Górski Półmaraton Ślężański

Jak w Narni

Sobótka, 28.01.2019

Na Górski Zimowy Maraton Ślężański wybraliśmy się ośmioosobową grupą z Bydgoszczy. Już po raz czwarty miałam odwiedzić to piękne miejsce. Ślęża to masyw górski sięgający 718 m n.p.m., wyrastający niepozornie na równine Dolnego Śląska. Górę widać z daleka. Ślęża była w dawnych czasach ośrodkiem kultu solarnego. Była górą Druidów. Do dziś możemy oglądać pradawne rzeźby, idąc szlakiem na szczyt. Dziś zawładnęli nią turyści i biegacze. To świetne miejsce na weekendowy rodzinny wypad lub intensywny górski trening. Nocleg w schronisku mieliśmy zarezerwowany juz w dniu zapisów na bieg. Dom Turysty "Pod Wieżycą" ma swój urok szczególnie zimą. Możemy tu dobrze zjeść, wyspać się niedrogo, a czasem nawet posłuchać muzyki podczas wieczorów poetyckich. 

   Do schroniska przyjechaliśmy w piątek wieczorem. Start biegu zaplanowany był na sobotę 12.01.2019 na godzinę 9:00. Ulokowaliśmy sie w swoich pokojach, posiedzieliśmy jeszcze trochę przy pizzy, a potem herbatce i grzecznie poszliśmy spać. Pobudka o godzinie 6:00. Przygotowanie plecaka, ubrań i porannej Yerby nie zabrało dużo czasu. Reszta ekipy równie sprawnie uporała się z porannym przedbiegowym przygotowaniem. O godzinie 8:00 czekało na nich śniadanie w jadalnej części schroniska. Ja standardowo posiliłam sie owsianką i waflem z masłem orzechowym. Moja córka Ola chwilę przed startem poszła na szlak, z zamysłem pozwiedzania Ślęży, podczas gdy my będziemy się realizować w biegu. Chwilę przed 9:00 byliśmy już na starcie. Kasia zrobiła nam kilka fotek i czekała na swój start półmaratonu o 10:00. Życzyliśmy sobie powodzenia i każdy pobiegł swoim tempem. Na początku biegłam z Sylwią. Po kilku kilometrach jednak stwierdziłam, że jest mi za gorąco i ściągnęłam kurtkę, a Sylwia pobiegła dalej. Do około 8. kilometra trasa była bardzo błotnista, ale im wyżej, tym bardziej pokryta śniegiem, aż w końcu w ogóle nie było widać błota. Założyłam kolce. Dwie dziewczyny, z którymi mijałyśmy sie co jakiś czas, również postanowiły je założyć. Uśmiechnęłm się do nich i pobiegłam dalej.

  Pnąc się coraz wyżej, nie mogłam oprzeć się, by nie przystanąć co jakiś czas i nie zrobić zdjęć. W ogóle miałam wrażenie, że robię więcej zdjęć niż pokonuję metrów, ale to było silniejsze ode mnie. To były widoki rodem z Narni. Przypominał mi się film, który wielokorotnie widziałam i mogę oglądać w nieskończoność. Te zmrożone gałązki, sople zwisające i wąskie ośnieżone ścieżki, kamienne schody i cały ten zimowy klimat sprawiły, że przestałam myśleć o tym, ile mam czasu do końca biegu, ile ludzi mnie minęło. Nie zwróciłam nawet uwagi, kiedy mineły mnie moje dwie koleżanki "od kolców". To wszystko przestało mieć znaczenie. Pomysł organizatorów z zejściem przy pomocy liny jak zawsze mnie zachwycił. Wolontariusze pomimo chłodu czekali uśmiechnięci i każdego instruowali jak poprawnie zejść, żeby nie zrobić sobie krzywdy. Podobnie zresztą na punktach żywnoścowych. Pytali czy uzupełnić bukłak, pomóc w czymś. Myślę, że biegacze czuli, że byli otoczeni dobrą opieką. Było tu wszystko, czego biegaczowi trzeba podczas zimowego biegu. 

Wdrapałam się w końcu na sam szczyt Ślęży, gdzie stoi kościół zbudowany przez Augustianów i kamienny niedźwiedź. Kolejny nieziemski widok zimą! 

Zatrzymałam się na chwilę, by znów popstrykać foty. Co jakiś czas zerkałam na telefon, gdzie aktualnie znajduje sie moja Ola. I tutaj właśnie wyprzedziła mnie czołówka półmaratonu. Pomyślalam, jak mało czasu mi zostało, by zmieścić się w limicie. Zaczęłam zbiegać. Mijałam turystów wchodzących na szczyt. Dopiero teraz poczułam się jak na biegu, hahaha. Kilka kilometrów przed metą/startem trasa znów zaczęła sie robić bardzo błotnista. Miejscami nie było mowy o bieganiu. To był raczej marszobieg. Czułam, że stopy pływają w butach. Kilka metrów przede mną ujrzałam biegacza, którego wyraźnie męczyły skurcze. Podbiegłam do niego i poczęstowałam daktylami. Skorzystał, podziękował, a ja pobiegłam dalej. Jakieś dwa kilometry później ów biegacz mnie dogonił i jeszcze raz podziękował, twierdząc, że daktyle pomogły i czuje sie już lepiej. Do samej mety biegliśmy już razem i opowiadaliśmy o tym, jak zaczęła się nasza przygoda z bieganiem, gdzie aktualnie biegamy, itp. Nawet nie wiem, kiedy dotarliśmy do mety. Zazdrościłam koledze, że już kończy bieg. Pożegnaliśmy się. Posiliłam się bananem oraz gorącą herbatą i... pobiegłam na drugą pętlę. 

Druga pętla niemal od razu pnie się prawie pionowo w górę, wprost na wieżę Bismarcka

Wdrapując się tam, zobaczyłam fotografa, który schodził już w dół. Pomyślałam, że zapewne jestem ostatnia na trasie maratonu. Ach te moje foty. To przez nie. Ale tak dużo fajnych zdjęć już dawno nie zrobiłam. Postałam chwilę na Wieżycy, zwanej niegdyś Górą Kościuszki. Popatrzyłam jeszcze na wieżę i zdecydowałam, że wracam. Miałam już dosyć zdjęć tych cudnych zakamarków Ślęży, aby móc sie nimi pochwalić. Tym razem postawiłam na przyjemność. Mam tak czasem. Ukończyłam półmaraton "z kawałkiem". Cieszę się, że mogłam kolejny raz uczestniczyć z tym biegu, który tworzą ludzie z pasją. Klimat imprezy jest niesamowity. Gratuluję organizatorom kolejnego fajnego biegu. 

Gratuluję również mojej ekipie oraz mężowi Wojciechowi, a w szczególności Sylwii, która pomimo (nieświadomie) złamanej ręki, dobiegła do mety maratonu. Jej pierwszego maratonu.

Gratuluję również mojej córce Oli, która nie bała się wybrać na samotną wycieczkę po masywie Ślęży i mimo że zabłądziła, to nie spanikowała i poradziła sobie sama.

To są przykłady, że wszystko jest w głowie. Moja głowa tym razem była nastawiona na zachwycanie się okolocznościami przyrody. W końcu to była podróż w poszukiwaniu śniegu, którego mamy ostatnio jak na lekarstwo.  

Zdjęcia własne oraz zapożyczone ze strony biegu.

Dziękuję #forsportpolska

 #fordonrunner#mojadietacud 

Kingrunnera tworzą biegacze. Dodaj swoją relację.

pozostałe relacje