Biegacz amator
NIEPOKORNY MNICH - Biegi w Szczawnicy

Cztery Pory Roku - Niepokorny Mnich 2022

Łódź, 27.04.2022

Jest kilka takich biegów w Polsce, których nie powinno zabraknąć  w biegowym CV biegacza górskiego.

W ostatni weekend przyszło mi zmierzyć się z  jednym z takich wyzwań.

Niepokorny Mnich : nie brzmi groźnie, prawda ? A jednak, w wolnym tłumaczeniu nazwa biegu  oznacza mniej więcej : Skopię Ci nieźle Twój chudy tyłek, bądź : zapamiętasz mnie na długo.

Do pokonania mamy jedynie 95,5 km oraz około 5 tysięcy metrów pod górę. Nie dużo prawda ?

Do biegu przymierzałem się ładnych parę lat, a to nie udało mi się zapisać (swego czasu lista startowa potrafiła się zapełnić 2 minuty po uruchomieniu zapisów ), a to Covid itp., itd. I w końcu, nadejszła ta wiekopomna chwila kiedy "Starszy Pan" znalazł się na liście startowej Niepokornego. To miała być jedna z głównych  imprez bieżącego sezonu.

Od kilku dni chodziłem jak tygrys w klatce, dawno się tak nie denerwowałem. Wiedziałem, że nie jestem przygotowany odpowiednio do takiej imprezy, do końca zastanawiałem się czy nie odpuścić Szczawnicy w tym roku. W marcu przebiegłem aż - 76 kilometrów. Czyli o 20 mniej niż miałem do pokonania na Mnichu.

Splot przeróżnych wydarzeń doprowadził do tego, że stając w kwietniową dżdżystą noc na starcie marzyłem o jednym: dobiec do mety w jednym kawałku.

Kiedy zacząłem poprawiać swój sprzęt na 20 minut przed startem okazało się , że na kwaterze pozostały flaski z wodą. Rewelacja. Na całe szczęście Katarzyna zdążyła przywieźć je tuż przed samym startem. Punktualnie 2:00 w nocy, ruszam przed siebie. Jest wilgotno i chłodno do tego unosi się mgła. Czołówka ledwo daje sobie radę z takim wyzwaniem. Biegnę spokojnie, nie daję się ponieść emocjom. W głowie mam dokładnie ułożony plan, międzyczasy, odżywianie, ile mam pić . Wiem, że jeżeli coś nie zagra to po mnie.

Dzisiaj czeka mnie cholernie długi dzień.

Udało mi  się trafić w sporą lukę między biegaczami i spory kawałek nocnej eskapady pokonuję w samotności.  Bardzo lubię te momenty. Las żyjący własnym rytmem, pohukiwania sów, zwierzyna przemieszczająca się gdzieś w krzakach, kocham takie chwile. Biegnę spokojnie a wokół mnie cały czas unosi się mgła. Nad ranem temperatura gwałtownie spada. Ręce mi grabieją. Ruszam żwawiej do przodu. Na kolejnych punktach melduję się z zapasem czasowym. Jest dobrze.

Na Prehybie ma czekać na mnie Katarzyna  z browarkiem, nie mogę się doczekać, wbiegam pod schronisko, niestety nie dojechała. Bywa. Uzupełniam płyny i ruszam dalej. Robi się naprawdę chłodno na całe szczęście tracę wysokość, wstaje piękny dzień, robi się coraz cieplej.

W Rytrze szybki przepak i przemy dalej do przodu. Jest mi coraz co raz bardziej ciężko. Dostaję info, że grupa wsparcia pojawi się na punkcie w Obidzy. To tam ma na mnie czekać zimne pifko. Hura pomyślał Chódy. Hola, hola zakrzyknęły góry. Zanim posmakujesz złotej pianki najpierw wylejesz sporo potu. I faktycznie nie myliły się

Najpierw zafundowałem sobie ponad kilometr w bonusie i kąpiele błotne. Do tej pory nie wiem jak mogłem pomylić trasę mimo wgranego tracka. No cóż bywa. 20 minut w plecy to i tak nie tak źle.

Teraz przede mną najtrudniejszy odcinek, podejście z Korsarzowej na Obidzę . Ten fragment kosztował mnie sporo sił, 600 metrów pionu w błocie i śniegu. Na całe szczęście pojawiają się coraz bardziej bajeczne widoki. Docieram w końcu do Obidzy, w ustach już czuję gorzkawy smak zimnego pifa i … Nikogo nie ma.

Support jak się później okazało dotarł 5 minut po tym jak ruszyłem dalej. No cóż bywa. Na punkcie zjadłem pyszna zupę dyniową, zjadłem kilka kawałków ciasta popiłem połową butelki ciepłego pifa, przybiłem piątkę z klubowym kolegą i ruszyłem przed siebie.

Wkraczam w ostatni decydujący fragment biegu. Nogi bolą mnie niemiłosiernie. Wychodzą braki treningowe. Musze się zmuszać do przejścia z marszu w bieg. Na Durbaszkę docieram z minutowym zapasem czasu wedle wcześniejszych założeń. Znaczy się robi się nerwowo. Szybko opuszczam ostatni punkt i ruszam w stronę upragnionej mety. Ku mojemu zdziwieniu każdy kolejny kilometr biegnie mi się coraz lżej. Widoki zabijają , piękna panorama Tatr, niesamowita przestrzeń hal. Cudownie.

 

Wpadam w tłum biegaczy mierzących się z krótszymi dystansami. Zachęcam ich do dalszej walki. Jest nieźle. Cały czas przyspieszam. Miałem umierać a tutaj nagle pojawia się spory zapas energii. Czyli taktyka zdała egzamin.

Na ostatnim odcinku pozwalam sobie na mocny finisz .Pojawiają się znajome twarze, które zachęcają mnie do dalszej walki. To niesamowite uczucie euforii.  Wpadam na upragnioną metę. Jest. Niepokorny Mnich 95,5 kilometrów plus bonus. Bieg, który na długo zapadnie w mej pamięci przeszedł do historii. Wpadam w ramiona Kasi. Czeka na mnie nagroda w postaci zimnego browarka. Zasłużyłem.

To był niesamowity dzień. Zaliczyłem w nim cztery pory roku. Błota momentami było tyle chyba sam Mirek musiał je dostarczyć z Cisnej.

Przez 16 godzin 37 minut i 14 sekund delektowałem się trasą co pozwoliło mi na zajęcie 156 miejsca na 267 zawodników którzy dotarli do mety. 46 zawodników nie ukończyło rywalizacji.

Sam Festiwal ? Świetna impreza, niesamowita atmosfera. Wolontariusze mimo panującego chłodu, czy w ciągu dnia upału, zawsze uśmiechnięci i gotowi do pomocy. Punkty odżywcze pozwały na dalszą skuteczną walkę. Zupa dyniowa na Obidzy - mniam, mniam.

Kolejny krok w stronę realizacji moich biegowych marzeń wykonany. Korona Ultramaratonów 8/10.

Zdjęcia : Karolina Krawczyk, Ultralovers, Ultra Zajonc, Piotr Dymus oraz własne.

Kingrunnera tworzą biegacze. Dodaj swoją relację.

pozostałe relacje