Z jankeskiej wideoteki ultrasa

USA, 16.04.2020

Pisząc o biblioteczce ultrasa stwierdziłem, że czytelnictwo w USA mogłoby się mieć lepiej. Pewnie się trochę poprawiło podczas kwarantann pandemicznych, ale na pewno nie trzeba było zwiększać oglądalności telewizji i internetu, bo zajmuje to już większą część życia Amerykanów. Tutaj nawet meble projektowane są pod kątem umiejscowienia ekranu(ów) w domu, nie mówiąc o oświetleniu pokojowym lub szafce na dekoder. Telewizorowi musi być wygodnie i wszyscy domownicy mają się nim wspólnie cieszyć.

Tekst: Filip Jasiński, Zdjęcie główne: Forrest Gump/Paramount Pictures

Ja TV nadużywam zawodowo, a ultra-inspiracji szukam w sieci. Dobrą rzeczą jest też śledzenie tego, co pojawia się na amerykańskich festiwalach filmowych o bieganiu trailowym, gdzie królują głównie krótkie formy, a niektóre tytuły są znakomite. Oto, co znalazłem, ale nie spodziewajcie się „Rydwanów ognia”, lista jest niepełna i zdecydowanie subiektywna. Filmów fabularnych o ultra w zasadzie nie ma, a produkcji dokumentalnych jest z kolei w nadmiarze. Wybrałem po pięć tytułów obowiązkowych, a kilka innych sugeruję na długie jesienne wieczory z amerykańskim kinem. Większość dokumentów dostępna jest bezpłatnie na YouTubie.

Filmy fabularne

„On the Edge” (1986), 95 min.

Tego filmu niestety nie da się znikąd streamować, a na Amazonie DVD kosztuje 100 dolarów. Dawno temu widziałem go w telewizji i zapamiętałem głównie piękne krajobrazy. Film opowiada o prawdziwym trailu, czyli najstarszych zawodach przełajowych w Ameryce – organizowanym od 1905 r. wyścigu Dipsea Race. Trasa położona na północ od San Francisco ma tylko 12 km, ale przy przewyższeniu 671 metrów zawodnicy muszą dać z siebie wszystko. W roli głównej występuje jeden z ulubionych aktorów Tarantino, Bruce Dern, to charakterystyczny (i charakterny) gość – zna się go z wielu filmów, ale nigdy nie pamięta nazwiska. Rolę Derna uważa się za jedną z lepiej zagranych w kinie sportowym, aktor pokazał, że naprawdę potrafi biegać na wymagających szlakach kalifornijskich.

„127 hours” (2010), 93 min.

To ten film zaszczepił mi w głowie fascynację trailem. Aron Ralston – grany przez Jamesa Franco – ma fajny rower górski, biega w najpiękniejszej moim zdaniem części Ameryki, czyli Parku Narodowym Canyonlands w stanie Utah, jest otoczony magiczną przyrodą, a wszystko to dzieje się przed eksplozją popularności e-gadżetów. Jest zdany tylko na siebie, bo popełnia nierzadki błąd sportowca – nikogo nie informuje dokąd się udaje. Widzowie oglądając „127 godzin” podobno mdleli przy jednej ze scen (nie zdradzę której, bo może ktoś jeszcze tego filmu nie widział), niemniej to dobre kino warte spędzenia półtorej godziny przed ekranem. Reżyser Danny Boyle wolał, aby w głównej roli wystąpił utalentowany Irlandczyk Cillian Murphy (to on uciekał przed zombie w „28 godzinach później”), ale Franco podołał zadaniu aktorskiemu.

Forrest Gump (1994), 142 min.

Czapeczka typu trucker? Jest. Długa broda? Jest. Ultradystans? A jakże, i to całkiem spory. I chociaż postać wykreowana przez Toma Hanksa nie jest tradycyjnym biegaczem długodystansowym, to ten klasyczny film w reżyserii Roberta Zemeckisa wpłynął podobno na zainteresowanie sportowców w USA wychodzeniem poza granicę 26.2 mil. O fabule filmu nie muszę niczego pisać, znają go chyba wszyscy. To tytuł wybitny i można go polecić również fanom tenisa stołowego.

„Only the Brave” (2017), 133 min.

Ten tytuł porusza dwa wątki ważne dla ultrasa. Historia dzieje się w Arizonie, której przepiękna przyroda – stworzona do biegania – jest pochłaniana przez przeciwnika, który nie jest aż tak dobrze znany w Polsce, czyli wielkie pożary. Gigantyczne liczby mil kwadratowych lasów rokrocznie trawionych przez ogień dają do myślenia, ja sam widziałem w 2018 r. skalę zniszczeń oraz śmigłowce lecące do płomieni odległych o dosłownie parę mil od szosy w Arizonie. Był to jeden z najsmutniejszych widoków w życiu. Drugi wątek to wyczerpujące ćwiczenia fizyczne dla adeptów pożarnictwa, czyli bieganie trailowe. Bo jest to właśnie historia strażaków walczących z żywiołem na zachodzie USA. A sam film? Trudno go jednoznacznie ocenić, bo poważny temat przysłania nieco i grę aktorów (Bridges, Brolin, Connelly) i kosztowną produkcję. Czy warto poświęcić mu ponad dwie godziny – jeśli ktoś lubi góry i lasy Arizony, to tak. Albo, jak jest się Bartkiem Przedwojewskim – ultrastrażakiem.

„Commando” (1985), 90 min.

Wiem… to NIE jest film o ultra. Ale GDYBY scenariusz tego klasycznego kina akcji tylko troszeczkę inaczej napisano… Przecież jedna z pierwszych scen dzieje się w kanionie Benedict w górach niedaleko Beverly Hills, a bohater bawi się z córką na szlaku. W pogoni za porywaczami mógłby korzystać ze zboczy w inny sposób, niż staczając się zepsutym autem, ale za to udowadnia widzom, że potrafi godzinami bez snu walczyć z przeciwnościami, wreszcie w scenie na lotnisku pokazuje, że umie biegać – w końcu Schwarzenegger dwa lata później zagrał w filmie „Running Man”. I robi „zakupy” w sklepie ze sprzętem „sportowym”... No dobra, ale przyznajcie, niewiele trzeba by było, aby wyszedł z tego pierwszorzędny film fabularny z ultrasem, jako głównym bohaterem… Może w remake’u się to uda?

Moje inne typy na „kosmetyczne” zmiany w scenariuszach to seria slasherów „Wrong Turn” dziejąca się w głuszy Wirginii Zachodniej (tamtejsze puszcze są obłędne, a ucieczka przed bandą kanibali gwarantuje życiówkę…), tajemnicze „Twin Peaks” (Laura Palmer zwiewa przed mordercą w niedostępnych ostępach stanu Washington…), no i oczywiście horror domowej roboty „Blair Witch Project” (w marylandzkich lasach, gdzie go kręcono często biegam i startuję, są tam świetne szlaki, więc gdyby bohaterowie mieli naładowane czołówki i opcję TracBack włączoną w Garminach…). Rozmarzyłem się.

Inne tytuły godne polecania: „Loneliness of the Long Distance Runner” (1962), „Marathon Man” (1976), „McFarland” (2015).   

Filmy dokumentalne

„Where Dreams Go to Die” (2018), 96 min.

To najbardziej znany film w reżyserii Ethana Newberry’ego – Ginger Runnera – o historii startów Gary’ego Robbinsa w Barkleyu. Pech tego kanadyjskiego brodacza był przedmiotem większego zainteresowania fanów niż sukces Johna Kelly’ego, który dotarł na metę przed upływem morderczych 60 godzin. Ile zabrakło Gary’emu? Obejrzyjcie sami, sportowe wzruszenie gwarantowane, a emocje pod adresem dyrektora zawodów Lazarusa Lake’a będą kipieć. To film o poświęceniu, miłości, przyjaźni, sportowym braterstwie oraz największych przeciwieństwach biegaczy. Niektórzy twierdzą, że najlepiej uchwycił istotę ultra. Gdybym mógł cofnąć czas, to dałbym sympatycznemu Gary’emu tyle, ile mu wtedy zabrakło…

„Leadman” (2019), 24 min.

Historię tragicznego wypadku Dave’a Mackey’a znacie pewnie z wywiadu w ULTRA. Ale prawdziwą lawinę emocji gwarantuje dopiero film Billy’ego Yanga. Reżyser sam startuje w ultra i robi znakomite kino sportowe. Widziałem ten film rok temu na festiwalu trailowym – jest krótki, ale świetny. Koniecznie!

„Miller vs. Hawks” (2016), 21 min.

To tylko relacja z zawodów The North Face Endurance Challenge na 50 mil pod San Francisco sprzed paru lat, ale Jamil Coury uchwycił nieprawdopodobny finisz dwóch wybitnych amerykańskich ultrasów. Napięcie sięga zenitu, a ja muszę sprawdzić, czy na Stravie widać, jakie tętno miał na mecie Zach Miller – chyba z 250! I w tych okolicach kręcono też film „On the Edge”. Pięknie tam.

„My Fourth Hardrock 100 Mile Run” (2017), 35 min.

Czy Steep Life 174 to po prostu kolejny odcinek blogu Jam Jama, czy też już film? Moim zdaniem wyszło mu niezłe kino. Jamil wyrusza z widzem na trasę legendarnego Hardrocka i pokazuje piękno gór Kolorado. W pewnym momencie trasa zaczyna go pochłaniać i skala trudności sprawia, że Jamil z lektora i reżysera staje się coraz bardziej aktorem. Niesamowita przygoda.

„Unbreakable: The Western States 100” (2020), 105 min.

Ten film spodoba się z paru powodów: „grają” w nim młodzi Jornet, Koerner, Krupicka i Roes – można zobaczyć, jak wyglądali 10 lat temu, na mecie pojawia się Gary Robbins bez brody, a wypowiedzi twórcy WSER Gordy’ego Ainsleigha to spotkanie z najprawdziwszą legendą amerykańskiego ultra. Reżyser J. B. Benna oddał hołd najsłynniejszym zawodom stumilowym w USA. Warto.

Inne tytuły godne polecania: Desert Runners (2013), „Barkley Marathons: The Race That Eats Its Young” (2014), „Karl Meltzer: Made to Be Broken” (2017), „Life in a Day. The Western States 100 Mile Endurance Run” (2017). A o wybitnym Davidzie Hortonie, takim wczesnym Scottcie Jurku, polecam dwa filmy: „Extraordinary” (2016) Scotty’ego Curlee oraz „Runner” (2020) J.B. Benny.

Jeszcze słowo komentarza. Filmów o górach, alpinizmie i himalaizmie jest zatrzęsienie i wiele z nich to klasyka. Temat zdobywania wierzchołków górskich pojawia się w kinie od dekad, tak w wydaniu fabularnym, jak dokumentalnym. A o ultra nie ma prawie nic. Może Oscar dla „Free Solo” o rekordzie wejścia Alexa Honnolda na El Capitan w 2017 r. da producentom hollywoodzkim do myślenia, że to, co robią ultrasi, zasługuje na więcej uwagi? Bo klimat kulturowy takiego wspinania jest dość zbliżony do ultrabiegania. Czekam na to z niecierpliwością, podobnie jak na ekranizację książki „Born to Run” McDougalla o historii Caballo Blanco. Bez względu na to, kto zagra nietuzinkowego Micah True.

Kingrunnera tworzą biegacze. Dodaj swój artykuł.

pozostałe artykuły