Pan Barkley

Frozen Head State Park, 2.04.2019

Po dwóch startach zakończonych niepowodzeniami, w tym roku [2017, red.] w swojej trzeciej próbie John Wade Kelly wreszcie osiągnął upragnioną metę Barkley Marathons. W rozmowie z naszym amerykańskim korespondentem Filipem Jasińskim opowiada o walce, jaką musiał stoczyć ze sobą i z trasą tego wymagającego biegu.

Rozmawiał: Filip Jasiński

Zdjęcia: Alexis Berg

Wade, to fantastyczne, że tak krótko po ukończeniu Barkley Marathons możemy dowiedzieć się od ciebie, jak tego dokonałeś. Jak w praktyce wygląda ten bieg? Nie ma oznaczeń, informacji, wokół tylko pustka, tylko mapa i ty – twoje ciało i umysł. Barkley to wysiłek bardziej mentalny czy fizyczny?

Dla mnie to zdecydowanie bardziej kwestia mentalna. Jest tyle wymogów i umiejętności, którymi trzeba się wykazać na tym biegu, że w zależności od zawodnika, każdy element może przyczynić się do porażki. Moim zdaniem świetną rzeczą w tym biegu jest to, że nie wystarczy być po prostu dobrym biegaczem lub nawigować w terenie, niezbędne jest połączenie tych umiejętności. Przy moim pierwszym podejściu do Barkleya nieodpowiednio jadłem i poległem po trzecim okrążeniu. W drugim roku pogubiłem nawigację i nie wyrobiłem się z czasem. A w tym roku walczyłem mentalnie, aby wciąż biec i pamiętać, gdzie byłem i co robiłem, aby nie zasnąć i skupić się na swoich celach, nie poddać się.

Myślałeś na trasie o dyrektorze biegu – tym wielkim, brodatym gościu? Wściekałeś się na niego w myślach, że bieg jest tak trudny?

Nie, w żadnej mierze. Jak zaczynasz myśleć o wymówkach albo obarczasz winą innych, to prosta droga do rezygnacji. Dlatego nie możesz sobie pozwolić , aby zwątpienie lub desperacja wślizgnęły ci do głowy.

Co cię zatem nakręcało?

Miałem ten cel przed sobą już od trzech lat. Wychowałem się w tamtych górach, więc start w Barkley miał dla mnie osobiste znaczenie. Ale tak naprawdę chciałem odkryć swoje własne granice, a nie da się tego zrobić, dopóki nie próbuje się aż do chwili, gdy nie masz już w ogóle sił by kontynuować. Warto dodać, że w tym biegu ci, którzy oszukują, nie kończą tak naprawdę tych zawodów. Bo nie odkrywają swoich granic. Moim celem było odkrycie ich, a w przypadku ukończenia biegu – co mi się udało – zdobycie doświadczenia ostatecznej radości sportowej. A ona ma miejsce tylko wtedy, gdy porażka jest blisko.

 

Dyrektor Barkley Marathons sam wybiera ludzi do udziału w nim i wysyła zaproszenia. Jak cię znalazł?

Musiałem odrobić swoje zadanie domowe i wypełnić formularz zgłoszeniowy. No i miałem szczęście, że robiłem to przed wejściem na ekrany filmu dokumentalnego  o Barkleyu, czyli przed wybuchem największej popularności tego biegu. Wtedy nie było zbyt wielu uczestników, a moje wyniki były całkiem niezłe, jeśli chodzi o bieganie i chodzenie z plecakiem. Ale wtedy nie miałem osiągnięć w kategorii ultra, więc to co mi najbardziej pomogło, to fakt, że pochodziłem z tamtych terenów. Wyścig ma miejsce w wiejskim krajobrazie, zupełnej dziurze zabitej deskami, niedaleko farmy, należącej od 200 lat do mojej rodziny.

Obawiałeś się na trasie że może cię to kosztować więcej, niż przewidywałeś – że możesz naprawdę się zgubić, zemdleć albo potrzebować pomocy? Odkryłeś na Barkley również swoje granice fizyczne?

W tym roku zabawa była mentalna, za to nogi były w dobrej kondycji. Pod koniec zawodów miałem posiniaczone palce i odciski na stopach, ale mięśnie dobrze działały. W poprzednich dwóch latach osiągnąłem granice swojej wytrzymałości. Ten bieg obnaża słabe strony każdego. Gdziekolwiek wychodzi na jaw twoja słabość, tam wpadniesz na ścianę. Ja ani razu nie potrzebowałem szczególnej pomocy, nie byłem w poważnym zagrożeniu. No, może rok temu, gdy zdecydowałem się wycofać – musiałem zejść stromo w dół po stoku, ale obawiałem się, że nie będę w stanie samodzielnie wrócić. W każdym razie z punktu widzenia trudności i ekstremalności tego biegu, nigdy nie znajdujesz się dalej od jakiejś drogi, niż kilka mil. I nie ma poważnych zagrożeń dla życia. Najgorsze, co mogło mi się dzisiaj przytrafić, to że zasnąłbym po drodze na parę godzin i nie zdążył na czas do obozu.

Odejdźmy nieco od Barkleya. Uczestniczyłeś w kilku triatlonach, masz plany startowe na rok naprzód. Nie ścigasz się, jak niektórzy, co tydzień, lecz skupiasz się na jednych zawodach miesięcznie. Co będzie następne, chcesz doświadczyć np. UTMB?

Obecnie wracam do triatlonu, przygotowując się do październikowych mistrzostw w Ironmanie na Hawajach. Potem przestawiam się na ultra i w pewnym momencie będę chciał wziąć udział w większych letnich zawodach ultra, szczególnie tych, gdzie jest dużo wspinania, wzgórz i zmiany wysokości, bo to moja silna strona. A więc UTMB jest wysoko na mojej liście. Marzyłbym, żeby pojechać tam w ciągu następnych kilku lat, gdy będę w najwyższej formie.

W USA możesz brać udział zarówno w dużych zawodach, jak i mniejszych lokalnych biegach. Które sprawiają ci większą radość?

Do tej pory wolałem małe biegi, a Barkley był największą imprezą, w której brałem udział. Ale uczciwie mówiąc przed pierwszym Barkleyem przecież tak naprawdę nie zrobiłem żadnego oficjalnego ultra. Biegałem w biegach lokalnych i urządzałem samodzielne wielodniowe przełaje. Wolałem niewielkie lokalne zawody. Dwa miesiące przed Barkleyem wziąłem udział w The Wild Oak Trail (TWOAT) 100 Miler w Wirginii, gdzie ustanowiłem rekord trasy. To był bardzo mały bieg i naprawdę podobał mi się ten typ doświadczenia, kiedy jesteś w lokalnym środowisku i naprawdę poznajesz ludzi. Ale zainteresowało mnie wzięcie udziału chociaż raz w większej imprezie, która daje możliwość sprawdzenia się na ustalonym poziomie. Chciałbym pojechać i zobaczyć co mogę osiągnąć na UTMB – tam mógłbym się zorientować, co naprawdę potrafię.

Widzisz jak rozwija się współczesne bieganie. Jaka jest przyszłość przełaju i ultra? Myślisz, że ultratrail trafi kiedyś na Olimpiadę?

To świetne pytanie, ale szczerze mówiąc nie mam na nie dobrej odpowiedzi. Nie sądzę, żeby można było przewidzieć eksplozję popularności biegania ultra. Co prawda już teraz tak trudno jest się zapisać na większe zawody, jak np. Hardrock czy Western States, jednak nie wydaje mi się, żeby ultratrail został dyscypliną olimpijską. Może się mylę, ale istnieje różnica między ultrasami szosowymi i terenowymi. Piękno ultratrailu polega w części na tym, że każdy bieg jest wyjątkowym doświadczeniem i praktycznie nie da się porównywać czasów. Na krótszych biegach ludzi mają obsesję poprawiania życiówek o minutę lub dwie, a podczas ultra nie da się tego zrobić. Wystarcza ci, że cieszysz się trasą i ludźmi, starając się dobrze wypaść tego dnia. Więc mam nadzieję, że wszystko pozostanie bez zmian, nawet jeśli liczba biegów się zwiększy. Ale kto wie, trail wciąż zyskuje na populularności i nie wiadomo, gdzie nas ta popularność zaprowadzi...

Wielkie dzięki za rozmowę.

 

Wywiad ukazał się w druku w magazynie ULTRA#11 (maj/czerwiec 2017)

Kingrunnera tworzą biegacze. Dodaj swój artykuł.

pozostałe artykuły