10 Maraton Karkonoski - ULTRAMARATON

JESTEM ULTRASKĄ!

Szklarska Poręba, 24.07.2019

Ultramaraton Karkonoski jest idealną imprezą dla osób, które lubią biegać po górach. Trasa jest bardzo biegowa, więc szybcy i dobrze wytrenowani zawodnicy mogą na niej osiągnąć naprawdę imponujące czasy. Tym mniej szybkim i mniej wytrenowanym przepiękne widoki wynagradzają niedostateczne przygotowanie do dużego wysiłku. Organizacja – od odbioru pakietów, przez oznaczenia trasy, zaopatrzenie punktów żywieniowych, po atmosferę na mecie – wzorowa, może jedynie wodzirej usłyszałby kilka zarzutów od feministycznych bojówek biegowych, gdyby takowe istniały, ale jako że powietrze górskie dobrze wpływa na tolerancję, to jego niektóre teksty lepiej przemilczeć i oddać mu honor za zagrzewanie zawodników na ostatnich metrach przed metą. Najlepszą rzeczą na niej był duży basen z lodowatą wodą. To jest coś, co w sezonie letnim powinno pojawiać się na każdym biegu!

Zdjęcia: Jacek Deneka / UltraLovers

Tekst: Ola Pucek-Moduszewska

Razem z grupą przyjaciół i trzema przemiłymi czworonogami w piątek 26 czerwca ruszamy w kierunku Harrachova. Po drodze przystanek w Szklarskiej po odbiór pakietów startowych. Zatrzymujemy się w urokliwym domku blisko granicy polsko-czeskiej. Wieczorem przygotowujemy wielki gar kluchów, wiadomo, uzupełniamy węgle. Sole mineralne na następny dzień dostarcza wyborne czeskie piwo (dla jednych z prądem, dla drugich nealko). Po wieczerzy szykujemy plecaki na start i o ludzkiej porze uderzamy w kimono.

W sobotę pobudka o 5 rano. Po śniadaniu szybka kontrola plecaków i pierwszy odcinek thrillera biegowego z dobrze znanego i lubianego cyklu: „W czym biec?” Dół na krótko, a góra? Prognozy są optymistyczne, tylko nie wiadomo jak silny będzie wiatr. Jest decyzja, biorę krótki rękaw i wiatrówkę oraz sprawdzone buty. Trasa nie oferuje przewyższeń dla skialpinistów, więc z kijami nikt z nas się nie wygłupia. Pakujemy się do auta – James, Michał, Norbullo i ja. Nasze rodziny mają w planach dojechać do nas i pokibicować na trasie. Z racji bardzo wczesnego startu oraz powolnego porannego rozruchu nie jest to łatwe (mimo bardzo wczesnej pobudki, jaką dzień wcześniej zarządził mój małżonek) i ostatecznie kibicowanie z dzieciakami odbywa się na ostatnich 3 km i na mecie.

Godzina szósta z groszami, jesteśmy w Szklarskiej Porębie. Parkujemy auto i idziemy na start. Jest Marta i Wicio, Paweł Żuk i inni znajomi. Norbulek z Michałem byli tu rok temu, znają trasę, szykują się na poprawienie zeszłorocznego wyniku. Dla mnie będzie to pierwszy start w biegu ultra, nie miałam okazji i odwagi startować wcześniej na dystansie dłuższym niż maraton. Był dwukrotnie Bieg Marduły i kilka terenowych maratonów (m.in. Maraton Kampinoski i Maraton Wigry), ale dystans 53 km będzie po raz pierwszy. Na szczęście nie pojawił się stresik przedstartowy, to z pewnością zasługa Jamesa, mojego dobrego kumpla, który powiedział, że poleci ze mną (spokojnie mógł pobiec sporo szybciej, gdyby leciał sam).

O godzinie 6:30 zaczynamy zabawę. Razem z nami na liście startowej ponad 400 osób. Odliczanie od 10 i ruszamy. Najpierw lekkim truchtem pod górkę, pod wyciągiem krzesełkowym w kierunku Hali pod Łabskim Szczytem. Jest rześko, temperatura odczuwalna na pewno poniżej 10 stopni, wiaterek na szczęście wieje tylko delikatnie, słońce schowane za grubą warstwą chmur. W plecaku około 1,5 lira wody, z jedzenia parę tabletek Dextro i ze trzy żele. Początek trasy jest bardzo przyjemny, da się biec, jesteśmy pewnie w połowie stawki i delikatnie przesuwamy się do przodu. Podłoże jest miękkie, nie ma jeszcze kamieni i tak przez kilka pierwszych kilometrów. Do mniej więcej 2. kilometra widzimy plecy Michała i Norbulka, potem chłopaki włączają wyższy bieg, więc nie dziwi fakt, że spotykamy się dopiero na mecie. Niebawem zaczyna się podejście pod Wielki Szyszak. Wybiegamy powyżej linii drzew, wiatr wzmaga się i zaczyna dokuczać, ale mimo wszystko podejście trochę rozgrzewa, więc jest względnie ciepło.

To moja pierwsza wizyta w Karkonoszach, odwiedziłam już sporo różnych pasm górskich, ale tu mnie jeszcze nie było. Mój luby zrobił sobie wycieczkę biegową ze Szklarskiej przez Śnieżne Kotły do Harrachova dzień wcześniej i opowiadał, że widoki na grani są wspaniałe. My jak na razie nie mamy okazji jeszcze ich podziwiać, gdyż widoczność ograniczona jest do kilkudziesięciu metrów. Chmury zaczęły się coraz bardziej obniżać. Jesteśmy na grani. Ktoś, kto słusznie uważa, że górska przygoda musi być związana z trudnymi warunkami, włącza silniejszy wiatr. Robi się zimno. Jak to dobrze, że mamy kurtki, uff! Dziarskim krokiem pod górę łapiemy kolejne metry. Gdy tylko trasa wiedzie w dół, James mi ucieka. Doświadczenie w bieganiu po górach procentuje, zbiega o wiele szybciej niż ja. Ryzyko upadku blokuje mnie na zbiegach, gdzie jak wiadomo trzeba wyłączyć myślenie i pozwolić grawitacji i wytrenowanym nogom zrobić ich robotę. Dobiegam do dwóch sympatycznych biegaczy, jeden z nich biegnie w butach pięciopalczastych, twardziel z niego, pewnie trochę bolały go stopy na małych kamykach. Chłopaki opowiadają o okolicznych biegach i o tym, że często przyjeżdżają tu trenować. Tasujemy się z nimi później kilkukrotnie, raz my z przodu, raz oni.

Dobiegamy do schroniska Odrodzenie, wiatr bardzo dokucza, ręce zaczynają mi puchnąć od zimna. Żałuję, że nie wzięłam rękawiczek, niestety zostały w aucie na dole. Na punkcie odkryłam kulki mocy, czekoladowe drażetki, dodają energii (będę na nich jechać aż do mety). Warunki są takie, że zamiast zimnej wody fajnie byłoby wypić łyk ciepłej herbaty. Ale kto by pomyślał, że na początku lipca może być aż tak zimno. Ponoć w poprzednich edycjach bywał upał, więc organizatorzy, zdecydowali się przesunąć start na jak najwcześniejszą godzinę. Zaczynamy kolejne podejście, znowu robi się na chwilę trochę cieplej.

Biegniemy grzbietem przez Tępy Szczyt, Słonecznik i Kopę nad Moreną. Dobiegamy do Domu Śląskiego, nie zatrzymujemy się na długo, bo wiatr bardzo przeszkadza, nawet jak się schowałam za murami schronu, dyskomfort termiczny się nie zmniejszył. Przyjmuję kulki mocy, James uzupełnia płyny i lecimy dalej.

W przeciwnym kierunku mijają nas zawodnicy z szeroko pojętej czołówki, cisną ostro. My swoim tempem, zbiegamy w dół na Przełęcz pod Śnieżką i rozpoczynamy podejście na szczyt. Jest bardzo zimno, wiatr coraz silniejszy. Schodek po schodku i jesteśmy na Śnieżce (to najwyższe wzniesienie na trasie – 1564 m n.p.m.). Obserwatorium astronomiczne zanurzone w czapie chmur, widoku zero. Nagle wyłania się wesoła twarz Jacka Deneki (Ultralovers), który prowadzi tu transmisję na żywo. Na pytanie o wrażenia z trasy cytujemy Norbulka: ,,Jest epicko!’’. Jeszcze tylko kilka fotek i dzida w dół. Temperatura odczuwalna na szczycie (jak się dowiedzieliśmy następnego dnia) wynosiła około minus 12 stopni (sic!). Zaprawdę idealny letni warun! Moje rączki to już łapy, gdyż są spuchnięte do granic możliwości. Kamienisty szybki zbieg po zawietrznej stronie zbocza (idealnie równo ułożona kostka skalna – jak oni to zrobili?!) przynosi przyjemną ulgę i jest nagrodą za cierpienia na śnieżkowym wichrowym wzgórzu. Pojawił się pierwszy widok, ale tu pięknie!

Znowu mijamy Dom Śląski, tym razem bez postoju. Dobrze się biegnie, więc lecimy dalej. Kolejny długi kilkukilometrowy zbieg, stopy ładnie tańczą na kamieniach, nic nie boli, ale dalej chłodno mimo napierania w kurtce. Koncentruję się na tym, żeby się nie wywalić, biegnę żwawo, więc wywrotka byłaby mocno bolesna. Jedno mocne zachwianie wybija mnie z rytmu, na szczęście udało się utrzymać pion. Koniec zbiegania, trzeba znowu złapać trochę wysokości, przed nami kilkusetmetrowe podejście na Słonecznik. Wychodzi słońce, jak przyjemnie, można wreszcie zdjąć kurtkę. Na grani znowu wietrznie, a przed nami trudny techniczny zbieg w kierunku przełęczy Dołek, uda zaczynają pobolewać.

Asfaltowe podejście oraz piarżysko prowadzi nas przez Śląskie i Czeskie Kamienie. Przed nami masyw Łabskiego Szczytu. Widoki są bajeczne, silny wiatr przewiał wreszcie większość chmur. Znowu cykamy fotki i zasuwamy dalej. Teraz tylko podejście w kierunku Śnieżnych Kotłów i prosto w dół do mety. Śnieżne Kotły zapierają dech w piersiach, coraz bardziej mi się tu podoba, krajobraz miejscami przypomina Tatery, widok cieszy oko. Kończy mi się woda w bukłaku. Wypiłam bardzo mało jak na przebyty dystans (nieco ponad 40 km), to przez ten chłód.

Turlamy się dalej, teraz powinno być łatwiej, bo bez podejść, praktycznie tylko płaskie odcinki i zbiegi przed nami. Nogi są już obolałe i trzeba zachować czujność, co w połączeniu z ogólnym zmęczeniem nie jest łatwe. To właśnie na tym ostatnim zbiegu Ewa Majer (zwyciężczyni wśród kobiet) zaliczyła wywrotkę, na pewno mocno cisnęła. Twarda dziewczyna z niej, podobno dopiero na mecie się zorientowała, że nogę ma rozwaloną i całą we krwi. Mijamy ładny odcinek po drewnianych kładkach. Potem trudny techniczny zbieg, który przechodzi miejscami w lekką żwirówkę, uda palą, zaczynam delikatnie pojękiwać ze zmęczenia, komfort biegania oddala się, jednak plecy zawodników przede mną motywują, żeby zacisnąć zęby i nie odpuszczać. Pachnie już metą, noga mimo wszystko jeszcze dobrze podaje, rodzina i przyjaciele na pewno czekają już na mecie. Ostatni zbieg, na wyciągu krzesełkowym widzę młodą parę jadącą pod górę. Pewnie będzie romantyczna sesja fotograficzną na szczycie. Już słychać okrzyki kibiców, które dodają otuchy, James biegnie zaraz przede mną. Jest mój mąż i córa, przyjaciele krzyczą, dopingują. Końcowy zakręt i delikatnym podbiegiem mijamy bramę mety.

Koniec, udało się! Jestem Ultraską! Piękne emocje!

Jest Norbullo i Michał. Chłopaki mocno pocisnęli, poprawili zeszłoroczne wyniki o 7 i 15 min, szacunek na dzielni.

Z moim biegowym partnerem zaliczamy pierwszy start w Ultramaratonie Karkonoskim (James z czasem 6:50, ja – 6:51). Jest wspaniale. Jacek Deneka strzela piękne foty, kolejna wspaniała pamiątka. Moczę nogi w lodowatym basenie, ale ulga.

Buziak od męża i pajda świeżego chleba z wegańskim smalcem oraz ogórkiem małosolnym, prosto ze stoiska Vegenerata (Przemka Ignaszewskiego). Jestem szczęśliwa. Na pewno będę chciała tu jeszcze kiedyś wrócić.

James, dzięki za świetny wspólny bieg!

Kingrunnera tworzą biegacze. Dodaj swoją relację.

pozostałe relacje