Co roku ta sama śpiewka: poprawić życiówki (najlepiej wszystkie), przebiec solidne ultra, włączyć trening siłowy (najlepiej ze trzy razy w tygodniu, bo mniej to nie warto) i nie dać się kontuzji. Noworoczne postanowienia w wersji biegowej. Przypływ motywacji po wyzerowaniu się Stravy może być niebezpieczny, a trenerów i trenerki wręcz przyprawiać o zawrót głowy, bo przecież w styczniu wcale nie chodzi o to, by wymyślić się na nowo.
Tekst: Ola Niemasz
Zdjęcnie tytułowe: Rene Gomolj, istockphoto .com
Choroba głowy
Gdy często się biega, trzeba też pracować nad głową. Bo chorób tejże w bieganiu jest niemało. Od słynnej “sodówy amatora”, czyli gdy na lokalnych zawodach coś raz wyszło, wleciało nieoczekiwane pudło i razem z nim wrażenie, że już nam bliżej niż dalej do elity. Albo “Choroba objętościowa”, czyli gdy w tym słynnym off-season zwiększamy objętości i spokojne wybiegania i nagle wydaje się, że top 5 na jakimś stumilaku to tylko kwestia czasu, dlaczego by więc nie wpisać tego w kalendarz startów gdzieś obok dwóch osiemdziesiątek i jednej setki? Albo “szybkościowa jednodniówka”, która po jednym udanym treningu na nieco wyższych prędkościach każe nam zapisać się na najbliższe “local 5k” z nadziejami na dobre cyferki, a potem marzenie rozbija się w proch, bo w sumie to jest zimno, wieje, śnieg i nie czas na życiówki.
Krok po kroku
Dlatego takie rewolucyjne postanowienia noworoczne w bieganiu często nie mają większego sensu. To niestety nudna prawda o tym sporcie: potrzebna jest wytrwałość i mądry plan treningowy, a nie rozwiązania z efektami specjalnymi. Czasem właśnie ta nuda dla amatorów bywa najtrudniejsza. Lubimy wyobrażać sobie, że najlepsi biegacze osiągają sukcesy dzięki tajnym metodom treningowym – im dziwniejsze, tym bardziej prawdopodobne. Chcemy trenować tak, jak oni w naszych wyobrażeniach i zapominamy o tym, o co tak naprawdę chodzi w sporcie amatorskim.

Frajda
A gdyby tak postanowić czerpać więcej frajdy z biegania i rozluźnić nieco gumę w majtkach? Może więcej biegania z innymi ludźmi? A może mniej startów, ale w wyjątkowych lokalizacjach, takich, których do końca życia nie zapomnimy? Może warto też wyciągnąć tę starą rozpiskę z ćwiczeniami zleconymi przez fizjoterapeutę i rzeczywiście zacząć wykonywać je w domu? Może mało w tym fajerwerków, ale prewencja kontuzji na pewno lepsza niż styczniowy zryw do wielkich ciężarów. Każdy z nas narzędzia już ma. Najważniejsze, czyli podstawy biegowe, też. Sam fakt, że regularnie wychodzi się pobiegać, jest osiągnięciem.
Zdrowe nawyki
Kto czasem zapomina o tym, że nawet regularne bieganie i uprawianie sportu nie daje przepustki na zdrowie i nieśmiertelność, ręka do góry. Gadki o tym, że ma się lepszą odporność, bo dużo się jest na dworze, są stare jak pierwszy model Nike Pegasus. Tak samo te o tym, że silna psychika ultrasa nie pozwala się przeziębić. Badać się powinni wszyscy. Biegacze też. Dlatego styczeń może być miesiącem, w którym zajrzymy w stary kalendarz i sprawdzimy, kiedy ostatnio robiliśmy sensowny przegląd stanu zdrowia. Zamiast łykać suplementy “dla biegaczy” po omacku, można sprawdzić, co naprawdę jest potrzebne naszemu organizmowi. To także okazja, by zmierzyć się z trudną prawdą: jest wiele chorób, przed którymi “końskie zdrowie biegacza” nas nie uchroni, a konsekwencje mogą wykraczać daleko poza niemożność biegania. Dlatego, jeśli robić jakieś postanowienia, to może takie, które na papierze nie wyglądają aż tak imponująco, ale mają wielką siłę rażenia.
Amatorskie bieganie przez wielkie A
O tym, jak kształtować swoją formę, warto pogadać z trenerem, trenerką i przede wszystkim, nie zapominać o tym, że bieganie amatorskie nie musi wiązać się z wielkimi wyrzeczeniami. Nie chcemy przecież, żeby bieganie było powodem, dla którego zaniedbujemy rodzinę i przyjaciół. Dlatego, zamiast chorych wymagań wobec siebie, postanówmy przynajmniej jedną osobę w tym roku zachęcić do biegania. Skoro nie zostaniemy mistrzami świata, to w taki sposób pomożemy się rozwinąć dyscyplinie, którą tak uwielbiamy.