Świat biegów ultra według Aleksandry Niwińskiej

, 6.07.2017

„Ciekawe, ile ja bym przebiegła?”, pomyślałam, oglądając jakiś reportaż w telewizji o pionierce polskiego ultra, Basi Szlachetce. Byłam w liceum. Kilka lat później po przebiegnięciu 14 maratonów i złamaniu 3:30 postanowiłam, że spróbuję. Najpierw było 100 km w Kaliszu, po 80 km poczułam się świetnie i wtedy pomyślałam, że będę w tym dobra. I poszło...

 

 

W głowie miałam jeden cel – poprawić rekordy Polski biegaczki z telewizji. Pierwszą próbą był bieg 12-godzinny. Niestety bez powodzenia. Potem pierwszy w Polsce bieg 48-godzinny, który wygrałam z mężczyznami, jednak wynik 323 km nie był najlepszym rezultatem w historii. Co nie udało się w 12 i 48 godzin, udało się w 24 godziny. Pierwszy raz w życiu wystartowałam w mistrzostwach Polski i pierwszy raz w życiu poprawiłam rekord. Potem były kolejne tytuły i kolejne rekordy – stałam się rozpoznawalna w świecie ultra. Ale dość o wynikach, bo miało być o uczuciach.

Nie lubię biegać. Tzn. lubię, ale 10 km w tempie 5:30 min/km. Nie lubię trenować i właściwie do poprzedniego sezonu tego nie robiłam. Lubię wygrywać. Lubię wygrywać sama ze sobą, psychicznie. Panować nad własnym ciałem i emocjami. Byłam świadoma swojego talentu, dlatego nie mogłam odpuścić. Startowałam, aż przyszło znużenie. Po kilku latach wygrywania w Polsce poczułam się jak rzemieślnik. Robiłam swoje i szłam do domu, z takim samym rezultatem, z takim samym kilometrażem na mecie. Pucharu nie wyjmowałam nawet z bagażnika, nie cieszyło mnie to. Wreszcie odpuściłam. Zamiast na mistrzostwa Polski, w 2014 r. pojechałam na wczasy. Zapisałam się na szermierkę, tenis, chodziłam na siłownię. Nie biegałam ponad pół roku.

Na jesieni ogłoszono, że MŚ i ME w biegu 24-godzinnym odbędą się w kwietniu w Turynie. Czułam, że kierownik kadry się odezwie. W styczniu dostałam maila z potwierdzeniem, że jadę. Zaczęłam trenować. Kilka pięćdziesiątek oraz niebotyczne jak na mnie 100 km tygodniowo na miesiąc przed zawodami. Wcześniej zawsze robiłam 40 czasem 50 km w tygodniu. Tym razem wiedziałam, że będzie inaczej, że jedziemy po coś, że poziom w Polsce wzrósł. Ukończyłam zawody na 10. miejscu na świecie, przegrywając 9. lokatę o kilka metrów... „Świat mi nie odbiegł”, tak pomyślałam po biegu. Ale w trakcie... Często słyszę to pytanie. O czym się myśli? Jak się to odczuwa? Jak można tak biec, na tak krótkiej 1-3-kilometrowej pętli? Że mi się nie nudzi? Otóż, zawsze jest podobnie. Pierwsze godziny są stresujące. Myśli skierowane na to, czy tempo biegu jest odpowiednie. Po piątej godzinie zawodów zaczyna mi się dobrze biec. Odczuwam przyjemność, swobodę ruchu, lekkość. Płynę. Dzielę sobie dystans na odcinki i zaliczam kolejne etapy. Jestem zaprogramowana na 15 godzin biegania – potem zaczynają się problemy. Chce mi się spać, ogarnia mnie ogólne zmęczenie, chce się zmienić pozycję, nie biec, tylko robić coś innego. Zaczyna się wewnętrzna walka z własną psychiką, szermierka myśli dobrych i złych. Nie myślcie, że boli – nie zawsze boli, gorsza jest psychiczna batalia. Wszystko zmienia się na dwie godziny przed końcem tych cierpień. Uświadamiam sobie, że już niedługo koniec, wraca wiara. Zaczyna się biec coraz lepiej. Ostatnia godzina to już nagroda. Cieszysz się z każdego kilometra. Euforia, ekstaza, znów udało się przebiec cały bieg! Czysta radość, słowa są zbyt ubogie, niestety trzeba tego doświadczyć, aby doświadczyć tego stanu uniesienia. W Turynie cieszyłam się z tego, że jestem po właściwej stronie, nie kibicuję, nie śledzę w internecie, znów cieszyłam się, że w tym uczestniczę.

Uświadomiłam sobie, jaki mam potencjał. Gdy zacznę trenować w sposób przemyślany, mam szansę nawiązać walkę ze światem. Pojawiło się marzenie – Spartathlon. Zaczęłam ćwiczyć. Najpierw życiówka w półmaratonie, potem maratonie, potem na 100 km i wreszcie na wiosnę mój najbardziej udany bieg w życiu – 12-godzinny w Rudzie Śląskiej. Wiedziałam, na co mnie stać, że jestem mocna. Wiedziałam, że bronię rekordu Polski. Jeszcze nigdy się tak nie napracowałam. Byłam psychicznie sprana pilnowaniem tempa i założeń ustalonych wcześniej, ciągle byłam na biegu, nie mogłam uciec myślami. Nie było chwili przyjemności ani przez moment, nawet nie usłyszałam końcowego gwizdka. Wreszcie radość i łzy szczęścia. Okazało się, że drugi raz w życiu i pierwszy raz na 12 godzin pokonałam też mężczyzn. Ale liczył się tylko wynik 139,5 km – trzeci wynik od 16 lat na świecie. Drugi w europejskiej historii. Zmęczenie fizyczne zeszło szybko jak wymoczone w basenie paznokcie. Została euforia, satysfakcja i duma. Sprawdzian wypadł celująco – czas chyba podbić tę Spartę. W końcu pani Basia, którą oglądałam kiedyś w telewizji, była tam trzecia.

BIO: Aleksandra Niwińska, pochodzi z Chojnowa na Dolnym Śląsku. Jej rekordy życiowe: półmaraton – 1:28:30, maraton – 3:13:37, 100 km – 8:34 (międzyczas z 12 h), 12 h – 139,512 m 24 h – 225,989 km, 48 h – 323,657 km.

Tekst Aleksandy Niwińskiej pochodzi z magazynu ULTRA#5 (maj/czerwiec 2016 r.)
Zdjęcia: ProRunning Promotion

Kingrunnera tworzą biegacze. Dodaj swój artykuł.

pozostałe artykuły