Biegacz amator
Zadyma

Czacha dymi

Szczyrk, 26.01.2019

Zaledwie kilka godzin temu przekroczyłem linię mety, robiąc „Zadymę” nie tylko w moich nogach, a przede wszystkim w głowie. Zaledwie kila dni temu pojawił się w głowie pomysł, aby pobiec spontanicznie w „Zadymie”, skoro już spędzamy ferie w Szczyrku, a w dodatku start i meta są tak blisko naszego pensjonatu. Kusiło strasznie, aż się zdecydowałem.

Zadyma

 

Kilka dni temu, gdy jeździłem na stoku męcząc i deskę i nogi, to zdałem sobie po raz kolejny sprawę, że lubię wiele aktywności, o każdej porze dnia i nocy, lecz najbardziej bieganie. Jednym z powodów jest to, że poruszam się w swoim naturalnym środowisku, w sposób najbardziej zbliżony do tego, który znam od raczkowania do teraz.

Pomysł skiełkował. Skontaktowałem się z organizatorami i szczęście mi dopisało- udało się zdobyć pakiet na najkrótszy z dystansów. Taki w sam raz, aby i dla siebie i dla feriowiczów znaleźć czas. Ucieszyłem się ogromnie, gdy okazało się, że kilkoro znajomych będzie startowało w „Zamieci”. Fantastyczna okazja do spotkania. Sympatyczna Gosia wraz z bliźniaczkami- AA (Anią i Asią)- głośna ekipa. Wojtek, kolega ze studiów, z którym już wieki się nie widziałem, Janek- sokole oko nie tylko fotografii; Sebastian, z którym nie udało się spotkać. Może ktoś jeszcze, kto mi umknął.

Cały tydzień słabo spałem, ale to taki urok nocowania poza domem. Przed startem nie ładowałem jakoś specjalnie węgli, to nie miał być mój start docelowy, ale solidny trening siły biegowej. Rano nadrobiłem. Płatki owsiane oraz bułki z miodem i kawa. Od rana czułem potęgujące zdenerwowanie, napięcie przedstartowe. Tak doskonale znane. Nieistotne czy to bieg o pietruszkę czy gruszkę, już tak mam.

Stając na starcie, zastanawiałem się ile jestem wart. Nie popełniłem błędu z Triady i ustawiłem się bliżej startu, w Krościenku byłem na samym końcu. Po pierwszym kilometrze zaczęło się podejście, które znałem z wycieczki biegowej, sprzed kilku dni. Różnica była taka, że po ponad trzech kilometrach odbijaliśmy w prawo, pod górę. I tak przez kolejne ponad cztery a może pięć kilometrów. Kolejna różnica, to ilość śniegu który pojawił się jako bonus. Będąc około może 60 miejsca w stawce, brałem udział w brodzeniu w śniegu.

Na Etapowej byłem na pierwszym etapie chyba poza pierwszą dwusetką, więc biegłem po zdecydowanie bardziej ubitej trasie. Każdy odkryty fragment dawał odczuć nieprzyjemny wiatr. Ale zaciskałem powieki i napierałem w tempie zawodnika, który był przede mną. Miejscami było śniegu do kolan, do ud, do znużenia i zmęczenia. Ale napieraliśmy bez przestoju. Dopiero po prawie dwóch godzinach dotarłem do schroniska. Przez chwilę ogrzałem skostniałe ręce, reszta ciała miała się dobrze. Po dwóch a może trzech (?) minutach zjadłem zimny żel, popiłem lodowatą wodą i wróciłem na szlak. Wróciłem z nadzieją, że będzie już tylko z górki. Po kilkunastu metrach żołądek chciał wszystko zwrócić, prawdopodobnie był za bardzo skurczony, a po drugie zimnie płyny były dla niego szokiem.

Ten zbieg znacząco różnił się od tego z Gorców sprzed dwóch tygodni. To pokazuje jak warunki mogą pokrzyżować plany.  Z jednej strony głęboki śnieg i wywrotki w nim dawały dziecięcą frajdę, a z drugie wysysały siły niczym turbo odkurzacz. Przesunąłem się o kilka pozycji. Napierałem, co dawało choć odrobinę satysfakcji. Zapragnąłem być jak najszybciej na mecie, to dawało mi siłę aby ignorować i zmęczenie i ból obijających się o siebie nóg. Kolejni zawodnicy przepuszczali. Nie chciałem tego, chciałem leniwym tempem wieźć się na ich plecach, choć z drugiej strony nie lubię iść po cudzych śladach. Raz po raz zaliczałem wywrotkę w głębokim śniegu. Nic wielkiego, nic co by mogło zrobić krzywdę. Na około 1,5 km przed metą zaczął się zbieg, który niestety był po zmrożonym śniegu, gorszym od kamieni. Ostatnie kilkaset metrów to już płaski odcinek. Na nim dopadł do mnie biegacz, którego kojarzyłem z trasy. Porozmawialiśmy i spontanicznie uznaliśmy, że razem wbiegamy na metę. Po kiego się ścigać, to nie asfalt, to mistyczne obcowanie z górami. Mijam metę, po ponad trzech godzinach. Zdecydowanie później niż zakładałem. Mijam trochę odlatując, tak na lekkim haju. Po kilkudziesięciu sekundach czuję to. Tę euforię, to szklenie oczu, to błogie uczucie, które daje spełnienie. Chwilo trwaj.

Za metą czekała rodzina, z nagrodą- ciupagą. Cieszą się razem ze mną, lecz pewnie nie rozumieją uczuć, które w to mroźne popołudnie mną targają. Kto biega, temu nie trzeba tłumaczyć. Zresztą to trzeba poczuć.

Pisząc ostatnie zdania, martwię się o tych, którzy wciąż na trasie. Którzy przez kolejne godziny będą biec pchani pragnieniem dotarcia do wnętrza siebie. Trzymam mocno za Was kciuki. Uważajcie na siebie.

Jutro rano, gdy będziemy opuszczać Szczyrk, zawodnicy i organizatorzy będą nadal walczyć ze słabościami. Siedząc za kierownicą, będę miło wspominał te niezapomniane chwile. Miejsce, ludzi, emocje do których chcę już teraz wrócić.

Uważajcie na siebie!

Kingrunnera tworzą biegacze. Dodaj swoją relację.

pozostałe relacje