Biegacz amator
Garmin Ultra Race - 81 km

Jestem królem GUR. No, może księciem.

Milanówek, 28.09.2018

Fajnie byłoby zasiąść na tronie, przywdziać koronę i z dumą powiedzieć: jestem królem GUR. Od momentu, kiedy rok czy dwa temu widziałem takie fotki znajomych i nieznajomych w głowie zakiełkowała myśl, że trzeba będzie tego spróbować. I jak jeszcze na samym początku roku Grześ zaczął mnie na ten bieg nakręcać, zapisałem się szybciutko coby jeszcze na promocyjną cenę dla pierwszych uczestników się załapać. Dostałem pikantny numerek 6na9 no i wystarczyło poczekać pół roku.

Przed biegiem

W międzyczasie dużo się wydarzyło. Fantastyczna Zamieć, trochę gorzki Rzeźnik Ultra, a w okresie wakacyjnym kilka DNFów wytrawnych znajomych w różnych biegach. Zacząłem się więc bać. Widmo DNFu wisiało nade mną jak miecz Damoklesa. Stres mobilizował, więc mimo tego, że ten bieg raczej nie należy do najtrudniejszych traktowałem go mega-serio. Góry Stołowe nie kojarzyły się z jakimiś alpejskimi ścieżkami, ale przed Rzeźnikiem też myślałem, że Bieszczady to taka tam popierdułka i srogo się zdziwiłem. My z Grzesiem braliśmy się za 80+, a gdzieś w połowie wakacji spora paczka znajomych postanowiła wystartować w 50+. Dwie Lejdis i Włodek mieli tam debiutować na ultra. Dodatkowo w 24 biegł jeszcze Daniel, więc nasza grupa biegowa Dogoń Grodzisk Mazowiecki miała zacną reprezentację.

Po przejrzeniu filmików i zdjęć pod kątem podłoża i dodatkowo z racji końcówki lata dość prawdopodobnego deszczu, zdecydowałem, że moje Wildhorsy, które nie dały sobie rady w błocie na Rzeźniku, trzeba zastąpić czymś innym. Padło na Hoka One One Mafate Speed 2. Żeby nie rozbiegiwać ich dopiero na GUR, zapisaliśmy się jeszcze naszą całą wesołą brygadą na Maraton Wigry ( swoją drogą muszę sklecić z tego wyjazdu osobną opowieść, bo Maraton Wigry zasługuje na wychwalanie), butki się ułożyły, no to można lecieć.

Start był w piątek rano, więc w czwartek koło południa ruszyliśmy do Radkowa. Jak zawsze rodzinka w komplecie, więc wyjazd na cały weekend, ogarnięty domek i takie tam. Domek tuż nad zalewem, więc do startu piechotą 5 minut.

Pakiet odebrany, przepak zostawiony, mikro expo odwiedzone, kupione jakieś żelki i szot kofeinowy co podobno schodzi powolutku przez 2 godziny i ma 200 mg kofeiny uzyskanej z guarany. Spotkaliśmy się z Grzesiem, który ambitnie postanowił zabrać się za challenge 158 czyli udział w trzech kolejnych biegach: 81 + 53 + 24 km. Spotkaliśmy jeszcze Waldka (też zapisał się na tą triadę) oddałem worek na przepak i poszliśmy na odprawę. Chłopaki prowadzili ją na mega luzie. Śmieszkowali sobie tęgo, opowiadali ciekawe historyjki, udawali, że nie pamiętają co gdzie jest i takie tam. Fakt, że zwrócili uwagę na jedno wyjątkowo wredne miejsce, gdzie łatwo zgubić trasę (i gdyby tego nie zrobili, pewnie tam trasę byśmy zgubili) i powiedzieli, że w Czeskich Błędnych Skałach chwilami będzie tak wąsko, że kiedy znakowali trasę to nie mogli roweru przeprowadzić między skałami. Myślałem, że koloryzują. Obok nas stała kobitka w bluzie z wielkim, dumnym napisem UTMB. W trakcie odprawy zapytała, czy mogliby mówić po angielsku. Poprosili ją, żeby na koniec podeszła i wszystko jej wytłumaczą. Potem skojarzyłem, że to Norweżka, która wygrała rywalizację Pań. Poleciałem do “biura zawodów” poprosiłem dziewczyny o worek na przepak do którego wpakowałem świeżo kupioną fiolkę kofeiny, zawinąłem się i poszedłem do domku szykować sprzęt. No i kiedy chciałem podładować zegarek, zorientowałem się, że kabel razem z powerbankiem poszedł na przepak. Miałem 5 minut do zamknięcia biura, więc popędziłem gazem i w ostatniej chwili uprosiłem dziewczyny, żeby znowu dały mi mój worek, z którego wyciągnąłem. Jak to dobrze, że kwatera była tuż przy starcie. Wróciłem, starannie naniosłem notatki na numer startowy (na górze pisząc sobie międzyczasy “pod limit” a na dole bardziej ambitnie - z ciut-ponad-godzinnym zapasem). Zapakowałem plecak, przygotowałem ciuchy, przymocowałem chip do buta. Od dwóch dni męczył mnie ból zęba, co nie dodawało otuchy, walnąłem więc dwa szybkie piwka na uspokojenie i spać.

 

3-2-1 Start

Spało się oczywiście marnie. Co chwila pobudka, kręcenie się po łóżku, niepokój. W środku nocy zaczął naprawdę ostro walić deszcz. Potem lekko osłabł i udało się znowu przyciąć komara. Na parę chwil. Kiedy w końcu o 5 zadzwonił budzik, to było wybawienie. Pierwsza myśl - ząb nie boli. Zajebiście. Druga myśl - pada, ale nie leje - zajebiście. Szybki prysznic, jedna buła z masłem orzechowym, druga z żółtym serem. Telefon w folię, zegarek na rękę, kable do plecaka. Smarowanie kremikiem miejsc powszechnie uważanych za intymne, plasterki na pęcherze na palcach, ubieramy się i gotów. 10 minut do startu więc ideał. Buziaki i przytulenie z Anulką. Co tak kurde ciemno? U nas o 6 już jest całkiem jasno, a tu jakby środek nocy. Czołówka z plecaka ląduje na głowie i jazda na start. Na miejscu klimacik, który tak lubię. W mroku, ponad setka Ultrasów pogadywujących, sprawdzających sprzęt, śmieszkujących. Wszyscy w kurtkach, większość z czołówkami. Widzę z tyłu wysokiego gościa z brodą w truckerskiej czapce, podchodzę i trącam go - Cześć Grzesiu. Kolega odwraca się nieco zaskoczony, bo to nie Grzesiu. Szukam dalej - jest. Stajemy więc w ogonie stawki i czekamy. 30 sekund przed startem włączają “Two steps from Hell” (powszechnie znana uczestnikom fantastycznego Półmaratonu Słowaka w Grodzisku Wlkp). I jedziemy. Ciemno dookoła, mrok przecinają tylko strumienie świateł z naszych czołówek. Na samym początku lekko pod górkę a potem dwa szybkie kilometry. Tempo niewiele ponad 5, rozglądam się za Grzesiem - jest. Po jakimś kilometrze zerkam na zegarek - tempo 5 z haczykiem, ale tętno koło 160. Kurde, chyba to z nerwów, bo wprawdzie jest w miarę szybko, ale bez przesady.

 

kilometry 1-60: miód, malina.

Dwa szybkie asfaltowe kilometry w dół dla lekkiego zmylenia i cyk wskakujemy w las. Co więcej zaczynamy chyba najwyższe podejście na tym biegu, a na pewno na najwyższą górę w tym paśmie - Szczeliniec. No i jak to na początkowych podejściach - dłuuuuuuga kolejka wspinaczy jak okiem sięgnąć. Fajne, techniczne nie jakieś mega strome to podejście. Sporo płaskich kamieni, które działały troszkę jak schody, dając pewne oparcie dla kijków i butów. Czasem tylko jak na moje gabaryty (jestem tzw. niskopodwoziowy), nogę trzeba było zbyt wysoko zadzierać. Z niepokojem czekałem na pierwszy zbieg. Mam tak, że na podejściach jestem niestety wolny. Po prostu nie potrafię szybko iść. Za to na zbiegach lubię, potrafię i nie boję się puścić szybko. Pod jednym warunkiem - te zbiegi nie mogą być pionowe, pełne korzeni i wyrw. Po Rzeźniku, gdzie większość odcinków w dół była właśnie taka, że nie bardzo dało się nadrobić, czekałem co będzie tu. No i pojawił się zbieg - cudowny, szeroki, dosyć równy, nie bardzo stromy, po prostu ideał. Więc puściłem nogę i natychmiast nadrobiłem duuuużo pozycji. I właściwie tak ten bieg wyglądał. Pojawiały się nawet kilku kilomerowe odcinki asfaltowe, gdzie można było sporo nadrobić, a podejścia też nie zabijały. W międzyczasie zrobiło się jasno, więc czołówka wylądowała w plecaku, minęliśmy też kilku fotografów opatulonych w kurtki-namioty przed deszczem.

Przed pierwszym punktem dogoniliśmy sporą grupkę biegaczy, wsród których był też Waldek. Na samym punkcie czekało mnie wyzwanie pod tytułem - nie trać czasu leszczu na bzdury. I tak też się stało. Deszcz nie padał już tak mocno, w dodatku w kurtce (mimo że ma 10000 oddychalności - cokolwiek by to miało znaczyć) byłem już mocno zaparzony, więc zdjąłem ją, zwinąłem w kulke i wsadziłem do plecaka. Szybkie napełnienie flasków, na razie nic nie jem i jazda dalej. Mimo przebierania czas kilometra wyszedł poniżej 9 minut. Rewelacja. Co lepiej zapas w stosunku do założonego czasu (tego szybszego) wyniósł 20 minut. Jak to po pierwszym punkcie peleton mocno sie przerzedził. Zrobiło się też bardzo malowniczo. Dookoła co chwila pojawiały się tzw. skalne grzyby. Klimat był naprawdę niesamowity. Byliśmy tylko we dwóch w lesie, co kawałek z lewej lub prawej z lekkiej mgły wyłaniały się a to grzyb, a to gniazdo, a to brama, a to sciana. I wszystko to były skały. przepięknie.

W zasadzie to te pierwsze ok. 60 km było właśnie takie milutkie. Brakowało mi tylko perspektywicznych widoków. Kiedy tylko wychodziliśmy na jakieś odkryte grzbiety, w odległości kilkudziesięciu metrów krajobraz niknął we mgle. Za to trasa pozwalająca na delektowanie się biegiem i naturą bez wypruwania żył. Do tego naprawdę fenomenalnie oznaczona. W kilku biegach terenowych zdażyło mi się brać udział, ale nigdzie jeszcze nie spotkałem się z tak oznaczoną trasą. Przywiązane kawałki taśmy prawie cały czas w zasięgu wzroku, przed krzyżówkami tabliczki ze strzałkami i taśma położona na ziemi “zagradzając” skręt w złą stronę, strzałki namalowane na jezdni. W miejscach gdzie przecinaliśmy asfalt policjanci/strażacy/leśnicy pokazujący gdzie biec i zabezpieczający przed spotkaniem z samochodami. Pierwsza klasa. Pomyślałem sobie, że żeby tu pomylić trasę, to trzeba być ślepcem albo idiotą. Sekundę później pomyślałem, żebym jeszcze nie musiał tego odszczekać. I oczywiście musiałem. W miejscowości Batorów, po kilkuset metrach (może kilometrze) biegu ulicą, w dodatku w dół (czyli przyjemnie), zobaczyliśmy biegnących z naprzeciwka ultrasów. Wołali do nas, że nie ma znaków i coś nie tak. Sprawdziłem tracka w zegarku i faktycznie biegliśmy skosem w stosunku do przebiegu trasy. Wróciliśmy więc wszyscy do “centrum” Batorowa,a tam jak wół - wielka namalowana na jezdni strzałka i wisząca taśma pokazywały drogę między budynki gospodarcze. Ale Panowie Grzegorz i Marcin zapewne toczyli wtedy jakąś wybitnie inteligentną dyskusję na temat witraży w kościołach średniowiecznych, albo najciekawszych pojedynków brydżowych, więc przegapili te oznaczenia. Kawałek dalej rozpoczęło się kolejne podejście. Co ciekawe wzdłuż szlaku co kawałek stały białe kapliczki drogi krzyżowej, a po pewnym czasie, na zakręcie pojawiła się kaplica. Magiczne to było. Wczesny ranek, las, góry, my sami we dwóch - a tu Kalwaria na Górze Świętej Anny. Skojarzyłem, że chłopaki mówili o tym na odprawie, twierdząc, że kawałek dalej czeka nas “niezła sztajcha”. Eeee przesadzali - pomyślałem. Jest w górę, ale nie jakoś mocno, takie tam podejście co od biedy nawet biec by się dało. No i oczywiście wykrakałem, bo dosłownie kawałek dalej taśmy poprowadziły nas prościutko w poprzek zbocza. I tam się trochę uchetałem. Nawet więcej niż trochę szczerze mówiąc. Na szczęście po kilkuset metrach rozpoczął się fajniutki, długi (ponad 2 km) zbieg, gdzie można było dać ognia i to aż do kolejnego punktu kontrolnego.

W zasadzie aż do przepaku nie wydarzyło się chyba nic szczególnego. Gdzieś tam w miejscu gdzie przebiegaliśmy przez tory, czaili się opatuleni w płaszcze fotografowie, gdzieś tam na łąkach a’la połoniny narzekaliśmy z Grzesiem, że pogoda do luftu, bo przez mgłę nic nie widać, gdzieś tu i tam przewalone drzewa trzeba było przeskoczyć/przejść pod spodem/obejść, gdzieś tam skojarzyłem zadowolony, że moje tętno mieści sie w przedziale 140-150, choć generalnie czułem się nad wyraz zmęczony (jak na przebyty dystans około 30 kilku kilometrow i trasę, która nie należała do najbardziej wymagających). Grześ w pewnym momencie stwierdził nawet, że moje oczka stały się wyjątkowo wąziutkie.

Na przepaku wciągnęliśmy na szybko po kubku pysznej i gorącej pomidorowej z ryżem. Ja zmieniłem buffkę na ręku. Bluzy nie zabierałem, bo nie było mi chłodno, a uzyskany do tej pory zapas czasowy pozwalał przewidywać dotarcie na metę grubo przed 19. Uzupełniłem smarowanie, uzupełniłem zapasy jedzenia, napełniłem softflaski, połknąłem saltsticka. Dogoniliśmy tam Waldka, który rozparł się jak basza na krzesełku i z triumfalną miną wyciągnął z worka kilka małych buteleczek oryginalnej Coca-Coli, pytając czy ktoś sobie życzy. Skorzystałem skwapliwie, bo mimo wszelakiej bogatości (włącznie z kabanosami i batonami energetycznymi) akurat coli na punktach zabrakło (i to był jeden, jedyny, malutki brak - w dodatku chyba tylko na 2 punktach z 5). A że ja właśnie na ultra wyjątkowo uwielbiam właśnie tą słodką, czarną, gazowaną substancję, to Waldek był tam dla mnie prawdziwym dobrodziejem. Z naszej wizyty na przepaku również jestem bardzo zadowolony, bo kiedy wbiegliśmy było tam chyba z 7 osób, a zdaje się, że tylko 2 wyszły przed nami. 

Tyle ciekawostek na tym odcinku trasy. Muszę tylko dodać, że Grześ cały czas na mnie czekał. Kiedy ja ślimaczyłem się na podejściach, on szedł swoim tempem (szybszym rzecz jasna), ale zawsze na szczycie wzniesienia czekał cierpliwie. Mówiłem mu, żeby tego nie robił. Że jest lepszy, szybszy i bez sensu traci swój czas czekając na mnie. W dodatku miał jutro biec 50, więc im szybciej byłby na mecie, tym dłużej by się regenerował. Ale Grześ był uparty. Mówił, że mu to pasuje, bo jak na mnie czeka, to sobie może odpocząć i się porozciągać (ściemniacz).

No i w końcu takie małe piekiełko

Żeby jednak nie było zbyt pięknie, orgowie postanowili nas na koniec sponiewierać. Z profilu trasy wynikało, że tuż przed i zaraz po przedostatnim punkcie będzie spora wspinaczka, ale potem już z górki. Lekkie fałdki, ale nie robiące specjalnego wrażenia. A-ha, akurat. Najpierw wylądowaliśmy w Błędnych Skałach. Wąskie, strome ścieżki, często z barierkami po obu stronach. Fakt, że poruszanie się między skalnymi ścianami robi wrażenie i dostarcza niezapomnianych przeżyć, ale jak ma się już w nogach około 60 km, to na każdy schodek patrzy się spode łba. Co gorsza tu odcinki w dół coraz częściej były z gatunku tych, których nie lubię. Bardzo wąsko i bardzo stromo. Na tym fragmencie trasy dosyć długo szliśmy z Olą (tzn. na trasie nie przedstawiliśmy się sobie, ale na mecie przedstawił nam ją Waldek, z którym /jakkolwiek by to nie zabrzmiało/ finiszowała). Na każdym punkcie czekał na nią mąż z maluchem, którego tuliła i dzielnie ruszała dalej. Zaimponowała mi tym, że napierała bez kijków i w asfaltowych butach. A ja na tych kamieniach,w dodatku śliskich, błogosławiłem podeszwę Vibram w moich Hokach, która wręcz kleiła się do podłoża. Nie wyobrażam sobie siebie tam w asfaltówkach. Z naszej rozmowy zapamiętałem przede wszystkim jedno. Mówiła, że na porodówce, nauczyli ją myśleć zadaniowo. Postaw sobie zadanie i myśl jak je zrealizować, bez niepotrzebnego rozkminiania tematów pobocznych. No i sumie racja. Trzeba się było skoncentrować na ciśnięciu w górę. Oczywiście tradycyjnie pod górkę Ola była szybsza i znikała za każdym zakrętem, a za to na zbiegach doganiałam ją, przeganiałem i to ona oglądała moje plecy - niestety tylko do kolejnego podejścia. Kilka razy nie chciała, żebym ją przepuścił na podejściu, więc wtedy gadaliśmy. Również Grześ już coraz rzadziej znikał z przodu. Zmęczenie powoli dawało znać o sobie. Kiedy wyszliśmy z tych Błędnych Skał, my musieliśmy sobie zrobić krótką przerwę na “jedyneczkę”, a koleżanka pobiegła dalej. Z lekkim niepokojem skojarzyłem, że to dopiero moje pierwsze sikanko od startu. Na szczęście nie odbiło się to potem w żaden negatywny sposób (a na całej trasie odcedzałem kartofelki jeszcze tylko jeden raz).

Ostatni punkt w Pasterce. Tu już znowu mieli colę, więc się nią opiłem. Wolontariusze pokrzepili nas, mówiąc, że teraz to już łatwo i z górki (nie wybaczę Wam tego, że nas tak szpetnie okłamaliście). I ruszyliśmy na ostatni odcinek. Była 16:30, przed nami 15 km, dodatkowo miało być w dół (a końcówka nawet po asfalcie), więc przeliczyłem, że na 100% dotrzemy przed 19. Ponieważ na razie było lekko w górkę, więc napisałem SMSa Anulce, kiedy ma się nas spodziewać. Spojrzałem do góry i zobaczyłem kilkadziesiąt metrów z przodu napierającego Grzesia, który znikał we mgle. Naszło mnie westernowe skojarzenie, jak z jakimś Lucky Luck. Na szczycie poczekał, razem zbiegliśmy i razem rozpoczęliśmy wspinaczkę na kolejne podejście. Byliśmy już w Česká republika. Sam nie wiem, czy to były ichniejsze skalne grzyby, czy błędne skały, czy jedno i drugie. W każdym razie najpierw pojawiły się wśród drzew pojedyncze głazy i ich formacje. Były dużo większe niż te nasze i robiły dużo większe wrażenie. Walnąłem sobie kofeinowego shota (tego kupionego na expo co miał “schodzić” dwie godziny) i włączyło mi się (jak to nazwał Grześ) Radio Kuldanek. Gadałem bez przerwy i bez ładu i składu. Do tego stopnia, że kiedy zauważyliśmy poukładane przez kogoś na dużych głazach (swoją drogą komu się chciało?) takie jakby bałwanki z małych kamieni, to zacząłem do nich gadać. Nie pamiętam o czym, ale wiem, że nazwałem je słowami z gatunku niecenzuralnych i kazałem wypier..teges. Nie posłuchały, za to rozbawiłem Grzesia. Uznaliśmy, że mamy taki zapas, że dwie minuty na ładne fotki nam nie zaszkodzą - co też uczyniliśmy.

I jakoś tak, w ciągu kilkudziesięciu metrów, ścieżka z leśnej i relatywnie stromej zamieniła się w (nie bójmy się tego słowa) przejebaną. Dookoła wyrosły skały, między nimi zrobiło się wąsko, chwilami trzeba było zadzierać nogę w górę na dobry metr. Było trudno i stromo. W dodatku Grześ zaczął narzekać na brzuch a jego twarz zaczęła przypominać kartkę papieru. Zdaje się, że nie wciągał żeli ani innego towaru, bo mu nie wchodziły. Dałem mu swojego PowerBomba, licząc na to, że dostanie eksplozji mocy (na mnie tak to działa). Nie dostał. W dodatku szczeliny między skałami robiły się coraz węższe, a ich wysokość coraz wyższa. Z kolei kiedy ścieżka prowadziła w dół pojawiały się uskoki półtora-dwumetrowe, gdzie w skale wykute były schodki, ale szerokość stopni pozwalała na postawienie stopy wyłącznie wzdłuż stopnia. Dogonił nas jakiś kolega, chyba bardzo ambitny, bo klął na czym świat stoi, że pogubił trasę i powinien być daleko z przodu. Puściliśmy go oczywiście przodem. Po jakimś czasie dogonił nas inny kolega, którego też puściliśmy. Wyleźliśmy z tego dziadostwa w końcu, trafiliśmy na fajny długi szeroki zbieg. Dogoniliśmy i przegoniliśmy jednego z kolegów, potem nawet Olę. Potem znowu zrobiło się pod górkę i Ola zniknęła z przodu, ale kolega cisnął równo z nami. Pogadaliśmy sobie trochę o tegorocznym Rzeźniku, o upodobaniach kulinarnych (opowiadał, że na wycieczkach biegowych lubi zahaczyć o wiejski spożywczak i wtrącić na miejscu dwa “śledziki na raz” budząc zgrozę sprzedawczyń) i o innych rzeczach. On też miał zamiar pokonać wszystkie trzy dystanse. W końcu stwierdził, że przyspiesza bo i tak pewnie przegonimy go na zbiegu. W tym momencie skojarzyłem, że od ładnych kilkunastu minut Grześ nie odezwał się ani słowem. Powiedział, że czuje się słabo a wyglądał jeszcze gorzej. Zostało nam wtedy może z 6 może z 7 kilometrów do mety. Nie chciałem już kombinować i przeliczać ile do mety, więc przestawiłem zegarek na tarczę, która pokazywała pozostały dystans i przewidywany czas osiągnięcia celu. Ścieżka ciągle prowadziła między tymi skałami i głazami i miałem już ich serdecznie dosyć. Chwilami musieliśmy zwijać się w chiński paragraf, żeby przecisnąć się szczeliną między ścianami. Innym razem stopień z kamienia był tak wysoki, że musiałem chwycić się korzenia (który na szczęście tam był) i podciągnąć, bo nie byłem w stanie tak wysoko podnieść nogi. Byłem już naprawdę wyczerpany i marzyłem, żeby to się skończyło, a pod adresem orgów wysyłałem tony przekleństw.

Młodszy brat Ramzesa - Kryzys

W końcu dotarliśmy do miejsca, gdzie skały zniknęły a oczom naszym ukazał się las. Ścieżka zamieniłą się w dróżkę, a jej nachylenie i ilość korzeni i kamieni pozwoliły puścić nogę. Ruszyłem więc śmiało w dół ciesząc się, że przed nami (wg wskazań zegarka) ostatnie 5 kilometrów, w dodatku zlecą moment bo są w dół - czyli szybkie. Po kilkuset metrach trasa przecinała jakąś leśną drogę, więc zatrzymałem się i odwróciłem. Ale Grzesia nie było. Po kilku chwilach pokazał się na górze dróżki. Nie biegł. Nawet nie truchtał - szedł. To był zły znak. Nawet bardzo zły. Kiedy doszedł do mnie, wyglądał bardzo źle. Był blady jakby się wapnem nasmarował, a policzki miał zapadnięte. Kucnął i powiedział, że musi odpocząć. W tym momencie moje zmęczenie gdzieś wyparowało. Chińskie oczka znowu nabrały europejskich znamion. Dziwne, bo dużo wcześniej, już tak od 50 km zastanawiałem się nad tym, że biorąc pod uwagę dystans, czas i trudność trasy jestem bardziej zmęczony niż powinienem być. Teraz poczułem się jakbym dopiero wyruszał z domu. Po chwili zbiegł z góry jakiś ultras i zagadnął czy u nas ok. Powiedziałem, że kolega musi chwilkę odsapnąć i już ruszamy dalej. Pobiegł, a my wcieliliśmy słowa w czyn. Niestety po kolejnych kilkuset metrach (a było cały czas w dół) Grześ znowu stanął bez sił i poprosił, żebym go zostawił. Że on chce tu zostać i nie da rady skończyć. Widziałem, że cierpi i widziałem że mówi serio. Zostało nam około 4,5 km, w dodatku w dół. Zostanie tam i poddanie się było kompletnie nieracjonalne. Przewidywałem, że już wszyscy nas wyprzedzili i jakby tam został sam, to mogłoby to się źle skończyć. A nawet bardzo źle. Jakby tam pizgnął się gdzieś w krzakach i zasnął to nie wiem, czy by się w ogóle obudził. Wiedziałem, że teraz jestem odpowiedzialny za to, żebyśmy obaj do mety dotarli (w limicie, czy nie - to już nie było ważne). Powiedziałem, że zostawiam go na chwilę, żeby się ogarnął i że czekam kawałek niżej. Tak też zrobiłem. Czekając wysłałem SMSa do Anulki, żeby się nie martwiła, że nas nie ma i że możemy dotrzeć nawet po limicie. Zaczynało zmierzchać, więc wyciągnąłem z plecaka i założyłem czołówkę. Poczekałem jeszcze chwilę i zawołałem do Grzesia. Odkrzyknął i zebrał się do kupy. Zaraz potem doszedł do mnie i powoli, mozolnie, ale wytrwale ruszyliśmy do przodu.

Ciężka to była końcówka. Grześ był wypłukany do zera, nie miał siły nawet stać a jednocześnie nie chciał nic zjeść. Żadnego żelu, batona, nawet izo nie chciał. Próbowałem go jakoś motywować różnymi sposobami, a to narzekając, że przez niego będziemy mieli DNFa, a to tłumacząc, że już blisko i z górki, więc na pewno damy radę, a to oszukując, że nieźle wygląda i na pewno da radę troszkę podbiec. Jakoś dotarliśmy do asfaltu i tu pozwoliłem sobie na małe kłamstwo. W stosunku do wskazań zegarka, podawałem Grzesiowi mniejszy dystans. Na 3 km powiedziałem mu, że zostało 2,5. Ale to chyba podziałało, bo kiedy byliśmy około 2 km przed metą (Grześ myślał, że półtora), zaproponował “świński trucht”. No i ruszyliśmy tym świńskim. Nie wyobrażacie sobie jaką radość może dać truchcik, bo to znaczyło, że odzyskał siły i nie padnie mi tam na poboczu i nie będę go musiał targać na plecach.

Finisz

Kiedy z powrotem wbiegliśmy do Polski, na horyzoncie, w świetle lamp dostrzegłem postać. Wydawała się jakby znajoma. Tak - to był mój najwierniejszy, ukochany kibic (który płaci ciężką nerwicą za moje biegowe wymysły). To była moja Anulka, która czekała na nas samotnie z bannerem w ręku. Przywitała nas wesoło wołając: “Nosz qrwa, ile można na was czekać?”. Rozbawiło mnie to, ale jak zadziałało na Grzesia nie wiem. W każdym razie nasz świński zamienił się w całkiem zgrabny trucht. Przechwyciliśmy banner, obiegliśmy kawałek wkoło zalewu, wbiegliśmy na mostek i nawet ostatni podbieg od mostku do mety pokonaliśmy dziarskim biegiem. Banner niestety jakoś nam się pozawijał.

Tuż za metą, czekała i wrzeszczała nasza ekipa startująca kolejnego dnia. Uściskałem się z dziewczynami, Włodkiem i Alexem, wreszcie też przytuliłem Anulkę. Słyszałem jak z głośników dobiegało: “Marcin Kuldanek - jesteś królem GUR”. Kurcze, to była fantastyczna chwila. Potem usiadłem na tronie w tej koronie i byłem naprawdę bardzo dumny.

A potem zjedliśmy makaron i balowaliśmy z ekipą do 2 w nocy (choć rano biegli swoją 53).

PS

Grześ i Waldek nie podjęli wyzwania kolejnego dnia, kolega od “śledzika na raz” tak.

Ola mimo przewagi nad nami na końcówce pogubiła trasę (razem z Waldkiem zresztą) i dobiegli parę minut po nas.

Nasza ekipa debiutantów z Dogoń: Ola, Gosia i Włodek z pomocą Alexa zrobili 50 ponad godzinę przed limitem.

Nasz rodzynek z Dogoń na 24km - Daniel zrobił bieg w świetnym czasie 2:46

Ostateczny wynik 13:37:50 czyli ponad 20 minut lepiej niż zakładany “plan A” - ale, że człowiek głupi, to niedosyt jest :P

 

Fot. 
Kacper Skubiszak Fotografia, Orgowie, własne.

Kingrunnera tworzą biegacze. Dodaj swoją relację.

pozostałe relacje