ETAPOWA TRIADA - SUPER ULTRA 80km

Jadąc na Triadę nie wiedziałam na co się piszę

Krościenko nad Dunajcem, 07.07.2021

Postanowiłam zapisać się na Triadę, ponieważ ciekawiła mnie forma etapowego pokonywania dystansu i dlatego, że będę mogła odhaczyć kolejne miejsce na mojej biegowej mapie. Decyzja o tym, którą wersję wybieram zapadła w ułamku sekundy - oczywiście wariant najdłuższy! 3 etapy: 33, 6 i 39 kilometrów w ciągu dwóch dni - to brzmi jak niezły wycisk. 

Tekst: Katarzyna Kłęczek, zdjęcia: Radek Piasecki, Ultra Lovers

Jadąc na Triadę nie wiedziałam na co się piszę, te dwa dni były cięższe dla psychiki niż dla nóg. Ciężko przepracowałam ostatnie pół roku, więc fizycznie czułam, że jestem naprawdę dobrze przygotowana.

Dobry humor popsuła mi prognoza pogody, nienawidzę deszczu, a miało lać przez cały weekend. Na szczęście prognozy pogody nie zawsze się sprawdzają. Padało tylko w przerwach między kolejnymi etapami i na pewno nie były to zapowiadane ulewy, więc na starcie stanęłam zmotywowana i w dobrym nastroju. 


Każdy etap był totalnie inny, na swój sposób trudny i ciekawy. Przed startem myślałam, że najcięższy będzie etap pierwszy ze względu na ilość przewyższeń, jednak okazało się, że był całkiem przyjemny i łatwy do zaplanowania. Góra-dół-góra-dół z małym, płaskim odcinkiem asfaltowym. 

Podchodząc pod górę czułam się wyjątkowo mocna, wchodzenie z kijkami  robi robotę, trzeba się namachać, ale nogi aż tak bardzo nie cierpią. 

Największym moim problemem były zbiegi po kamieniach i błocie. Nie potrafię się rozpędzić i zaryzykować, wystarczy że lekko się potknę i zaraz zaciągam hamulec ręczny. Dziewczyna za mną dogoniła mnie po pierwszym dużym zbiegu. Na punkt wbiegłam z kilkusekundową przewagą, wiedziałam że teraz muszę dać z siebie więcej. Po punkcie czekało nas kolejne podejście, ścianka pod wieżę. Nie oglądając się za siebie poszłam bardzo mocno w górę, bo wiedziałam, że tu mogę najwięcej nadrobić. Na szczęście zbieg w stronę mety nie był już tak bardzo wymagający i mogłam się rozpędzić. Ostatnie kilometry to stromy asfalt, ale słysząc metę człowiek dostaje dodatkowej energii. Dobiegam jako pierwsza... I teraz chwilowa radość i jednocześnie strach - co jeżeli za bardzo poszalałam? Jeżeli nie dam rady już więcej? Jeszcze dwa starty. Szybka kąpiel w Dunajcu i odpoczynek przed kolejnym etapem. 

 

Naleśniki na słodko zjedzone, nogi wysmarowane maścią chłodzącą, opaski kompresyjne założone. Szybka akcja-regeneracja. Za oknem ulewa, dwie godzinki nerwowo przespane, wstaję z łóżka zaskoczona dobrym stanem swoich nóg. Czas na etap II. Na starcie już tłoczno. Czołówka jest, wianek jest, kije są. Wiem że wiele osób dziwiło się, że na tak krótką trasę biorę kije, ale muszę stwierdzić, że mi dużo pomogły. 

Dziki ruszyły, ja za nimi, pierwszy kilometr po 4:00 - nie wiedziałam, że mogę się tak rozpędzić po porannym biegu. Zaczęło się podejście, było kamieniste i jednocześnie błotne, wtedy pierwszy raz pożałowałam  wyboru butów. Jestem osobą, która totalnie nie potrafi sobie dobrać butów trailowych i wystartowałam w asfaltowych Brooksach, bo skoro sprawdziły się na rzeźnickim błocie, to czemu teraz miałyby nie dać rady. Nawet nie wiem kiedy i nagle wybił 3 km, śliski zbieg w dół i kolejny raz brak terenowego bieżnika dał mi się we znaki.  Chwila na asfalcie i przed oczami ukazuje się oświetlony już czołówkami stok narciarski. Pod górę daję z siebie wszystko, niestety z górki to już była jazda bez trzymanki. Po 5 upadku zastanawiałam się czy w ogóle opłaca się wstać czy nie lepiej zjechać tak na dół. Obawiałam się o stan swoich spodenek, dobrze, że było ciemno i za dużo nie było widać. Był to tak krótki bieg, że minął mi błyskawicznie, człowiek nastawiony na ultra, a tu tylko taka szósteczka. Wpadam na metę jako pierwsza kobieta z dystansu Super Ultra - druga wygrana. Wtedy zaczęłam realnie myśleć o walce o zwycięstwo. Sama sobie przez to narzuciłam presję. Starałam się nie udzielać w internecie, ale fanpage Etapowej Triady relacjonował na bieżąco wyniki i wielu znajomych już wiedziało, że wygrałam kolejny etap, posypały sie gratulacje, co potęgowało i tak spory już stres i presję.

 

Niedziela rano, strach wstać z łóżka. Co to będzie, czy wytrzymam fizycznie? Nogi okazały się być w bardzo dobrym, jak na takie przejścia stanie, czy adrenalina może tak znieczulać? Ubite uda, bolące kolano - bałam się, że będzie gorzej. 

Na starcie szybki rzut oka na innych, w moim odczuciu wszyscy wyglądali świeżo, jakby w ogóle nie byli zmęczeni. Start i od razu mocne podejście, niech się dzieje. Ruszyłam mocno, wiedziałam że mam 8 minut zapasu, ale taką przewagę na długim dystansie można bez problemu stracić, więc atakuję od początku. Cały bieg był przeplatany podbiegami i zbiegami, tempo szarpane, po paru kilometrach, tak samo jak dzień wcześniej, na szczycie czekał Pan Fotograf. Już byłam cała spocona i zgrzana, to chociaż do zdjęcia się uśmiechnę. Po 19 km pierwszy punkt odżywczy, tam czekał mój mąż, żeby podać mi wodę i sprawdzić jak się czuję. Kopniak motywacyjny i cisnę pod górę jeszcze mocniej. W pewnym momencie zostaję sama, nikogo za mną, nikogo przede mną, dobrze że organizator kazał mieć track w zegarku. Trasa wiodła szlakami i była dobrze oznaczona, jednak lecąc z góry i patrząc pod nogi można przegapić ostry skręt w las. Na szczęście Garmin pilnował. Było parę miejsc, w których na chwilę się zatrzymałam, żeby chociaż przez sekundkę podziwiać widoki, na pewno kiedyś tam wrócę na spokojnie. Kolejny punkt, uzupełniam wodę, patrzę na te wszystkie słodycze, owoce i inne pyszności, a do tego dochodzi jeszcze zapach kiełbasek z ogniska, który sprawiał, że człowiek robi się głodny. Niestety żołądek nie pozwala nic zjeść. Wszyscy mijani po drodze ludzie są uśmiechnięci, życzliwi, mocno zagrzewają do walki. Wybija 32 km i zbliżam sie do ostatniego podejścia, minęło mnie tam paru dzików z dystansu ultra. Kilka słów otuchy i lecimy dalej. Niedługo potem spotykamy Kacpra, który mówi, że jeszcze tylko 5 km do mety i tu zaczął się mój kryzys, na szczęście jedyny podczas całej imprezy. Nie wiem w sumie nawet czemu, do końca tylko z górki, nic jakoś szczególnie nie bolało, chyba po prostu byłam już totalnie wykończona. Dwa kilometry od mety doszło do mnie, że wygram, że wystarczy tylko bezpiecznie dotrzeć do mety, zeszły ze mnie wszystkie emocje, chciało mi sie płakać ze szczęścia i jednocześnie ze zmęczenia.

Słychać już muzykę, na drodze coraz więcej kibicujących ludzi, widzę już metę. Koniec! Wygrałam! Nie spodziewałam się zwycięstwa w generalce, a już na pewno nie kompletu zwycięstw etapowych, marzyła mi się walka o podium. Siadam za linią mety, znowu płacz i prośba o piwo, dajcie mi zimne piwo! 

 

Z Krościenka wyjechałam zmęczona, obolała, ale na pewno naładowana pozytywnymi emocjami i szczęśliwa. Organizatorzy postarali się o fantastyczną atmosferę i oprawę. Nie jest to może największy bieg, ale dzięki swojej specyfice na pewno zajmuje w biegowym światku swoje miejsce i jest ono w pełni zasłużone. Każdy biegacz górski znajdzie tutaj dystans dla siebie, a jak ktoś boi się rzucić na ultra, to na początek może sobie ten dystans podzielić na raty, chociaż nie jestem do końca pewna czy ta forma biegu jest łatwiejsza niż "na raz".

Etapowa triada to z pewnością jeden z tych biegów o których długo się mówi, których się nie zapomina i na które chce się wracać.

Kingrunnera tworzą biegacze. Dodaj swoją relację.

pozostałe relacje