Tatra Sky Marathon

Dowiesz się z gazety, kto przeżyje swoją śmierć.

Kościelisko, 18.01.2021

Nad Iwaniacką Przełęczą, 25 lipca 2020, 11:45. 
„Co się stało?”, pytam schodzącego Przemka. „Skurcze mnie pokonały, nie zawsze ma się swój dzień”, odpowiada, „ale ty napieraj, dasz radę!” No więc napieram, na ile mogę, ale pomału umieram. Kryzys trwa od początku podejścia z Hali Ornak. Początek przez Czerwone Wierchy najwyraźniej był w moim wykonaniu zbyt optymistyczny. Doskonale znane mi z treningów, niekończące się i mega strome kamienne schody na Ornak. Mroczki przed oczami, kręci mi się w głowie. „Nie dowiesz się z gazety...” – włącza mi się w głowie stara Budka Suflera. „Przecież po to tu jesteś, żeby się właśnie dowiedzieli”, odpowiada ten drugi głos, „więc musisz to skończyć, żeby mieć o czym napisać!” 

Tekst: Kamil Weinberg, zdjęcie główne: Golden Goat Production, zdjęcie w tekście: Kamil Weinberg, Piotr Oleszak 

Ostry cień mgły Wyżnia Kondracka Przełęcz, 8:53 

Dwadzieścia minut nadróby!”, rzucam do idącego za mną Michała, kiedy po pokonaniu skalnych progów podchodzimy ostatnim stromym fragmentem czerwonego szlaku na rozdroże pod Giewontem. Po niedawnym treningu na tej trasie liczyłem, że będę tu w dwie godziny. To właśnie wtedy, po zbiegu ze Śpiącego Rycerza trzy tygodnie temu, dałem się namówić na wieczorny mecz siatkówki. Wyskok do piłki, lądowanie i coś zakłuło w kolanie. Na zbiegach boli do tej pory. Pozbawiony swojej najmocniejszej broni, pewnie dlatego podświadomie napieram szybciej pod górę. Oby to się później nie zemściło. 

 

Tatra Skymarathon wystartował z Chotarza o 7:15. W jednej fali, bo w ostatniej chwili zwiększono limit uczestników imprez sportowych do 250osób. Dziwny w ogóle jest ten sezon. Już się przyzwyczaiłem, że nie można niczego planować. Losy Tatrzańskiego Festiwalu Biegowego długo były niepewne, ale się udało. Kilka dni temu odwołali mi z kolei Prokletije SkyUltra w połowie sierpnia, choć wszystko wydawało się na dobrej drodze i Czarnogóra właśnie zaczęła wpuszczać Polaków bez kwarantanny. No nic, cieszmy się chwilą... 

Tym bardziej się cieszymy, że pogoda póki co wytrzymuje. Wszelkie prognozy zapowiadały burzowy armagedon i ostry cień mgły. Jest parno i na wschodzie zbiera się ciemna chmura, ale nie wygląda to aż tak groźnie. Krótki zbieg, nieco dłuższe podejście, i na Kopie Kondrackiej odhaczamy się po dwóch godzinach i trzech minutach od startu wraz z Michałem oraz poznanym przed chwilą Jonathanem, mieszkającym w Warszawie Anglikiem. Dla niego to pierwszy tak trudny bieg w górach. Ten pierwszy z kolei... mniej niż tydzień temu ukończył 240-kilomerowy Bieg 7 Szczytów. Ale podobno tylko wariaci są coś warci. 

Pies, co wpadł do wody Krzesanica, 9:45 

Wszystkie cztery Czerwone Wierchy przelatujemy szybko, może dzięki wspaniałemu dopingowi wolontariuszy (No przecież napieram” „Nie masz napierać, tylko napier***!). Z Ciemniaka czeka nas długi zbieg aż na Halę Ornak, do pierwszego z dwóch bufetów. Zbiegam dosyć zachowawczo, tak powiedzmy na 75 procent możliwości. Bardziej przez blokadę w głowie niż rzeczywisty ból kolana. Lecz i tak szybko zostawiam za sobą towarzyszy, a po chwili wyprzedzam grupki kolejnych współzawodników. Do zbiegania mam chyba naturalny talent. Dowiedziałem się o tym z praktyki, jak tylko zacząłem biegać w górach. Trochę jak pies, który wpada pierwszy raz do wody i zdaje sobie sprawę, że umie pływać. 


Na Chudej Przełączce skręt w lewo w zielony szlak. Długi trawers, kilka technicznych odcinków stromiej w dół przez kosówkę i skałki, aż w końcu dawne rozstaje szlaków. Ten prowadzący na Tomanową Przełęcz został bezsensownie zamknięty w 2009 r. Bezsensownie, gdyż i tak prawie nikt nim nie chodził i zadeptanie w tym miejscu tatrzańskiej przyrodzie nie groziło. Decyzję tę podjęto na prośbę Słowaków, którzy obawiali się jakoby, że po otwarciu granicy w związku z wprowadzeniem strefy Schengen wracać będą przez tę przełęcz hordy polskich turystów z Kasprowego i Dolina Cicha przestanie już być taka cicha. Trudno o większą bzdurę, bo mało komu z wjeżdżających kolejką chce się iść gdziekolwiek dalej, a ci najambitniejsi poprzestają na Świnicy albo Czerwonych Wierchach. 

Po krótkim zbiegu Doliną Tomanową wpadam na punkt koło schroniska na Hali Ornak. 52 minuty z Ciemniaka, nieco ponad trzy i pół godziny od startu, prawie pół godziny do przodu wobec założeń. Chwila na przegryzkę i popitkę – najbardziej jak zwykle pomagają mi arbuzy – i ruszam, ale czuję się zmęczony. A więc jednak za szybki start się zemścił. Chyba po to wyrobiłem nadróbkę, by teraz mieć z czego tracić. 

 

Noc komety Iwaniacka Przełęcz, 11:30 

Wkrótce po wyjściu wyprzedza mnie kilkoro współzawodników, a ja nie mam siły ich gonić. To tylko kryzys, musisz sam to zwalczyć – powtarzam sobie – każdy kryzys kiedyś przechodzi. Z pewną ulgą witam rozświetlenie między świerkami na szerokim siodle Iwaniackiej Przełęczy. 

Były to jednak złe złego początki, a nawet jeszcze gorszego. Zamiast się rozkręcić, na niemożliwie stromym podejściu na Ornak idę coraz wolniej i sapię coraz głośniej, niczym himalaista na ośmiotysięczniku. Bynajmniej nie poprawia mi humoru widok schodzącego Przemka, który najwyraźniej odpuścił dalsze ściganie. Skurcze mnie pokonały, nie zawsze ma się swój dzień”, potwierdza, „ale ty napieraj, dasz radę! 

A więc napieram, chociaż mam mroczki przed oczami i kręci mi się w głowie. Kiedy tak pomału umieram, przypomina mi się Noc komety Budki Suflera. „Nie dowiesz się z gazety, kto przeżyje swoją śmierć” – śpiewam w myślach, i od razu zaczynam się śmiać, aż zawodnik kilka metrów nade mną się odwraca. Przecież po to tu jestem, żeby się właśnie dowiedzieli – dociera do mnie – więc muszę to skończyć, żeby mieć o czym napisać! 

Z taką motywacją nie da się nie przyspieszyć. Psycha rośnie mi również wraz ze stopniowym zbliżaniem się znajomych szczytów po lewej w Głównej Grani Tatr, na których oficjalnie mnie nie było. Przed pierwszym z wierzchołków Ornaku teren się nieco wypłaszcza. Po pokonaniu kolejnych garbów – jak zwykle wkurzających, bo tylko dodających przewyższenia i tak wykończonemu człowiekowi – zbiegam na Siwą Przełęcz. Czas z drogowskazu na Iwaniackiej ściąłem równo o połowę. Nie jest więc aż tak tragicznie, choć mogłoby być o wiele lepiej. 

Krótkie rypanie na główną grań, trochę równego i znowu sztajcha na Starorobociański, najwyższy punkt dzisiejszego biegu. Zaczyna ostro wiać, więc by nie zmarznąć, napieram na ile się da szybciej (czytaj: nadal dużo za wolno). Przynajmniej deszcz wciąż nas omija. 

 

(Bio)degradacja Starorobociański Wierch, 13:20 

Na stromym zbiegu ze szczytu zaczyna mi się odzywać to nieszczęsne lewe kolano. No to skończyło się rumakowanie. Krótkie wypłaszczenie przed hopką Kończystego Wierchu przynosi mi niespodziankę w postaci wystającego kamienia, przez który o mało nie zaliczam bliskiego spotkania z glebą. Jakoś udaje mi się wybronić, ale efektowny piruet i głośna wiązanka przyciągają uwagę turystów i biegaczy. 

Początek zbiegu z Kończystego jest bardzo stromy i wyłożony biodegradowalnymi workami z ziemią i kamieniami. To taki sposób odnowy szlaku. Worki właśnie się degradują, uwalniając zawartość, co tylko zwiększa trudność zbiegania. Moja szybkość również ulega degradacji. Normalnie bym się cieszył, bo w takich warunkach mogę najwięcej zyskać. Teraz jednak muszę poruszać się ostrożnie, podpierając się kijkami i za bardzo obciążając prawą nogę. 

Rzadko się zdarza, by ktokolwiek wyprzedzał mnie na zbiegu, a tu dzieje się to kilka razy. Poniżej garbu Trzydniowiańskiego Wierchu jednak sam również doganiam kilkoro współzawodników. Progi ułożone z desek tworzą tam nienaturalne stopnie. Moje kolano na nich nienaturalnie cierpi. Dobrze chociaż, że niedawno zrobiłem ten odcinek na treningu – znane zło to mniejsze zło. 

Na drugi bufet w Chochołowskiej wpadam równo w godzinę od Starorobociańskiego. Dokładnie tyle, co na wspomnianym treningu, kiedy kolano już bolało. Ile bym z tego urwał, gdybym mógł pobawić się w Kiliana? Może z piętnaście minut? Tak czy inaczej, uchodzi ze mnie powietrze i nie chce mi się już walczyć o czas. 

Lepiej późno niż wcześniej Polana Trzydniówka, 14:21 

Mam spokojne 40 minut do limitu, który wynosi tu 7h45 min. Pomyśleć, że przed startem nie byłem pewny, czy się tu zmieszczę. Siadam, piję kilka hektolitrów coli, żuję czekoladę, wytrzepuję kamyki z butów. W międzyczasie dobiega weteran 7 Szczytów, Michał. W jednej chwili zaczyna lać. Lepiej późno niż wcześniej. Zakładamy kurtki i zaczynamy truchtać w dół doliny. 

 

Deszcz po trochu odpuszcza, kiedy skręcamy w czarno znakowaną Ścieżkę nad Reglami. Kurtki wędrują z powrotem do plecaczków, bo zaczynamy się przegrzewać. Kilka mniejszych hopek i długie, ciągnące się w nieskończoność podejście. Moje buty, niezastąpione na skale, nawet mokrej, zaczynają się ślizgać jak po maśle na błotnistych zrywkowych drogach. Bo choć to park narodowy, ten las jest w pełni gospodarczy. A naprawdę rzadko odwiedzane szlaki są zamykane, zarówno w Polsce, jak i na Słowacji, jakoby dla ochrony przyrody. 

 

Podchodzimy z Michałem tempem na przetrwanie, już bez żyłowania się. Wiemy, że to skończymy, i cieszymy się chwilą w siąpiącym deszczu, na ile się da na tym najbrzydszym kawałku trasy po rozjeżdżonych drogach i wyrąbanych lasach. Na Kominiarskiej Przełęczy już z daleka macha do mnie znajomy wolontariusz Marcin. Kręci filmik, w którym załapię się na swoje pięć sekund. Fajne są takie spotkania. Słyszałem, że tu będzie, ale nie wiedziałem, w którym miejscu obstawia trasę. 

Przyszczypnięcie fałdu Kominiarski Przysłop, 15:45 

Stąd już jest głównie w dół, tylko z niewielkimi hopkami. Michał mówi, bym na niego nie czekał, a ja też chcę mieć to już szybciej za sobą. Na dole w Kościeliskiej już któryś raz doganiam znajomych współzawodników: Patrycję i mojego imiennika Kamila. W Kirach stoi Marzena, mama głównego organizatora Marcina Rzeszótki. Zapowiada, że pomiar czasu jest na końcu szlaku, a ostatni kilometr asfaltem to już tylko honorowe dojście do mety po medale. Czy w ten sposób mogę sobie zaliczyć jubileuszowy czterdziesty ukończony bieg na dystansie maratońskim lub dłuższym? Taki problem pierwszego świata. 

Ostatni raz pod górę na Drodze pod Reglami, zamykamy pętlę pod Staników Żlebem i lecimy kilkaset metrów w dół czerwonym szlakiem do mety. Odruchowo przyspieszam. Nie planuję złamania dziewięciu godzin, ale jakoś samo tak wychodzi, że o 12 sekund jest ósemka z przodu. Przy dziesięciogodzinnym limicie przed startem wziąłbym taki wynik w ciemno, ale teraz muszę sobie pomarudzić. Bo kolano, bo zgon na Ornaku, bo zupełnie nieprzepracowana zima przez różne życiowe i zdrowotne jazdy, bo marcowa Transgrancanaria, która mnie totalnie wyniszczyła... 

 

Nie pier... człowieku, jest dobrze. Cieszmy się, że w tych dziwnych czasach mogliśmy sobie pobiegać w naszych kochanych Taterkach. Że Marcin Rzeszótko z ekipą zawalczyli z ostrym cieniem mgły i wbrew przeciwnościom zorganizowali taki fajny bieg, na naprawdę wysokim poziomie, z ciekawą i trudną trasą, która wycisnęła co się da z polskiej części Tatr Zachodnich. 

No i że znowu mogę o tym wszystkim napisać, bo na równi z napieraniem lubię o nim opowiadać. I jeszcze że kontuzja kolana okaże się dużo mniej poważna, niż się obawiałem. Jak to kilka dni później ładnie nazwie fizjoterapeuta, jest to „przyszczypnięcie fałdu błony maziowej”. Człowiek całe życie uczy się czegoś nowego. Nawet kontuzje miewają jasną stronę. 

 

Kamil Weinberg – Bardzo amatorski biegacz, wspinacz, zawodnik OCR i dziennikarz sportowy. Oprócz paru trudnych górskich biegów ma na swoim koncie kilka pierwszych znanych wejść i nowych dróg wspinaczkowych na bałkańskie szczyty. Tak samo kocha napieranie, jak pisanie o nim. W każdym sporcie lubi się dobrze bawić, a jednocześnie dać z siebie maksa i się ostro sponiewierać. 

Kingrunnera tworzą biegacze. Dodaj swoją relację.

pozostałe relacje