adidas INFINITE TRAILS - SZTAFETA 25/60/40km

Dwa ultra w tydzień, czyli uważaj na to, o czym marzysz

Gestein, 27.11.2019

Coś naprawdę jest w powiedzeniu „uważaj, o czym marzysz, bo może się spełnić”. Bo jak wytłumaczyć fakt, że od dawna miałam ochotę pobiec w sztafecie, wybrać się gdzieś kamperem i bywać (tfu! biegać!) jak najwięcej w takich górach – prawdziwych, wysokich, skalistych. No i bach! Dostałam aż w nadmiarze!

Tekst: Justyna Jasłowska

Zdjęcie główne: Marek Ogień

Praktycznie cały maj aż do końca czerwca spędziłam we włoskich Alpach, Dolomitach, Tatrach, Bieszczadach i znów w Alpach – austriackich. Co się pod tym kryje? Kilka półmaratonów „plus” i dwa biegi ultra. Szaleństwo? Ryzyko? Zabawa? Zawsze są zyski i straty. Pocztówkowe widoki, paznokcie, które odeszły, trochę bąbli, dużo makaronu, bezcenne doświadczenia, niezapomniane widoki, końskie zdrowie albo jego brak, emocje na trasie, mocne nogi i słaba głowa, a potem zimna głowa i ciężkie nogi. Ale nie narzekam 

Zdjęcie: Ian Corless @infinitetrailswch

Żeby pisać o Infinity Trail World Championships, nie mogę nie wspomnieć o pokonanym niecały tydzień wcześniej Rzeźniku (II miejsce w parach mix z Januszem Kostką). A nawet o poprzedzającym go intensywnym czasie. Od majówki do czerwcówki startowałam co tydzień, traktując te zawody jako treningi przed koronnym biegiem sezonu (Rzeźnik). Były dwa piękne starty we Włoszech  5 maja na 21-kilometrowej trasie Lago Magiorre we włoskich Alpach, lokalne, urokliwe terenowe biegi w Polsce, Bieg Sokoła w Tatrach, a następnie półmaraton Dolomiti Extreme Trail.  

Gdy byłam w Dolomitach, dostałam wspaniałą wiadomość  zostałam zaproszona do udziału w sztafecie Infiniti Trail w Austrii. To było tydzień przed Rzeźnikiem. Na koniec czerwca miałam już zaplanowane roztrenowanie. Wtedy jednak dostałam SMS z pytaniem o moje plany między 27 a 29 czerwca. Bwłaśnie wtedy jest taka superimpreza i czy nie chciałabym wziąć w niej udziału i przebiec tylko 60 km. Pozostałe fragmenty sztafety są już obsadzone  27 km (pierwsza pętla) biegnie Marek Ogień, a 40 km (pętla trzecia) Dominika Stelmach. Dla mnie część druga  najpiękniejsza trasa, najwięcej widoków, przewyższeń kilometrów... 

Oczywiście, że się decydujęZe świadomością, że zważywszy na mój stan, to zakrawa o szaleństwo. Ale też podchodzę do tego ze spokojem i bez oczekiwań mocnego ścigania. Choćbym bardzo chciała, to nie wycisnę za wiele na tym etapie. Martwię się już o siebie na zapas, ale jeszcze bardziej się cieszę. 

Zdjęcie: Christian Waldeger @infinitetrailswch

Na początek kilka słów o zasadach imprezy (mogliście też przeczytać o tym w ULTRA nr 23). Infinity Trail World Championships są rozgrywane na szlakach wokół austriackich Gestain i Badhofgestain. Organizatorem jest adidas TERREX.  

Okolica żyje wydarzeniem przez cztery dni. Wygląda to zabawnie, bo na ulicach można spotkać praktycznie tylko biegaczy oraz emerytów korzystających z walorów tamtejszych kurortów.  

Impreza ma ciekawy sposób organizacji. Startować mogą tylko sztafety – drużyny trzyosobowe. Do pokonania jest łącznie 127 kmPętla pierwsza to 27 km, druga  60 km i tzrecia  40 km. 

Kolejność startu danej drużyny (pierwszego zawodnika w sztafecie) ustalana jest na podstawie wyników uzyskanych w prologu  biegu na 15km i 1000 m przewyższenia, w którym biegną wszystkie drużyny na dwa dni przed głównym startem (w prologu mogą też startować zawodnicy solo, którzy nie zebrali ekipy do sztafety). Z jednej strony ma to sens, a z drugiej  można się nieźle wyeksploatować, walcząc na prologu. Warto się dogadać ze swoją ekipą, kto ma cisnąć, a kto trzymać moc na sobotę. Na 180 teamów naszemu przypadło zaszczytne 72. miejsce. Oznaczało to, że o 4:19 rano pierwszy zawodnik naszej sztafetyMarekstanie na starcie. 

Zdjęcie: Marek Ogień

Do Gestein jedziemy dużą ekipą  kamper i dwa samochody osobowe. Plan to dużo zdjęć i video, jedzie z nami mega fotograf i świetna ekipa filmowa. Wyruszamy z Warszawy o 5.00. Podróż zajmuje cały dzień, z postojem w Czechach na obiad  zamawiam coś lokalnego (dla mnie egzotycznego)  domowej roboty makaron w sosie z jajecznicy. Lub jajecznicę z makaronem. Niezła opcja na carboloading. Do tego doskonały pilsnerkofola i ruszamy dalej. Wszystko cudownie, gdyby nie to cholerne latoJest trzydzieści kilka stopni i nic nie zapowiada, by podczas zawodów było chłodniej. Wypieram trwogę z głowy, ale i tak nie mogę zapomnieć, że to mi przypadnie niczym nieskrępowane 60 km kontaktu ze słońcem w górach! 

Zdjęcie: Marek Ogień

Cieszyć się chwilą, zauważać piękno trasy, zauważać siebie, czuć przyjemność z biegania, ukończyć z satysfakcją, doświadczać, dobrze się bawić  takie były moje założenia na ten start. Bardzo potrzebowałam już fizycznego odpoczynku, a głowa też niechętnie stawała do walkiDlatego pomimo faktu, że pierwszy raz w życiu nie zmieściłam się w limicie, cieszyłam się z tego startu chyba bardziej niż z wygranych zawodów.

Zdjęcie: Marek Ogień

Á propos limitów  miałam czas od przybycia Marka na metę do godz. 19.00. Wydawało się, że to dużo, a jednak zabrakło mi tych kilku minut, żeby przybić Dominice piątkę na jej starcie, a mojej mecie. Wystartowała o 19.00. Zasada mówiła, że zawodnik z trzeciej pętli musi wystartować najpóźniej tej godzinie, nawet jeśli poprzednik jeszcze nie dotarł. A ja, mimo że gnałam, ile mogłam, na ostatnich kilometrach się z nią minęłam... W efekcie Domi musiała biec w nocy i uciekać przed krowami, a nasza drużyna nie została sklasyfikowana. Jak zresztą wiele innych. 

Dominika Stelmach: „Uważam, że potrzeba takich biegów, które integrują ludzi. Które polegają na wspólnym wysiłku, a jednocześnie pozwalają spędzić dużo czasu ze sobą”. 

Zdjęcie: Manuel Marktl @infinitetrailswch

Marek Ogień: „To był mój pierwszy taki bieg w życiu. Zawsze lubiłem biegać po górach, ale nigdy nie sądziłem, że zawody dostarczą mi tyle adrenaliny. Na początku byłem przerażony! Patrzę w górę i myślę o tym, że na pierwszych 10km mam do pokonania 1900 m przewyższenia. W sumie nawet nie bałem się tak podbiegu, jak samego zbiegu. Całe 27 km to fantastyczna trasa, trochę za stromo na pierwszych zbiegach, ale później już było bardzo sympatycznie. Na mecie stawiłem się z czasem 4:05, choć wciąż miałem sporo siły. Myślę, że gdybym miał więcej takich biegów za sobą, podjąłbym ryzyko na 15km i przyspieszył. Jestem przekonany że następnym razem będzie ku temu okazja”. 

Zdjęcie: Marek Ogień

Mój prawie 11-godzinny występ był jednym z najpiękniejszych doświadczeń biegowych, jakie ostatnio mnie spotkały. Choć było to bardzo niewskazane z treningowego punktu widzenia to, było mi to bardzo potrzebne. Zaczęło się trochę nerwowo. Na podstawie obliczeń ustaliliśmy z Markiem, że będzie na mecie ok. godz. 8:40. Zatem na spokojnie zamierzałam być gotowa do wyjścia o 7:30. Tymczasem GPS Marka wskazywał, że zbliża się do mety już o 7:15! W popłochu, niedojedzona i z nieogarniętą poranną toaletą biegiem lecę na start. Po drodze w biegu dopinam plecak i resztę garderoby! Czekamy, czekamy, czekamy... Zaczyna już mocno grzać słońce. Okazuje się, że pomiary GPS powariowałyMarek będzie za godzinę, tak jak planowaliśmy. 

Czekamy. I nie ma nudy ani stresu. Strefa zmian kipi od emocji. Wpadają kolejni zawodnicy z pierwszej części, ruszają następni. Wszystko w dobrej oprawie spikerskiej i z poglądem na telebimach. W końcu dobiega Marek, przekazuje mi kijki (pierwszy raz na poważnie biorę kije na trasę i zmierzam ich użyć). Ruszam. Pierwsze kilometry przez violet carpet we wrzawie kibiców, potem przez wąskie, kręte uliczki Gestain przy aplauzie obserwujących, a dalej już kameralnie, widokowo i póki co przyjemnie niegorąco.

Zdjęcie: J. Skorpil @infinitetrailswch

Truchtam i przekraczam kolejne bramy do szczytów czyli drewniane furtki, które nie wiem po co postawiono na szlaku. Biegnę sama i od pierwszych kroków czuję ciężar ciała i lekkość bytu. Jestem tu i teraz. Doceniam. Patrzę. Podziwiam. Z niczym nie walczę. Niczego nie eliminuję. Szanuję swoje styrane nogi, obolałe stopy i palce bez paznokci. Postanawiam ten bieg w całości pokonać świadomie i nie dać się żadnemu kryzysowi. Godnie, choć wcale nie szybko dotrzeć do mety. Do zdobycia mam dwa szczyty – Graukogel (2500 n.p.m.) i Stubnerkogel (2300 m). Zapowiada się prawdziwe górskie bieganie – dużo podejść, ostrej skały, miękkiego szlaku, trudnych zbiegów, odcinków ze śniegiem. 

Najwięcej frajdy miałam właśnie na tych trudniejszych fragmentach  na końcowym podejściu pod Graukogel przy użyciu rąk i nóg. Mogłabym tak trzy razy dłużej! Czułam się najlepiej na ostrej i wąskiej grani, gdzie niejeden twardziel skoczny jak kozica miał strach w oczach i z kłusu przechodził w ostrożne podchody niemal na czworaka. No i krótkie zbiegi w głębokim, mokrym śniegu – to też mnie urzekło.

Zdjęcie: Ian Corless @infinitetrailswch

Mocne, kręte, skaliste zbiegi nie są moją mocną stroną, ale to jednak na zbiegach zawsze nadrabiam dużo czasu. Mam wrażenie, że pędzę wtedy w dół i jestem w swoim żywiole. Tym razem jednak ból obitych paznokci, bąble na palcach i niezregenerowane czwórki sprawiły, że zbiegi stały się zejściami. I to bokiem. Straciłam na nich bardzo dużo czasu. Ostatni zbieg na krótko przed metą był najgorszy. To mogła być szansa, by trochę odetchnąć po mocnych podejściach i całej trasie. Zawsze byłam zachwycona takimi końcówkami zawodów. Ale nie w tym przypadku! Gdy na ostatnim punkcie kontrolnym spotykam naszą ekipę supportującą i filmowców, cieszę się jak szalona i nawet coś tam tańczęJest radość, bo wiem, że wszystkie szczyty już mam za sobą i do mety zostało tylko kilkanaście kilometrów. I to w dół! Chłopaki mówią mi, że prawdopodobnie nie zdążę dobiec do 19.00 i chyba nie będziemy sklasyfikowani... Nie dowierzam. Staram się wykorzystać zbieg, ale nogi nie puszczają. Biegnę na bardziej płaskich i lekko podniesionych fragmentach, ale z górki pierwszy raz w życiu niestety schodzę rakiem. Na 4 km przed metą mam ok. 15 min do limitu, wyprzedzam kilka osób, pokonuję wszystko, co spotkam na drodze, ale niestety nie udaje się... 

Zdjęcie: J. Skorpil @infinitetrailswch

Nie pamiętam technicznych szczegółów  czasów, międzyczasów, przewyższeń, sum, wysokości i innych liczb z zegarka oraz naklejonego na przedramieniu profilu trasy. 

Zawsze po biegu robię sobie analizęczego mnie ten bieg nauczył, czego doświadczyłam, co było moją mocną stroną, a co słabą. Co na trasie było trudne, a co sprzyjające. Zapamiętałam widoki. Piękne jeziora w dolinach, imponujące, wysokie, chude, białe wodospady na tle czarnych, pionowych skał. Ośnieżone alpejskie szczyty aż po horyzont. Zielone, malownicze, kwieciste łąki. Krowy, kozice i ptaki. Cisza i dźwięki dzwonków. Małe wioski z dopieszczonymi domkami i ogródkami. Drewniane chatki. Niemal całą trasę pokonuję w samotności, a to wyczula zmysły. 

Co do organizacji biegu  piątka z plusem! Punkty odżywcze usytuowane bardzo często. Zaryzykuję stwierdzeniem, że można by na to ultra wybrać się bez jedzenia i z niewielką ilością picia. Na luzie dałoby radę. Oznaczenia pierwsza klasa! Strzałki, tyczki, taśmy, kropki i właściwi ludzie na posterunkach zagrzewający do biegu. Nie było opcji, żeby się zgubić!

Zdjęcie: Manuel Marktl @infinitetrailswch

Jedyny minus to identyczne wyżywienie na punktach  cała gama żeli, musów, owoce, przegryzki, izo, cola, woda. Wszędzie dokładnie to samo. I brak treściwego jedzenia jak kanapeczka, ziemniaczki lub ciepła zupa. Tego bym sobie życzyła na 60-kilometrowej trasie po górach. Ale dało radę! Nie byłam wyczerpana ani nie miałam najmniejszych problemów z brzuchem. Podobało mi się też to, że na punktach żywieniowych w większości zaangażowani byli seniorzy, mili starsi państwo, którzy służyli pomocą. 

Oprócz wrażeń z trasy chcę podzielić się również opinią o strefie zawodnika. Poza standardową ofertą stoisk expo można było wypożyczyć czy przetestować obuwie i odzież, przygotować sobie ekologiczną koszulkę, skorzystać z masażu manualnego lub za pomocą compeksa. Wszystko bezpłatnie. Podobał mi się sposób zagospodarowania przestrzeni. Możliwość odpoczynku na wygodnych sakwach, ławeczkach, leżakach lub na trawie. Fajne i godne pochwały było podanie posiłków  w szklanych lub drewnianych naczyniach. Zero plastiku i śmieci. No i jedzenie też świetne, głównie pomysłowa kuchnia roślinna. I jeszcze muzyka  akustyczna gitara i dobrze, nienachalnie wykonane na żywo covery. 

Zdjęcie: Marek Ogień

Cóż dodać na koniec? Impreza na pewno warta polecenia. Można pobiec solo w prologu, ale największa frajda to dzielić się mocą i wrażeniami jako sztafeta. Śmiało zaznaczajcie w kalendarzach. Tylko nie decydujcie się na żadne ultra kilka dni wcześniej 

Justyna Jasłowska  

Pochodzi z Beskidu Niskiego, od kilku lat biega po górach, lubi startować w trudnych warunkach. Na co dzień fizjoterapeutka i trenerka. Dzięki bieganiu poznaje świat i siebie. Miłośniczka kuchni roślinnej, snu, kawy i czerwonego wina. Wierzy, że pasja może ukierunkować życie i stać się na nie sposobem. 

Kingrunnera tworzą biegacze. Dodaj swoją relację.

pozostałe relacje