Ultramaraton Jaga Kora

Cukierek z kokainą

Rymanów Zdrój, 20.11.2018

Za siedmioma lasami i za siedmioma górami jest kraina jak ze snów. Nazywa się Beskid Niski. To tu możesz pobiec historycznym fragmentem trasy kurierów – Jana Łożańskiego „Orła” czy Jana Madejskiego, przemierzających podczas II wojny światowej te góry i poświęcających się dla większej sprawy. Możesz wziąć udział w zawodach, na których zatrzymał się czas i można poczuć bliskość tamtych smutnych lat. I ja poczułem się jak kurier z Warszawy. Umożliwiły mi to moc własnej wyobraźni i klimat ultramaratonu Jaga-Kora!

Tekst: Norbullo Kontrabacz

Zdjęcia: Karolina Krawczyk

Mówię do Michała: „Bieg w Beskidzie Niskim będzie idealnym treningiem do naszego wspólnego Biegu 7 Dolin na dystansie 100 km już we wrześniu”. Odpowiedź mogła być tylko jedna, więc pojechaliśmy. W Rymanowie Zdroju byliśmy wieczorem, a następnego dnia w małej sali wysłuchaliśmy kilku cennych rad, jak się nie zgubić, a później odebraliśmy pakiety. Na start dojechaliśmy 20 min przed początkiem biegu. Uznałem, że skoro to tak długi dystans, wystarczy odrobinę pomachać kończynami w różne strony, przetruchtać się, a dogrzejemy się już podczas biegu.

Wysiadając z samochodu i rozglądając za metą, zauważyliśmy dwóch biegaczy, którzy zmierzali dokądś szybkim krokiem. Mieli plecaki biegowe z rurkami do picia, więc bez sprawdzania na mapie czy to tam, potruchtaliśmy za nimi. Nie zawiedliśmy się i po chwili zobaczyliśmy grupę znajomo wyglądających ludzi. To oni, biegacze, jesteśmy w dobrym miejscu i o dobrej godzinie! Na oko było ich około stu – obcisłe legginsy i kurtki, niektórzy z kijkami, śmiechy i żarty dookoła. Jedni mają potrzebę rozmawiania, drudzy milczą, ale to co nas wszystkich łączy, to bieg, w który się zaraz puścimy. Ale na razie ledwie możemy ustać w miejscu, bo entuzjazm nas rozpiera! Jedni się rozciągają, inni jeszcze zaliczają szybką toaletę – każdy ma swój cel i widać, że każdy jest zdeterminowany. Nagle org mówi magiczne „dziesięć” i zaczynamy odliczać wszyscy razem, by na hasło „start” ruszyć przed siebie. Od razu jest trochę do góry. Bardzo szybko wyjaśnia się, kto w jakim czasie planuje pobiec. Biegniemy około 40. miejsca. Jest dobrze i o to chodzi. Zagaduję Michała, że „jest super, co nie?!”, ale on nic nie mówi. Jest lekko przerażony, dla niego to pierwsza siedemdziesiątka w życiu! W swoim doświadczeniu tylko raz pokonał dystans ponadmaratoński – Maraton Karkonoski 52 km, a tu będzie przecież 20 km więcej! Chce mi się trochę śmiać, bo gdy biegam ultra, to sam często mam tak samo. No ale nic, biegniemy i nie rozmawiamy, myślę sobie, że nie będę chłopaka deprymował. Ale Michał jest szalenie poważny, a ta sytuacja wydaje się coraz bardziej zwariowana. W końcu mówię: „Kochany! Bieganie ultra to radość i wolność, nie ma co się smucić i martwić na zapas!”. Wtedy i Michał zaczął się śmiać.

Zaczęliśmy rozmawiać o obłędnej przyrodzie dookoła nas. Dzicz, która nas otaczała, była epicka. Wszędzie zielono i cicho, a tę ciszę zakłócały tylko trele ptaków, odgłos stawianych kroków i nasze oddechy. Czasem robiło się tak cicho, że starałem się biec jak tylko bezgłośnie potrafię, żeby nie psuć tej pięknej ciszy. Dla mieszkającego w centrum dużego miasta człowieka to było jak lekarstwo. Na 25. kilometrze wreszcie punkt żywieniowy. Jakieś ciasteczka, czekoladowe przekąski, bardzo mili ludzie i ku mojemu zdziwieniu… wiśniówka. Serio! Nie rozumiem, kto podczas biegu potrzebuje chlapnąć kielicha, ale cóż… tak jak napisałem wcześniej: każdy ma inne cele. Biegniemy dalej.

Wkrótce napotykamy rzekę, którą jakoś trzeba pokonać. Problem w tym, że nie ma mostu ani choćby kładki, a rzeka ma z 5 m szerokości i wygląda na to, że jednak trzeba się będzie zmoczyć. Na szczęście jednak woda sięga najwyżej do pół łydki. Zawsze gdy trenuję z innymi, to przy wieloskokach wyjaśniam, że trzeba je wykonywać tak, jakbyśmy przeskakiwali rzeczkę. Więc tak właśnie ją teraz pokonaliśmy. Trzy susy i jesteśmy na drugim brzegu! Od razu przypomniała mi się lodowata rzeka na Podlasiu podczas Ultra Śledzia – tam to dopiero było wyzwanie. Biegniemy dalej, cały czas jest obłędnie przepięknie. Pogoda idealna. Miało padać cały czas, ale nie pada w ogóle! Tak to się te prognozy w górach sprawdzają…

Biegniemy i rozmawiamy. Michał bardzo ładnie trzyma tempo – przed startem ustaliliśmy, że lepiej mu się biegnie, gdy prowadzi nasz duet. Od jakiegoś czasu przemierzamy piękny stary las i co chwila… przekraczamy granicę. Nagle widzimy tablicę ostrzegającą przed… spotkaniem z niedźwiedziami. Rozglądamy się więc bardziej ostrożnie, ale zaraz las się kończy i dobiegamy do punktu na ok. 40. kilometrze. Jemy pyszną, gęstą zupę warzywną i ruszamy dalej. Biegniemy na otwartej przestrzeni. Po prawej niesamowita rzeka z kumkaniem żab i starodrzewiem rosnącym przy brzegu – sam sobie tak tam wyrósł, żadnego śladu działalności człowieka (poza drogą, którą biegniemy). Prawdziwa kraina baśni jak Shire z książek Tolkiena! Nagle doganiamy jakiegoś biegacza, który najwyraźniej gorzej się poczuł. Pytamy, czy ma wodę, czy chce coś jeść, mówi, że nie, dziękuje. Mówi, że być może kawa by mu pomogła. Wtem przypominam sobie o cukierkach z kofeiną, które mam w kieszeni, więc pytam, czy może by chciał cukierka z… kokainą. Jego oczy się otworzyły szerzej, po czym krzyknął: NIE! Dopiero po chwili zrozumiałem, że się przejęzyczyłem. Śmialiśmy się z Michałem z tej rozmowy do końca biegu. Śmiejąc się i podziwiając piękno Beskidu Niskiego, dobiegliśmy do ostatniego punktu żywieniowego. Tu to było dopiero swojsko!

Buchające parą gary z jedzeniem, ognisko i gitara. Pośpiewali nam i poklepali po plecach roześmiani od ucha do ucha kochani ludzie. Powiedzieli, że zostało nam ostatnie, ostre podejście. Na tym podejściu to już zupełnie nam głupawka odbiła. Wszystko wyglądało, jakbyśmy nagle przenieśli się w środek afrykańskiego krateru Ngorongoro. Dookoła góry, wszystko w niesamowitej zieleni i kwiatach. Zacząłem śpiewać na cały głos piosenkę Mama Afryka. A po wejściu na tę ostatnią górkę wcale się nie zmęczyliśmy i pobiegliśmy dalej. Po drodze na drzewie ktoś zawiesił piwko, dalej jakieś kiełbaski i banany. Biegliśmy sobie tak do mety, ciesząc się ostatnimi kilometrami. Na mecie dostaliśmy piękny medal pamiątkowy i poczuliśmy się jak… ludzie po siedemdziesiątce!

Norbullo Kontrabacz

Trochę z przypadku i ciekawości, a trochę bo roznosiło go ADHD, trenował prawie wszystko: judo, kajakarstwo, rugby, karate, kick boxing. We wszystkich tych dyscyplinach treningi biegowe i ogólnosprawnościowe stanowiły podstawę treningu. Teraz biega, uczy biegać i prowadzi stronę na FB: Biegam Naturalnie. Poza tym muzyk.

Kingrunnera tworzą biegacze. Dodaj swoją relację.

pozostałe relacje