Po wyjściu ze schroniska, należało się wspiąć na zbocze Małego Szyszaka i dalej lecieć zimowym szlakiem do Domu Śląskiego, odcinek krótki, bo tylko 7,7km, zajął mi chyba półtorej godziny, bardzo ciężki odcinek dla mnie, mocno się zapadałem, raczki nic by nie pomogły, trochę wiało, ale w porównaniu do Śnieżnych Kotłów to był pikuś. W zasadzie zeszło szybko, udało mi się dotrzeć do Domu Śląskiego, gdzie Pani Jadwiga (mama Tomka Kowalskiego) rewelacyjne opiekowała się wszystkimi biegaczami. Zaproponowała zupkę, herbatę, znalazła miejsce do odsapnięcia. Z tych wszystkich wrażeń zapomniałem spytać o Rodzinną Szkołę Przygody, którą prowadzi a którą chcemy odwiedzić całą rodziną.
Po zupce, telefon do Żony bo nie wiedziałem czy tracker działa, ubrałem pod spód membranową kurtkę, wytarłem gogle narciarskie z pary i przygotowałem się mentalnie na Śnieżkę.
                           W Domu Śląskim na zupce z Mateuszem

W momencie gdy przed Domem Śląskim ubierałem raczki (wolałem czuć się pewnie) na zegarku pojawiła się wiadomość dopingująca od Michała, który obserwował moje zmagania z Karkonoszami, prosił też, żeby pozdrowić Śnieżkę co zrobiłem :)
Niestety tutaj nigdzie nie widziałem Mateusza, poleciałem więc na zakosy sam. Po drodze, przed łańcuchami spotkałem Panią Mors, która schodziła już ze Śnieżki, bryyyyyy, aż mi się zimno zrobiło jak ją widziałem. W drodze na Śnieżkę powtarzałem sobie mantrę, że potem już tylko w dół, potem już zlatujemy z grani, że potem nie będzie aż tak bardzo wiać, że spotkam Tatę Tomka, że:

Etap 3 – Śnieżka – Karpacz

oOooo widzę szczyt, jestem na szczycie, Tata Tomka (ogromne uznanie za wytrwałość w tym miejscu tego dnia) podszedł do mnie, spytał się czy wiem gdzie dalej lecieć, pożegnałem się i poleciałem w stronę zejścia, ale chwila, gdzie są taśmy? Nie widzę ich… Musiałem ściągnąć gogle, co nie było przyjemne, żeby ujrzeć taśmy, nie pomyślałem, że jak mam żółte szkła w goglach to mogę nie widzieć taśm, no cóż, pozostał zbieg bez gogli na oczach, zbieg ze Śnieżki byłby całkiem miły, gdyby nie wiatr smagający twarz kryształkami lodu, no ale cóż, to już bliżej do mety niż dalej, będzie dobrze :) Zbieg do Sowiej Przełęczy nie był bardzo ubity ale pozwolił trochę rozpuścić nogi i nabrać szybkości, dosyć szybko minąłem Yelenkę, moje nogi załapały się na zdjęcie:

Potem szybkie podejście na drugie zbocze przełęczy, zbieg przez Małą Upę (musieliśmy ominąć stok narciarski przez który prowadzi szlak) do punktu przy schronisku na przełęczy Okraj i chwila na odsapnięcie… Tutaj niestety skończyła się gorąca herbata ale był gorący izotonik, normalnie wjeżdżał jak złoto, parę pomarańczy, łyk coli, do tego żel i jazda w dół dalej. W międzyczasie pojawił się Mateusz, który był krok za mną. Razem zaczęliśmy zbieg, pod chwili ściągnęliśmy raczki bo zaczęło się błoto w strumieniu, dosyć ciężki odcinek, ale udało się go pokonać bez gleby. Następnie wydostaliśmy się ze strumienia na szutrową drogę gdzie razem z dwójką innych biegaczy truchtem pobiegliśmy w stronę asfaltówki na Jedlinki, bieganie w grupie jest fajne, bo pozwala zwiększyć tempo mimo że samemu nie ma się na to już ochoty. Od Jedlinek rozpoczęło się trudne, błotniste podejście w stronę Budnik, następnie Tabaczaną Ścieżką biegliśmy do Wilczej Poręby gdzie było już slychać odgłosy z Mety… Jakaż to była ulga… Ale, ale, żeby nie było zbyt prosto, zostało jeszcze podejście asfaltem praktycznie dookoła cmentarza (ależ to było mocne w przekazie ;)) Na szczęście powyżej cmentarza, stał wolontariusz, który krzyknął magiczne „Pięćset metrów do końca!” Na tym podejściu udało mi się jeszcze wyprzedzić dwie osoby, na zbiegu torem saneczkowym jeszcze jednego biegacza, nogi czuły metę, cudowne uczucie, leciałem po trawie bo poślizg na błocie mógłby się baaardzo źle skończyć… Wbiegam na deptak, widzę swoją Żonę i swoich Synów, Najstarszy i Najmłodszy zdecydowali się ze mną przebiec ostatnie kroki do mety, (Najśredni chciał spać :P) dzięki temu, w 2/3 udało mi się spełnić jedno z biegowych marzeń aby na metę wbiegać razem ze swoimi synami. Jeszcze spiker nazwał ich „Karkonoskimi Harpaganami”… Swoją drogą, ciekawe czy spełnią się jego słowa o tym, że za kilkanaście lat sami wezmą udział w tym biegu?

                           2/3 moich „Karkonoskich Harpaganów” wbiegają ze mną na metę :)

META!!!!!!!
09:21:36 - w tych warunkach wynik brałem w ciemno :)
Na mecie medal

pomarańcze, czekolada, stołówka, cudna kasza, aczkolwiek, mój żołądek skurczony do wielkości orzeszka włoskiego nie był w stanie przełknąć większej ilości danej porcji… Przebrałem się w suche rzeczy które przyniosła mi Żona, jejku, jaka cudowna (nie tak jak moja Żona) jest ta bluza, mięciutka, cieplutka, warto było dla tej bluzy się troszkę pomęczyć ;)

Niedziela:
Słoneczko, zeru chmur, wiatru, piękna pogoda, idealna na spacer z dziećmi, nie na bieg ;)

Podsumowanie:
Rewelacyjny bieg o skali trudności którego decyduje natura, nie człowiek, człowiek tylko wytycza trasę, trasę która sama w sobie nie jest jakoś relatywnie trudna i ciężka. O skali trudności decyduje temperatura, śnieg, wiatr, mgła. To jest piękne i przerażające zarazem…
Bieg legenda, mam nadzieję że będzie mi jeszcze dane ten bieg powtórzyć…

Spostrzeżenia:
Punkty odżywcze, spotkałem się z opiniami, że słabo zaopatrzone były punkty, według mnie, wszystkiego był w ilościach wystarczających, to jest Ultra a nie spacer po parku za rączkę, trzeba się trochę natrudzić…
Oznaczenia trasy, ja akurat trasę znałem, nie miałem problemów, na zbiegu ze Śnieżki może mogłoby być ich troszkę więcej bo ogólnie tyczki we mgle były słabo widoczne.
Trasa, trochę zmodyfikowana o odejście od czerwonego szlaku przy Pietrovce, ktoś wie dlaczego?

Wyposażenie:
Kurtka rowerowa z kapturem, kurtka membranowa, krótki i długi rękaw termoaktywny, długie, biegowe legginsy, stuptuty, skarpety z membraną (Dexshelle), buty Inov-8 TrailTalony 290 (z tego co widziałem, bardzo popularne na ZUK-u, raczki Grivela (na zbiegu ze Śnieżki do Okraju), kijki DS8

Odżywianie:
Co dwie godziny saltstick o dekstroza, co 3 godziny żel, ciepła herbata/izotonik na punktach i ciepła zupka w Domu Śląskim…

To w zasadzie wszystko…
Poza jednym…
Czuję smutek, że tak świetne wydarzenie w świecie biegowym wymaga aż takiej ofiary jaką jest życie młodego człowieka. Jako ojciec trójki, niesamowitych (również niesamowicie głośnych) chłopaków nie jestem w stanie sobie wyobrazić tragedii jaką musieli przechodzić rodzice Tomka. A są w stanie brać udział w tym wydarzeniu z uśmiechem i są w stanie wspierać ludzi, którzy chcą uczcić pamięć ich Syna…

Zdjęcia: Piotr Oleszak, Karolina Krawczyk, BikeLife, archiwum autora

 

Kingrunnera tworzą biegacze. Dodaj swoją relację.

pozostałe relacje