Ultra Trail du Mont Blanc przez pryzmat obiektywu

Chamonix, 18.12.2018

Wracam na kemping prosto z Mont Blanc. Marzę o prysznicu i naładowaniu telefonu, by dać znać rodzinie, że żyję. Zaczyna padać. Rozglądam się dookoła, widzę mnóstwo polskich ekip rozkładających w pośpiechu namioty. Wielokrotnie pada nazwa „UTMB”. Zauważam również ich klubowe koszulki i dopiero po chwili dociera do mnie, że rozpoczęła się druga część mojego wyjazdu, a jest nią właśnie Ultra Trail du Mont Blanc.

Zaraz potem włączam telefon i odczytuję wiadomość sprzed kilku godzin. To naczelny Kingrunner: „Będziesz może na finiszu TDS? Świerc wysoko. Rosół”. Odzyskuję siły, wiem, że muszę tam być. Z dość egoistycznym podejściem, by stanąć za linią mety nie dla kończącego właśnie morderczy bieg Marcina Świerca, nie dla najlepszej klatki, ale dla siebie. By poczuć na własnej skórze emocje wyczekiwania na najlepszego.

Tekst i zdjęcia: Magdalena Sobczak

 

#TDS #marcinświercnajlepszy

Do tygodniowego pobytu pod Mont Blanc zmobilizowała mnie akredytacja dziennikarska, press pass pozwoli mi bez przeszkód fotografować na trasie jednego z najbardziej wymagających i niewątpliwie bajecznie malowniczych biegów ultra.

Jestem fotografem reportażowym, więc podświadomie przygotowuję się na wyczekiwanie, być może nawet kilkugodzinne, by złapać coś niesztampowego. Plan jest jeden. Być w centrum wydarzenia, chwytać nerwowe odliczanie oraz pełne wzruszeń i radości przekroczenie mety. Obserwować każdy aspekt morderczego biegu, a przy tym zauważyć przejawy ludzkiej wrażliwości, niekoniecznie wysuwające się na pierwszy plan. A takich momentów na UTMB nie brakuje.

Ale teraz stoję za linią mety. Tłum wiwatuje, uderzając głośno o barierki dmuchanymi pałkami. Za moimi plecami powiewa polska flaga. Czuję wsparcie z każdej strony. Spiker informuje, że Marcin Świerc pojawi się za kilka chwil. Co czuje polski kibic, fotograf przed tak ważnym momentem, kiedy już wie, że Polak zwycięża w biegu podczas trwającego festiwalu Ultra Trail du Mont Blanc? Wachlarz emocji jest tak bogaty, że trudno utrzymać pełną koncentrację w wizjerze aparatu, ale jednocześnie trzeba zachować dystans, by nie przegapić czegoś kluczowego. A decydujące staje się dla mnie spotkanie Marcina z żoną Basią. I ten moment ujmuje mnie najbardziej.

 

O jeden deszcz za daleko

Z Anne Gery, agentką odpowiedzialną za kontakt z mediami, umawiamy się po oficjalnym starcie ostatniego biegu na UTMB w piątkowy wieczór. Ruszamy busem do centrum Saint-Gervais na pierwszy punkt żywieniowy. Tam spotykam Kamila Leśniaka, który pojawia się zaraz za pierwszą pięćdziesiątką zawodników. Tempo jest dość szybkie, a atmosfera nie mniejsza jak na starcie. Potem przemieszczamy się do Les Contamines, Notre Dame de la Gorge, dokąd docieramy już w ulewie. Delikatne krople z godziny na godzinę zamieniają się w stały opad deszczu. Nastaje ciemność, ale miejsce kolejnego spotkania z zawodnikami jest rozświetlone niczym świąteczne miasteczko, a z boku pali się ognisko.

Początkowo przykrywam sprzęt wodoodpornym materiałem, ale to za mało, bo kiedy pojawiają się pierwsi biegacze, próbuję znaleźć sensowny punkt, by użyć lampy i wycelować w zawodnika. Zajmuje mi to kilka minut. Jednocześnie wąska ścieżka w górę i mnóstwo zainteresowanych utrudniają całą operację. Tracę czujność, śledząc bieg.

Deszcz sprawia, że skały na podejściu są coraz bardziej niepewne, a w rękach trzymam już mokry aparat. Po niespełna godzinie wracamy do busa i wtedy orientuję się, że w korpusie zaczyna szaleć elektronika. Nie mogę obejrzeć zdjęć, zmienić parametrów. By nie ryzykować dalej, wyciągam baterie, drugie body czeka w pogotowiu. Dopada mnie zmęczenie i zwątpienie w swoje działanie. Jestem wściekła, czuję się niezorganizowana, obwiniam się za braki w zabezpieczeniu sprzętu i plecaka, bo gdy sięgam do kieszeni po dodatkową czapkę, trafiam na mokrą szmatę zamiast upragnionej dodatkowej ochrony.

Po centrum Les Contamines włóczę się już bez aparatu. Krótko mówiąc – o jeden deszcz za daleko.

 

Ratunek w ulewie

Wracamy do centrum Chamonix po północy. Jeszcze kilka minut na ogrzanie się ciepłym powietrzem z wentylatora i stykam się z rzeczywistością. Próbuję nie myśleć o tym, że nie mam gdzie spać w oczekiwaniu na kolejny wyjazd na trasę. Miałam dać sobie radę. A teraz z mokrym śpiworem, i marną szansą na trzy godziny snu stoję na przystanku jak bezradne dziecko. Bywało, że nie spałam dużo więcej. Jestem jednak zmęczona nie mniej jak biegacze na trasie UTMB. Chcę zrezygnować, zejść z trasy i poczekać do rana na autobus do Argentiere (miejscowość oddalona o 7 km od Chamonix), gdzie zostały wszystkie moje rzeczy.

Chociaż już mam zamiar spłynąć z deszczem po trasie, pod swój dach przygarnia mnie dziennikarz z Brazylii. Ciepły prysznic i suche posłanie robią ze mnie innego człowieka. A co ważniejsze – schronienie przywraca też życie mojemu sprzętowi. Kładę się jednak na godzinę przed budzikiem, Valmir nie zasypia wcale, śledząc bieg. Bez kawy, ale z prawie suchymi rzeczami jedziemy na włoską stronę Alp.

Noc migoczących świateł

Mimo zbliżającej się szóstej nad ranem, nie widać nadchodzącego świtu. Jest zimno, duża wilgotność i mgła po nocnej ulewie dodatkowo przenikają kości. Gdy docieramy do kolejnego punktu żywieniowego, staję jak osłupiała. Widok setek migoczących świateł zbiegających w dół robi na mnie piorunujące wrażenie. Przestaję w ułamku sekundy myśleć o wszystkich trudnościach nocy. Próbuję patrzeć bez fotografowania, bowiem nie wszystko w życiu oddaje zdjęcie, nawet to najlepsze. Na punkcie spotykam kilku Polaków, w tym mojego przyjaciela, Piotra. Sześćdziesiąty piąty kilometr trasy. Wiele osób rezygnuje w tym miejscu. Na moich oczach kilku biegaczy zasypia na ławkach przed namiotem, kilkudziesięciu chwyta roztrzęsionymi rękoma kubki z gorącymi napojami. Obserwuję wewnętrzną walkę wielu kobiet i mężczyzn. Obserwuję ich krzątaninę przy stole z regenerującymi posiłkami. Mimo wszystko na wielu twarzach zalanych potem i deszczem dostrzegam radość oraz nadzieję na nadejście świtu. I tak spotykam Alicję, Polkę, której to właśnie uśmiech odwzajemniam.

 

Col de la Seigne

Jest takie jedno powiedzenie istniejące w sporcie. „Ból jest tymczasowy”. Myślę, że nawet największe zmęczenie wynagradza poranek w górach. Moje pierwsze spotkanie z Alpami miało słodko-gorzkawy smak, jednak ich majestatyczny krajobraz potrafił załagodzić wspomnienie trudu. To samo dostrzegałam w biegaczach, gdy słońce ujawniło potęgę trasy. Każdy ma swój osobisty rozrachunek z górami, każdy wie, po co tu przyjechał, jednocześnie nie da się ukryć, że ultramaratony to nie tylko miłość do biegania. A co za tym idzie, fotografowanie biegów górskich to coś więcej niż tylko sympatia do sportu.

 

Była ósma rano gdy na przełęczy Col de la Seigne słońce rozświetliło stoki. Wtedy też poczułam, że jestem gotowa zrobić kolejne zdjęcie.

Reporterskie: wypić, zjeść, przespać się

 

Myślę, że moje najlepsze kadry nie są tymi pierwszoplanowymi. I prawdopodobnie tak już zostanie, że bieg to jedno, a życie tlące się dookoła niego to drugie. Bo przecież nie każdy fotograf skupia uwagę na tym samym. Charakteryzuje nas podobna lub zupełnie inna wrażliwość.

Pomimo wielkiego szacunku do natury, jej piękna i ogromu wolności, jaką dają mi góry, to tam w ciasnej i dusznej hali sportowej w Courmayeur we Francji (na 80. kilometrze trasy) czułam się najlepiej. Patrząc na prawdziwe życie, na zaspokajanie jakże prostych i ludzkich potrzeb typu głód, uśmierzenie bólu, realizowałam swój reporterski plan. Widziałam nieskrępowanego swoją nagością Azjatę leżącego na dywanie z garnkiem obiadowym między udami, małą dziewczynkę przyklejoną nosem do szyby, być może w oczekiwaniu na tatę. Te jakże ludzkie gesty i zachowania mówiły mi najwięcej o zawodnikach oraz ich bliskich i na tych zdjęciach zależało mi najbardziej. Za myślą o ukończeniu biegu z pewnością kolejną pojawiającą się refleksją była rodzina i właśnie ten aspekt pomagał wielu zawodnikom dotrzeć do mety. Być może dlatego z wszystkich rzeczy, jakich najbardziej żałuję podczas pobytu w Chamonix, najbardziej żal mi tego, że nie byłam na finiszu Agaty Matejczuk, która podobnie jak wielu innych zawodników, wbiegła na metę wraz z dziećmi. Wbrew pozorom przekroczenie mety UTMB w wielu przypadkach to sukces całej rodziny i najbardziej emocjonująca chwila całych zawodów.

Ale teraz znów stoję za linią mety. Tym razem jest południe i o wiele trudniej było przecisnąć się do strefy dla fotografów. Od finiszu Xaviera Thevenarda, zwycięzcy w biegu na 171 km, dzielą nas ułamki sekund. Tak jak przed startem rozbrzmiewa z głośników ścieżka dźwiękowa z filmu 1492. Wyprawa do raju autorstwa Vangelis, doskonale znany wszystkim zawodnikom hymn UTMB. Na nowo zapominam o wszystkich niedogodnościach sprzed kilku godzin. Tak działa ludzki umysł, tak hipnotyzuje Ultra Trail du Mont Blanc.

---

Magdalena Sobczak

Fotografka reportażowa i podróżnicza, lubi ludzi, kocha las i aktywne życie. Przejechała Syberię na rowerze w grudniu, ale nadal jest jej zimno i smutno, gdy pomyśli o zamarzniętej kiełbasie dla ich psa, przewodnika. 

Kingrunnera tworzą biegacze. Dodaj swój artykuł.

pozostałe artykuły