Ultra-Trail Hungary od A do Z

Szentendre, 4.11.2019

Odkąd na mapie europejskich biegów ultra pojawił się Ultra-Trail Hungary, mieliśmy ochotę się tam wybrać. Niestety – termin w okolicach Biegu Rzeźnika utrudniał realizację tych planów, bo bieganie w Bieszczadach jest dla nas zawsze najważniejsze! W tym roku jednak namówieni przez przyjazne dusze postanowiliśmy postawić na majowe bieganie połączone ze zwiedzaniem w okolicach Budapesztu i… nie żałujemy!

Tekst: Aśka i Kuba Hyziak

Zdjęcia: Ultra-Trail Hungary

A – ale ładne to Szentendre, klimatyczne… Wąskie uliczki, stare kamienice, tu Muzeum Marcepanu, tam Bożego Narodzenia. Do Budapesztu niedaleko, łatwy dojazd kolejką podmiejską HEV. Niektórzy twierdzą, że to najbardziej śródziemnomorskie miasteczko na Węgrzech, inni – że węgierski Kazimierz Dolny. Bez wątpienia – warto je zobaczyć.
B – bieganie na Węgrzech – wbrew wcześniejszym obawom – okazuje się całkiem przyjemne. Trasy w dużej części wiodą leśnymi duktami i ścieżkami, więc cienia nie brakuje, a z mijanych szczytów roztacza się piękny widok na okolice. Trochę jak w naszych Beskidach.
C – cztery dystanse do wyboru, czyli każdy znajdzie coś dla siebie – 30, 54, 85 i 112 km. W tym roku wystartowało w sumie 975 zawodników, a ukończyło 887. Na szlakach nie za wiele wypłaszczeń, podbieg goni zbieg, więc trzeba rozsądnie gospodarować siłami. Przewyższenia odpowiednio: 1063, 1640, 3034 i 4182 m, jednak limity dość łaskawe, także dla tych mniej wytrenowanych.


D – Dunaj z położoną nad nim kilometrową promenadą oraz szerokim deptakiem robi wrażenie. Na całej długości ulokowały się knajpki i pensjonaty. Tutaj zlokalizowana jest meta wszystkich dystansów oraz start trzech dłuższych. Niestety po biegu próżno szukać wolnego miejsca na posiłek i popitek. Dzień wszakże świąteczny, więc i turystów wielu.
E – expo zlokalizowane obok biura zawodów, na dziedzińcu jednego z gimnazjów. Niewielkie, ale zapominalscy mogą kupić, co trzeba. Chętni mają też możliwość zapisania się na nasz ŁUT, witani szerokim uśmiechem i krówkami mocy przez organizatorów.
F – fantastyczna atmosfera i niezapomniany finisz nad brzegiem Dunaju. Oj, warto się pomęczyć na zdających się nie mieć końca ostatnich 6 km, prowadzących po miejskich uliczkach i chodnikach, żeby tu dobiec i tego doświadczyć. Głośny doping dodaje skrzydeł, dzięki czemu każdy czuje się jak zwycięzca!


G – góry Pilis, przez które prowadzą trasy UTH, nie są zbyt wysokie (ok. 700 m n.p.m.), jednak nawet na krótszych dystansach jest kilka odcinków trudniejszych technicznie – mozolnych podbiegów i ostrych zbiegów po skałkach. Szczęśliwie w tym roku pogoda sprawiła, że było sucho i bez błota – warunki luksusowe dla biegacza górskiego.
H – Hajra! Hajra! – słyszeliśmy po wielokroć od przyjaznych węgierskich dusz na trasie i punktach odżywczych. Zdarzało się to również w środku lasu, kiedy znienacka na szlaku pojawiała się obsługa biegu sczytująca dane z czipów za pomocą mobilnych urządzeń.
I – ilu biegaczy, tyle opinii na temat przydatności kijów podczas UTH. Z perspektywy amatorów lubiących biegać z kijami, nie zaszkodziłoby je mieć (nawet na dwóch krótszych dystansach). Niestety – sugerując się opiniami uczestników poprzednich edycji – my kijów nie zabraliśmy i trochę żałujemy.
J – Jak trafić do stołówki, gdzie serwują free food for runners? To pytanie usłyszeliśmy od głodnej i zagubionej Węgierki. Mieliśmy ten sam problem, ale przypadkowo napotkana wolontariuszka pokierowała nas odpowiednio, a na miejscu czekały spore porcje makaronu i ryżu z dodatkami (każdy dystans inne menu), które można było sobie podgrzać w ogólnodostępnej mikrofalówce.
K – kaucja za chip w wysokości 5000 forintów większości chyba nie zaskoczyła. Opowieści o tej praktyce krążyły wcześniej wśród biegaczy, więc grzecznie wpłacali banknot o tym nominale przy odbiorze pakietu startowego. Na mecie zaś oprócz medalu, zdawszy uprzednio swój chip (tutaj w wygodnej formie zegarka), otrzymaliśmy zwrot naszej kaucji.


L – lekki, ale niezmiennie mobilizujący stresik przedstartowy towarzyszył sporej grupie biegaczy Visegrad Trail (na dystansie 30 km), wsiadającej do systematycznie podstawianych ikarusów. Zmierzały one na miejsce startu: pod Salamon Tower w oddalonym o 20 km Visegradzie. Pierwszy odcinek trasy to kilometrowa wspinaczka pod Cytadelę, więc rozgrzewka gwarantowana.
Ł – realizacja przedbiegowych założeń nie była łatwa. Wysoka temperatura, wyrypa na podejściach, brak kijów i, być może, zbyt krótka regeneracja przed biegiem – to wszystko wpłynęło znacząco na nasze wyniki i obydwoje mieliśmy po kilkadziesiąt minut obsuwy. Cóż, następnym razem będzie lepiej…
M – mocno byliśmy (i nie tylko my) zawiedzeni brakiem wody na mecie. Wszak marzy się o niej przez cały bieg. Owszem – dookoła knajpki, a w ręku banknot, który można dowolnie spożytkować, ale... nic nie zastąpi butelki chłodnej wody w dłoni po kilkugodzinnym wysiłku w upale.
N – noclegi w Szentendre znaleźć łatwo, najprościej przez portale rezerwacyjne. Standard różny – od hotelu 4 gwiazdki po tani pensjonat, aby jednak być w centrum wydarzeń, trzeba rezerwować wcześniej. My spaliśmy w hoteliku Roz – szału nie ma, ale przyzwoicie i przede wszystkim czysto. Na kilka dni OK.
O – odżywcze punkty na trasach wystarczające. Na niektórych same napoje – woda, cola, izo, na pozostałych rozmaite przekąski na słono i słodko, owoce, sery oraz naleśniki i kanapki do samodzielnego skomponowania. Na wszystkich – pomocna obsługa, zagrzewająca do boju. Pomiędzy punktami zdarzają się źródełka, gdzie można schłodzić stopy i zaczerpnąć świeżej wody.


P – pakiety startowe imponujące nie są. Fajna koszulka, którą dumnie prezentujemy przy okazji innych biegowych imprez, ale oprócz niej i bransoletki w odpowiednim dla dystansu kolorze tylko numer i chip. Cóż, za dużo „makulatury” w pakiecie niezmiennie nas śmieszy, ale tutaj zdecydowanie zabrakło choćby mapki czy materiałów o miasteczku i regionie.
R – reasumując, patrz: koniec artykułu.*
S – syn dopingujący na mecie – bezcenne! Matka z ojcem od rana po lasach biegają, a on sam na obcej ziemi musi sobie czas zorganizować i mieć z tego jeszcze trochę funu, jakże bezcennego dla dzisiejszej młodzieży. Cieszy serce, kiedy dziecko podziela naszą pasję i chętnie wyjeżdża z nami na biegowe imprezy.
T – tłumy kibiców witają biegaczy, pokonujących ostatni odcinek biegu w centrum miasteczka i na deptaku. Turyści z różnych stron świata, jakby trochę zdziwieni naszą obecnością, zagrzewają skutecznie do podjęcia ostatniego wysiłku na trasie. Japońska grupa wycieczkowa na głośne Figyelem! Figyelem! rozprasza się z szerokimi uśmiechami. Pięknie jest!
U – upał na Węgrzech odczuwa się jakby bardziej, to prawda. Jednak tegoroczna aura w Polsce pozwoliła nam się przyzwyczaić do wysokich temperatur przed przyjazdem i nie było tak źle. Prognozy były różne, organizatorzy obawiali się burz, ale dobiegliśmy bez pogodowych niespodzianek, więc obowiązkowe dla trzech dystansów kurteczki nie przydały się w ogóle.
V – Visegrad (Wyszehrad) jest miasteczkiem znanym w naszej części Europy. Tutaj onegdaj spotykali się królowie, obecnie politycy Grupy Wyszehradzkiej. Warto zarezerwować sobie trochę czasu, by zobaczyć pałac, cytadelę czy panoramę Dunaju z pobliskich wzgórz. Fajne, historyczne klimaty, niedaleko od Szentendre.

W – Which way? Pytanie to padło z naszych ust na trasie co najmniej kilka razy. Oznaczenia były momentami zbyt rzadkie i mało widoczne. W warunkach długiego biegu, kiedy są momenty samotności na trasie, jest to dość uciążliwe i może powodować niepokój i frustrację. Nawet na ostatnim kilometrze w miasteczku to turyści, a nie rzadkie oznaczenia, wskazywali biegaczom kierunek.
Z – zdjęcia robione w dużej ilości, w kilku miejscach, przez kilku fotografów, publikowane później na facebookowym profilu. Każdy zawodnik ma na pamiątkę fotkę przyzwoitej jakości z finiszu, mety oraz trasy. Można? Można!

*R – reasumując: Impreza, na której warto być – w miarę blisko Polski (dla nas z Beskidu Niskiego to niecałe 400 km), świetna atmosfera, punkty dobrze zaopatrzone, częste odbijanie chipów, życzliwość obsługi. Na minus – oznaczenie trasy (warto mieć wgrany track), dość skromny pakiet jak za tę cenę oraz brak wody na mecie. Barierę językową można pokonać, choć różnie bywa ze znajomością angielskiego wśród autochtonów.

Z pewnością jeszcze tu wrócimy!

Aśka i Kuba Hyziak
#krejzolezbeskiduniskiego
Prywatni przedsiębiorcy, pasjonaci biegania po górach.

Kingrunnera tworzą biegacze. Dodaj swój artykuł.

pozostałe artykuły